Gdyby bazy NATO miały powstawać wszędzie tam, gdzie ktoś rzuci niedopałek w suchy mech, mielibyśmy jeden wielki poligon, od Bałtyku aż po Tatry. Spójrzmy na fakty, bo na Lubelszczyźnie sytuacja była naprawdę poważna. Mamy gigantyczny pożar, tysiąc hektarów. To tak, jakby spłonęło na raz ponad 1400 boisk piłkarskich.
Nagle wchodzą oni, eksperci z Facebooka z teorią, że to specjalna operacja wywłaszczania ludzi pod infrastrukturę wojskową. Brzmi to jak scenariusz filmu akcji z niskim budżetem. Prawda jest, niestety dla fanów teorii spiskowych, znacznie bardziej przyziemna i sucha. Wilgotność ściółki w tamtym rejonie spadła poniżej 10%. Co ma taką wilgotność? Kartka papieru. Do tego mocny wiatr, który działa jak miech w kuźni u kowala.
W takich warunkach nie potrzeba tajnych planów NATO. Wystarczy jedna szklana butelka porzucona w krzakach, która zadziała jak soczewka, albo jeden niedopałek wyrzucony z okna samochodu.
Eksperci mówią jasno. 9 na 10 pożarów w Polsce to sprawka człowieka. Zazwyczaj nie jest to żaden złowrogi agent, tylko nasza własna swojska bezmyślność.
Dlaczego te bzdury o bazach tak dobrze się sprzedają? Łatwiej jest uwierzyć w wielki mroczny spisek niż przyznać, że jako gatunek jesteśmy po prostu nieostrożni. Więc jeśli następnym razem przeczytamy, że las płonie, bo ktoś chce tam kogoś osiedlić, odstawmy telefon, weźmy głęboki oddech. Lasy płoną od ognia, a nie od postów na Facebooku.
Uważajmy jednak, bo jeśli runie ta nasza zdroworozsądkowa barykada, która oddziela fakty od fejków, dezinformacja spali wszystko szybciej niż pożar w Biłgoraju. A ognia w naszych głowach nie ugasi już żadna straż pożarna.