To będzie historia o człowieku, który wymyślił sobie miasto-kurort. I o miejscu, które zostało przez człowieka stworzone – od najmniejszego detalu. Człowiekiem był Józef Szalay, a miastem Szczawnica.
Oczywiście Szczawnica nie wyłoniła się nagle z głowy Szalaya, nie budował uzdrowiska na odludziu, bo tak spodobała mu się okolica. Szczawnica była już wcześniej – senna osada nad Grajcarkiem, otoczona Pieninami. Kronikarze wspominają o świętej Kindze, Kazimierzu Wielkim, kozakach, konfederatach barskich. Nie ominęła jej ani wielka, ani mała historia.
Ale jak to się stało, że cicha miejscowość, wioska gdzieś w górach, zamieniła się w europejski kurort? Jak to możliwe, że jeden człowiek przekonał miejscowych, że warto stworzyć luksusowe uzdrowisko? Pewnie było marzenie, potem wizja, wreszcie ciężka praca. Tu spotkał się romantyzm z pozytywizmem.
Po tę opowieść ”Małopolska na dwóch kółkach. Sezon 2” jedzie do Szczawnicy. Jest najważniejsza, ale ma przecież wiele wątków.
"Po bitym gościńcu na Wisznicz"
Rodzina Szalayów przybyła na ziemie polskie z Węgier po 1772 roku. Józef urodził się w Drohobyczu, chodził do szkoły w Nowym Sączu, potem studiował we Lwowie.
Matka Józefa, Józefina, kupiła ziemie szczawnickie w 1829 roku, w tym „pole ze źródłami”. W Szczawnicy Szalayowie zbudowali dwór i uzdrowisko. Bo wiedzieli już, że miejscowa woda nie jest taka zwyczajna, że ma jakieś moce (co później Józef zbada). Uporządkowali źródła, nadali im swoje imiona, wodę zabutelkowali i wysyłali w świat. Kiedy umarł mąż Józefiny, Stefan, kobieta poprosiła syna (Józefa), żeby przeprowadził się do Szczawnicy. W 1839 roku Józef został właścicielem dóbr tytularnych w Szczawnicy, miał 37 lat i wielką wizję.
Z żoną, Matyldą, nie układało mu się najlepiej. Ona przeprowadził się do Jasła razem z synami. On został w Szczawnicy. Urządził park, zbudował zakład leczniczy a w niej kaplicę zakładową, restauracje, pensjonaty. I reklamował uzdrowisko, gdzie się da.
„Z Krakowa mamy dwie drogi wiodące do Szczawnicy. Jedna jest krótsza i po bitym wszędzie dobrze zbudowanym gościńcu na Mogilany, Myślenice, Lubnią, Swięty krzyż, Nowytarg, Czorsztyn i Krościenko. Druga dłuższa idąca koleją żelazną do Bochni, prowadzi dalej po bitym gościńcu na Wisznicz, Limanową, Nowy i Stary Sącz, Farowsko, Łącko, Tylmanową i Krościenko. Krótsza nie przenosi 14, a dłuższa 18 mil pocztowych” – pisał Józef Szalay w „Przewodniku dla podróżujących do wód szczawnickich” (pisownia oryginalna).
Jak Szalay obudził przedsiębiorczość
Autorowi bardzo zależało, żeby gość dojechał szczęśliwie, żeby drogą się nie zmęczył, żeby podróż nie kosztowała go pół majątku. Polecał furmanów, którzy na pewno podróżującego nie oskubią, doradzał gdzie spać, kiedy przyjechać i oczywiście, jak spędzać czas i jak się zachowywać – nie wyrywać roślin z klombów, „nie tańcować po karczmach nocą”.
Nie udałoby mu się, gdyby nie miejscowi. Józef przekonał ich, że kuracjusze muszą mieć wygody, że trzeba w domach budować łazienki, a te domy muszą być po prostu komfortowe. A poza tym – zadowoleni goście, to pieniądze. Budował nawet kryte chodniki, żeby kuracjuszom nic na głowę nie kapało. Podobno malował pierwsze godła rodów szczawnickich.
Do Szczawnicy zjeżdżali goście – bywał tu Sienkiewicz, bywała Konopnicka, przyjeżdżali Sapiehowie, Lubomirscy, Radziwiłłowie.
Józef wymyślał wycieczki, organizował czas. I któregoś dnia postanowił zorganizować spływ Przełomem Dunajca, a był to spektakl. Na rzekę wypłynęła flotylla pienińska, która składała się z kilkudziesięciu czółen. W pierwszej łodzi, z biało-czerwoną flagą i wizerunkiem świętej Kingi – płynął Józef Szalay. Za jego łodzią płynęła orkiestra zdrojowa, wreszcie goście. Było głośno od wiwatów, toastów i wystrzałów (dziwne, że Józef tego nie zakazał).
„Często użalają się goście, którzy powracając z wspomnianych wycieczek w czółnach na Dunajcu, że przy wylądowaniu bywają napadani od młodzieży wsiowej przywitaniem w żerdziach powieszonemi kwiatami, chustkami, wstążkami lub obok drogi wystawionemi i palącemi się kagańcami, za które przywitania młodzież wsiowa bywa natrętna i o wynagrodzenie gościom dokuczliwa” – opisywał w „Przewodniku...”.
I tak właśnie Józef Szalay obudził w góralach przedsiębiorczość.
"Według ordynacyi lekarza"
Czy Szalay jest w Szczawnicy wszędzie? Trochę tak. Wystarczy iść na spacer i popatrzeć na pensjonaty – tę architekturę wymyślił jeden człowiek (z pomocą fachowców oczywiście). Ale przecież Szczawnica to teraźniejszość i o niej też chcemy wam opowiedzieć.
To trasy rowerowe, współcześni flisacy, kajakarstwo i miejscowa kuchnia. Od czego zaczniemy? Rzecz jasna od wody, bo jak pisał Szalay:
„Picie wody zaczyna się naczczo, od jednego kubka, bąć wody mineralnej bez żadnej przyprawy, lub też z domieszaną żentycą, lub mlekiem według ordynacyi lekarza. Wody nie trzeba pić duszkiem, lecz powoli z przestankami jednej do dwóch minut. Po wypiciu kubka – chory z wolna powinien się przechodzić. Jeżeli się czuje znużonym, może usiąść, a odpoczywszy, znowu się przejść. W godzinę po wypiciu śniadać można”.
Zapraszamy więc na kubek szczawnickiej wody, a kto nie może wpaść w Pieniny, niech słucha nas w Radiu Kraków, zagląda do naszych mediów społecznościowych. Towarzyszyć wam będą Ola Sobczak i Georgina Gryboś, szerokiej drogi i oczywiście smacznego!

