Przyjeżdżasz do miasteczka i myślisz: miejsce jak każde inne, rynek, kilka zabytków, jakieś lokalne muzeum, garść legend, Ale przecież nie o to chodzi, żeby tylko przyjechać. Trzeba tam być, pogrzebać, zejść ze szlaku, szukać ludzi, którzy kochają miasteczko.
Muszyna to takie miejsce, w którym lokalność jest religią i która potrafiła wykorzystać wszystkie swoje atuty. A ludzi ma naprawdę świetnych. „Małopolska na dwóch kółkach. Sezon 2” ma szczęście do miejsc, ludzi i opowieści.
Gdzie byliśmy i co wiedzieliśmy w Muszynie? Jeżeli nie słuchaliście nas na antenie, nic straconego, przeczytajcie o tej podróży.
Węgierskie dukaty i biskup porywacz
Można zajrzeć do Wikipedii i dowiedzieć się czegoś o Państwie Muszyńskim, no można. Ale lepiej przyjechać, dać się ponieść wyobraźni, bo wiecie, to robi wrażenie: własne sądy i administracja, konflikty…
Naszą przewodniczką była Klaudia Cecko:
- Historia Państwa Muszyńskiego zaczęła się w czasach, kiedy osada należała jeszcze do scholastyka krakowskiego Wysza z Niegowici. Przed śmiercią zapisał Muszynę w biskupowi krakowskiemu Pawłowi z Przemankowa. Potem Muszynę zarekwirowano i wcielono w skład Królewszczyzny. Za czasów Kazimierza Wielkiego przeżyła największy rozkwit. Władysław Jagiełlo zwrócił Muszynę biskupstwu krakowskiemu. Państwo Muszyńskie obejmowało 450 kilometrów kwadratowych, więc całkiem sporo. To dwa dwa miasta, czyli Muszyna i Tylicz, a do tego ponad 35 wsi. Byli w tym państwie harnicy, czyli reprezentanci piechoty, ale i zbójnicy – mieliśmy dwóch hersztów, Sawkę i Prokopa Kapko.
Z internetu nie dowiecie się, że w Państwie Muszyńskim ktoś podrabiał węgierskie dukaty i jak to robił (kto na to pozwalał?). Wyobraźnię uruchomić można tylko jadąc tam, gdzie opowiada się historię. Możecie dopytać w Muszynie o Pawła z Przemankowa, na pewno wam powiedzą, że łagodnego usposobienia nie był. Jak pisał kronikarz: "znany był z rozwiązłości swego życia. Cały harem na biskupstwie utrzymywał, a nawet z klasztoru w Skale porwał zakonnicę i włączył ją do swego haremu”.
Kukabura chichotliwa
Muszyna ma ogrody, to na pewno wiecie. Można tu przepaść, i my przepadliśmy. Oprowadzał nas po nich Arkadiusz Cycoń z Urzędu Miasta Muszyny:
- Niedawno oddaliśmy do użytku chociażby ogród chiński, ogród w stylu greckim, a nowością jest też ogród wiklinowy. Mamy ogród żywy, w którym mieszka ponad 20 gatunków różnych egzotycznych ptaków, na przykład kukabura chichotliwa z Australii.
Ogrody są do wąchania, jedzenia (chyba, że przyjdzie wcześniej głodna grupa turystów i zje wszystkie maliny), słuchania, patrzenia. Akurat tu przyda się internet, bo jest ogrodów tyle, że lepiej wcześniej poczytać i wybrać te, które chce się odwiedzić. Jasne, że możecie zajrzeć do wszystkich, ale dwa dni to będzie jednak za mało.
Muszyna ma jeszcze inne miejsce, w które warto się wybrać. Wiecie, że miasteczko było bohaterem musicali? Do tego jeszcze muszyński hejnał, ale nie porównujcie go do krakowskiego, bo ten jest po prostu… muszyński.
Poszliśmy nad Poprad, bo tu można wypożyczyć kajak albo ponton. Nie mamy nic przeciwko Dunajcowi, jednak Poprad ma tę zaletę, że jest najcieplejszą górską rzeką, więc jak zdarzy wam się wywrotka, nie zmrozi was (spokojnie, Poprad nie jest głęboki).
Przy okazji dowiedzieliśmy się, że ludzie w kajakach są "awanturujący się". Nie jakoś spektakularnie, nie będzie z tego żółtych i czerwonych pasków w telewizjach informacyjnych. Ludzie się kłócą, bo każdy chce być kapitanem kajaka, a wiadomo, że kapitan (jak matka) zawsze jest jeden. Samo życie – kłóci się żona z mężem, mąż z żona, dzieci z rodzicami…

