Wyobraźmy sobie taką sytuację: idziemy na bazar, a pan ze stoiska obok próbuje nam wcisnąć podróbkę zegarka znanego szwajcarskiego producenta. Mówicie wprost: „No panie kochany, widzę ten szmelc, to jest lewizna”. No ale co robi cwany handlarz? Pakuje ten sam zegarek w nowe azjatyckie pudełeczko, nakleja błyszczącą chińską metkę i podaje wam z uśmiechem. Od razu wygląda jakoś tak bardziej elegancko.
Dokładnie to samo dzieje się w internecie. Ekspertka z NASK, Patrycja Krzyśpiak, rozpracowała ten mechanizm od spodu. Eksperci Ośrodka Analizy Dezinformacji NASK prześwietlili chińskie platformy społecznościowe i znaleźli tam prawie tysiąc materiałów o Polsce, które słowo w słowo podążają za rosyjską propagandą.
Rosja ma w tej grze swoje cele, Chiny swoje, ale strategicznie grają do tej samej bramki. Chcą nam wmówić, że Zachód to stary, zardzewiały wrak, Unia Europejska się rozpada, a Polska to podjudzany przez NATO krewki szczeniak, który tylko czeka, aby rozpętać trzecią wojnę światową.
Dlaczego to robią przez Chiny? Bo gdy z Kremla płynie komunikat, od razu włączają nam się w głowach czerwone lampki. Ale gdy podobna treść pojawia się z podpisem chińskiego giganta technologicznego albo serwisu z Państwa Środka, machamy ręką. Eee, Chiny przecież nie prowadzą z nami wojny hybrydowej. To może po prostu jakaś inna perspektywa.
I na tym polega ten sprytny numer. Co ciekawsze, w chińskim internecie żadna polityczna treść nie przejdzie bez cichego przyzwolenia władz. Kiedy wytykamy im antypolskie teksty, rozkładają ręce - oj tam, oj tam, to tylko anonimowy użytkownik.
Efekt? Powolna, cicha erozja zaufania do naszego państwa i sojuszników.
Dlatego następnym razem, gdy przeczytacie w sieci oryginalną teorię o polskiej agresji, która przypłynęła do nas ze Wschodu przez Daleki Wschód, pamiętajcie: może pranie mózgu wygląda na bardziej ekologiczne, ale brud zostaje ten sam.
A czy państwu zdarzyło się kiedyś złapać na informację, która brzmiała wiarygodnie tylko dlatego, że pochodziła z egzotycznego źródła?