Coraz częściej zamiast wujka Google pytamy o zdanie sztuczną inteligencję – zwłaszcza w gorącym okresie wyborczym. Czy chatbotom można w ogóle ufać w sprawach politycznych, czy może, pytając je o radę, bierzemy kota w worku?
Z chatbotami w polityce jest trochę tak, jakbyśmy poprosili roztrzepanego sąsiada o streszczenie pięciotomowej encyklopedii. Niby mówi pewnym siebie głosem, patrzy prosto w oczy, ale za rogiem okazuje się, że zmyślił połowę faktów, a resztę pomylił.
Jak wynika z raportu brytyjskiego think tanku Demos, sztuczna inteligencja staje się coraz ważniejszym źródłem wiedzy politycznej – w wyborach w Wielkiej Brytanii korzystało z niej około 13% uprawnionych do głosowania. Testy sprawdzające niezawodność modeli AI pokazują jednak niepokojącą skalę pomyłek. Przed wyborami w Szkocji aż 46,2% odpowiedzi ChatGPT oraz 56,4% odpowiedzi modelu Replika zawierało błędy rzeczowe. Co więcej, w 100% testowanych przypadków chatboty bez oporów udzielały porad dotyczących głosowania taktycznego, co przy blisko 20% okręgów uznawanych za sporne stwarza bezpośrednie ryzyko zniekształcenia procesów demokratycznych.
Co to oznacza w praktyce? Czat potrafił pomylić datę wyborów o dwa miesiące albo wysłać nas do zupełnie innego okręgu wyborczego. Inne chatboty wymyślały nieistniejącego kandydata czy fikcyjny skandal finansowy. A najgorsze jest to, że w prawie połowie przypadków boty nawet nie raczyły podać źródła. Rzucają hasłami jak z rękawa, a ty szukaj wiatru w polu.
Oczywiście zwolennicy AI machną ręką i powiedzą: „Ej, ale badania pokazują, że szukamy informacji o wiele szybciej”. Prawda, szukamy szybciej, ale co z tego, skoro możemy przy okazji karmić się cyfrowymi śmieciami? Zasypują nas tony treści, które są całkowicie oderwane od rzeczywistości.
Do tego dochodzi jeszcze polityczna inżynieria. Chcesz zapytać chińskiego DeepSeeka o wrażliwe tematy? No to zapomnij o obiektywizmie, bo działa tam silna autocenzura. Bezpieczniej byłoby pewnie pytać o przepis na pomidorówkę. Inne modele również mogą wykazywać ideologiczne przechyły.
Podsumowując w telegraficznym skrócie: sztuczna inteligencja to świetny pomocnik, ale kiepskie źródło, jeśli bez sprawdzania chcemy opierać na niej wiedzę o polityce. Traktujmy ją jak sprytną maszynkę do pisania, a nie wyrocznię delficką. Zanim wykorzystasz podpowiedź z ekranu przy podejmowaniu decyzji wyborczej, sprawdź ją w wiarygodnych źródłach, bo inaczej obudzisz się w politycznej rzeczywistości wyjętej żywcem z komedii absurdu.
Musimy więc sobie zadać pytanie: czy ufamy podpowiedziom sztucznej inteligencji, czy jednak sami weryfikujemy polityczne fakty przed wrzuceniem głosu do urny?