"Chcemy się zaangażować, obejrzeć do końca, polubić, wysłać dalej, skomentować – nawet skomentować negatywnie. Wyzwolenie dużych emocji jest premiowane" - mówi gość Radia Kraków. Fot. pexels
Kampania negatywna. Do kogo trafia taki przekaz?
Kampania negatywna w internecie – do kogo ona właściwie ma trafiać i czy trafia?
Konrad Kilian: Jeżeli popatrzymy na dane z ostatnich lat, zobaczymy, że jest to zupełnie powszechne. Nie tylko sama negatywność, ale też motywowanie przez zniechęcenie, przez przedstawianie kandydatów czy wyraźnych obozów jako takich, których powinniśmy się bać albo brzydzić, wobec których powinniśmy czuć się zagrożeni. To niestety zupełnie powszechnie stosowane taktyki.
Do tego narzędzia tworzenia różnych nieprawdziwych wizerunków i masowego tworzenia treści stały się tanie, a czasem właściwie darmowe. Mówimy więc już nie tylko o satyrze, tworzeniu obrazków czy śmiesznych piosenek, co przecież w polityce miało miejsce od dawna, ale o tworzeniu tego zupełnie masowo. Niestety wszystkie sztaby bardzo to kusi.
No właśnie, ale do kogo trafia taki przekaz? Czy jest rzucany w próżnię, czy jednak mamy jakieś targetowanie?
Powiedziałbym, że jedno i drugie. Z jednej strony mamy taktykę, może bardziej strategię, „rozpoznania bojem”. Możemy dzisiaj tworzyć w sztabie tyle treści, że dopiero na podstawie reakcji przekonujemy się, która do kogoś trafia. Nie szkodzi, że stworzymy sto kont i tylko dziesięć z nich będzie hitowych, bo trochę wliczamy to w koszty.
Ale tak jak pan powiedział, targetowanie, czyli dostosowywanie się do odbiorcy, jest także bardzo powszechnie stosowane. Tutaj trzeba by się dokładnie przyjrzeć każdemu ze sztabów, co robi w danej kampanii: czy zalewa odbiorców treściami masowo, czy bardzo precyzyjnie je dostosowuje.
To dostosowanie pamiętamy przecież sprzed dziesięciu lat ze skandalu Cambridge Analytica i referendum brexitowego, kiedy cechy osobowościowe odbiorców były wykorzystywane do tego, żeby przedstawiać tę samą wiadomość w inny sposób. Inna wiadomość trafiała do kogoś, kto boi się o swoje dzieci, a inna do kogoś, kto chce dużo zarabiać. Mogły to być nawet informacje ze sobą sprzeczne, ale były dostosowywane do tego, jak funkcjonujemy w sieci.
Zostawiamy tam masę danych o sobie: na podstawie naszych zainteresowań, tego, na co dłużej patrzymy. To może być dostosowywane po to, żeby mocniej nas przyciągnąć.
Część z tych taktyk jest nielegalna. Na pewno nastawianie reklam tak, żeby były angażujące specjalnie dla dzieci, jest zakazane, a i tak widzimy to bardzo szeroko. Jeżeli chodzi o politykę i osoby pełnoletnie, które mogą głosować, wykorzystanie danych wrażliwych także jest sprzeczne z przepisami. Nadal jednak bardzo słabo wygląda udowadnianie tego typu praktyk i karanie sprawców.
Profile udające lokalne media i oddolne ruchy
W przestrzeni internetowej, zwłaszcza na Facebooku i Instagramie, mieliśmy wzmożoną aktywność profili takich jak Krakowianka, Raport Krakowski i tym podobne. To były nieoznakowane reklamy uderzające bezpośrednio w kandydatów. Monice Piątkowskiej zarzucano brak autentycznych związków z Krakowem. Z kolei w Łukasza Gibałę uderzano narracją o rzekomym ukrytym zadłużeniu. Wydaje się, że to musiało bardzo dużo kosztować i to jeszcze poza jakimś oficjalnym obiegiem, który będzie rozliczany przez PKW. Jak to teraz wytłumaczyć?
Świetnie zwrócił pan uwagę na to, że te strony udają coś lokalnego, bo to jest skuteczne. Często udają dziennikarzy albo oddolne ruchy. Widzimy to jako trend w wyborach na całym świecie: mamy sztuczne strony udające ruchy sąsiedzkie, lokatorskie, małe gazety niby prowadzące śledztwa, a tak naprawdę masowo produkujące kompromitujące filmy albo kompletnie zmyślone historie.
Chodzi o to, żeby brzmieć jak głos oddolny, jak ktoś, kto jest z mojej ulicy, jak mój sąsiad. Jak ktoś, z kim chcę się utożsamiać. To wydaje się ciekawe i autentyczne.
Bardzo często jest to połączone z zalewem komentarzy. Jeżeli widzimy konta, które brzmią swojsko, mają jakieś imię, nazwisko, obrazek i wzajemnie się wspierają, to wydaje się, że taka jest opinia większości. Zaczynamy się zastanawiać: ludzie tak mówią, musi coś w tym być. Może to ja będę dziwny, jeżeli nie będę tak uważał.
Takie odwoływanie się do autentyczności, do naszego pragnienia bycia blisko zwykłych ludzi, nieodstawania, jest tutaj bezwzględnie wykorzystywane.
Rzeczywiście bardzo trudno dowieść tego typu finansowania. Często nie są to jednak duże kwoty. Badania prowadzone przez NATO dotyczące rosyjskiej dezinformacji pokazują, że czasem za kilkaset dolarów można kupić tysiące komentarzy i wygenerować setki filmów. Jeżeli więc budżety kampanii są większe – a mamy limit kampanii samorządowej na poziomie czterystu tysięcy – to naprawdę za kilkadziesiąt tysięcy można zrobić bardzo dużo zamieszania.
Treści, które mają wywoływać emocje
Właśnie do tego chciałem nawiązać, bo wydaje się, jeżeli chodzi o zasięgi i skalę, że musiały na to pójść gigantyczne kwoty. Tymczasem, tak jak pan mówi, w dzisiejszych czasach wystarczy relatywnie niewielki budżet, żeby uruchomić dosyć dużą machinę.
Tak, zdecydowanie tak jest. Oczywiście taka wiadomość musi być dostosowana do tego, co media internetowe lubią i promują. Czyli do tego, co nas denerwuje, co wpływa na to, że chcemy ostrzec naszych znajomych przed jakąś informacją.
Chcemy się zaangażować, obejrzeć do końca, polubić, wysłać dalej, skomentować – nawet skomentować negatywnie. Wyzwolenie dużych emocji jest premiowane. Dlatego te materiały najczęściej nie są dokładnymi śledztwami, analizami programów partyjnych czy weryfikacją danych w BIP-ie. To materiały, które mają nas zszokować.
Tak jak pan mówi, mogą to być kwoty, które decydują o tym, że powstaje jakiś temat dnia albo przynajmniej pewna grupa odbiorców ma wrażenie, że coś ważnego się dzieje, że wszyscy sąsiedzi już o tym mówią i musimy do tego dołączyć.
Te kwoty można gdzieś puścić bokiem – przez znajomych, wspierające instytucje i organizacje. Na razie nadzór nad tego typu praktykami jest bardzo słaby.
To jest trochę przerażające, bo właściwie niewielkim zasobem można stworzyć jakąś samospełniającą się przepowiednię. Potem, tak jak pan mówi, jest to podchwytywane, o tym się mówi, o tym się dyskutuje, treści są rozprowadzane i dzielimy się nimi. Czy za tym wszystkim stoją też boty? AI?
Może być tak, że ktoś ma cel polityczny, chce wpłynąć na nasz odbiór, nasze zachowanie, do czegoś nas skłonić. Może też być cel czysto biznesowy.
Mamy twórców – choć „twórca” to takie ładne określenie – a tak naprawdę naciągaczy, którzy tworzą oburzające treści po to, żeby na nich zarabiać: emitować reklamy, przyciągać ludzi, nawet bez politycznych celów. Może to być jednocześnie polityczna satyra.
Wiemy także o manipulacjach zewnętrznych. W trakcie kampanii referendalnej w Mołdawii w ubiegłym roku, według oficjalnych danych policji mołdawskiej, Rosja płaciła ponad trzydzieści milionów dolarów użytkownikom, prawdziwym ludziom, za to, żeby udostępniali wiadomości w swoich kanałach i mediach społecznościowych. Na zasadzie: udostępnij dziesięć postów, dostaniesz dziesięć dolarów. Tego typu operacje ciągle są prowadzone.
Polska wreszcie zaczyna wprowadzać Akt o usługach cyfrowych i kolejne instytucje będą się uczyły, nabywały kompetencji, żeby monitorować, oceniać, odpowiadać i współpracować z platformami. Natomiast jesteśmy tutaj bardzo zapóźnieni.
Czy internetem można wygrać wybory?
A czy w tym momencie, gdyby miał pan to ocenić, Polska jest w takim momencie dziejowym, że dałoby się internetem wygrać wybory?
Myślę, że jeśli chodzi o to, ile ludzie czasu spędzają w sieci i gdzie powstaje coś, co możemy nazwać opinią publiczną, to jak najbardziej dzieje się to w sieci.
Tyle dobrego, że wszyscy tam są i wszyscy jakieś działania prowadzą, więc trudno powiedzieć, że jedna akcja może być wyjątkowo skuteczna, bo mamy po prostu taki nawał informacji.
Natomiast zdecydowanie nie jesteśmy wolni od tych zagrożeń. Dobrze, że jest trochę więcej świadomości, że mówimy o różnych, także biznesowych, przypadkach naciągania, scamu, wykorzystania wizerunku. Jest trochę więcej świadomości, że to, co widzimy w sieci, jeżeli ma nas zdenerwować i podzielić, najprawdopodobniej nie jest prawdziwe, że może przychodzić z zewnątrz albo na czyjeś zlecenie.
Natomiast jeżeli chodzi o bezpieczeństwo wyborów, jest tutaj dużo pracy do wykonania.
A jeżeli chodzi o nasze państwo – nie mówię, żeby porównywać się z wielkimi potęgami, jak Stany Zjednoczone czy inne demokracje zachodnie – ale nawet z naszymi sąsiadami. Zdaje się, że niektórzy dużo lepiej niż my radzą sobie ze zwalczaniem tego typu zjawisk.
Powiedziałbym, że Polska pod pewnymi względami radzi sobie bardzo dobrze. Mamy dużo rozpoznania, badań i monitorowania. Gorzej jest z tym, co potem, czyli już z reakcją.
Jeżeli chodzi o przejrzystość, nawet na Słowacji mamy takie rozwiązania jak konta transparentne. Jeżeli komitet wyborczy prowadzi działania, jego wydatki są widoczne już następnego dnia. Wiemy na bieżąco, jakie reklamy były nadawane. U nas PKW zbiera papierowe faktury kilka miesięcy po kampanii.
Jeżeli chodzi o poziom przejrzystości i dostosowanie narzędzi cyfrowych, rozwiązania są więc u naszych sąsiadów.
Powiedziałbym też, że nawet najpotężniejsze i najbardziej rozwinięte kraje nie są wolne od tych zagrożeń. Tam też mamy manipulacje na masową skalę i próby zarabiania. Możemy się więc uczyć od tych mniejszych i realistycznie myśleć o tym, gdzie mamy jakieś przewagi i możliwości, dobrze dzielić się rozwiązaniami.
Nikt jednak tego problemu nie rozwiązał w stu procentach. To są zjawiska nowe, rozwijające się w bardzo szybkim tempie. Zaraz będą cztery lata, od kiedy ChatGPT stał się tak szeroko i darmowo dostępny. Cztery lata to już trochę, ale dla państwa to ciągle nowinka, której dopiero zaczyna się przyglądać.