Fot. PAP/Albert Zawada
Co właściwie znaczy „odpartyjnienie”?
Punktem wyjścia rozmowy była decyzja prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Początkowo zapowiadano odpartyjnienie spółek medycznych, później rozszerzono tę zasadę na szersze funkcjonowanie samorządu.
Dr Krzysztof Wąsowicz przekonuje jednak, że zanim zacznie się mówić o odpartyjnieniu, trzeba zejść poziom niżej i spojrzeć na mechanizm, który sprawia, że spółki samorządowe są tak atrakcyjne dla działaczy politycznych.
Jego zdaniem kluczowa jest ustawa z 9 czerwca 2016 roku o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami, potocznie nazywana ustawą kominową.
To łakomy kąsek dla działaczy partyjnych i organizacji politycznych po zwycięskich wyborach samorządowych
– mówi dr Wąsowicz.
Ustawa kominowa i „grzech pierworodny”
Ustawa kominowa określa zasady wynagradzania zarządów i rad nadzorczych spółek, których właścicielami są m.in. jednostki samorządu terytorialnego. Problem – jak tłumaczy dr Wąsowicz – polega na tym, że progi określone w 2016 roku nie nadążają za zmianami w gospodarce.
Przez ostatnią dekadę spółki komunalne urosły: zatrudniają więcej osób, mają większe przychody, większy majątek i wyższe obroty. W efekcie wiele z nich trafia dziś do najwyższej kategorii w pięciostopniowej skali.
To oznacza bardzo wysokie możliwości wynagradzania zarządów i rad nadzorczych. W największych spółkach zarząd może otrzymywać od 7 do 15 średnich krajowych jako podstawę wynagrodzenia. Do tego dochodzą premie, które mogą sięgać od 50 do 100 procent podstawy.
Sto tysięcy miesięcznie? „Każdy ustawia się w kolejce”
Dr Wąsowicz zwraca uwagę, że przy obecnych zasadach prezesi dużych spółek komunalnych mogą zarabiać bardzo wysokie kwoty. W przestrzeni publicznej pojawiają się informacje o wynagrodzeniach sięgających kilkudziesięciu, a w niektórych przypadkach nawet około stu tysięcy złotych miesięcznie.
Przy takich wynagrodzeniach każdy ustawia się w kolejce, niezależnie od tego, czy ma legitymację partyjną, czy nie
– ocenia ekspert.
Jednocześnie zaznacza, że wysokie wynagrodzenia same w sobie nie muszą być problemem. Jeśli samorządy chcą pozyskiwać fachowców i profesjonalnych menedżerów, powinny za to odpowiednio płacić. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy stanowiska stają się elementem politycznego podziału łupów po wyborach.
Spółki komunalne jak miejskie księstwa
Zdaniem rozmówcy Radia Kraków spółki komunalne bywają w praktyce „miejskimi księstwami”. Mają monopol naturalny, zapewnione przychody i wsparcie właściciela, czyli miasta. W wielu przypadkach samorząd jest gwarantem kredytów, ratingu i stabilności finansowej.
To tworzy bardzo komfortową sytuację dla zarządzających. Spółka działa często w obszarze, w którym konkurencja jest ograniczona lub jej nie ma, a finansowanie pochodzi bezpośrednio albo pośrednio z miejskiego systemu.
Dr Wąsowicz podkreśla, że po wyborach samorządowych te stanowiska stają się częścią politycznego układu. Nie zawsze wygrywają najlepsi fachowcy, lecz osoby potrzebne do spłacania politycznych zobowiązań, wzmacniania zaplecza i budowania lojalności.
Dobrze płacić ekspertom, ale nie nominatowi
W rozmowie pojawiło się pytanie, jak pogodzić dwa cele: dobrze wynagradzać specjalistów i jednocześnie ograniczyć zależność od polityków. Dr Wąsowicz zgadza się, że wynagrodzenia w spółkach komunalnych są już na tyle wysokie, że powinny pozwalać na pozyskanie bardzo dobrych menedżerów.
Problemem nie jest więc brak pieniędzy na fachowców, lecz sposób obsadzania stanowisk. Ekspert wskazuje, że po wygranych wyborach dochodzi do dzielenia wpływów, a jakość usług publicznych często przegrywa z potrzebą nagradzania politycznego zaplecza.
W jego ocenie dopóki największe partie będą traktować samorządy jako część własnego systemu wpływów, trudno oczekiwać realnego odpartyjnienia spółek.
Jawność nie wystarczy, jeśli decyzje zapadają gdzie indziej
Czy rozwiązaniem mogłaby być większa transparentność: publikacja umów, zasad wynagradzania i premiowania, standardy ładu korporacyjnego? Dr Wąsowicz uważa, że to potrzebne, ale niewystarczające.
Przywołuje przykład niedawnego konkursu na prezesa i członków zarządu MPO w Krakowie. Jak mówi, część dotychczasowych osób startowała, spełniała formalne wymogi, ale nie została wybrana. Zdaniem eksperta trudno abstrahować od zmian politycznych w mieście i ich wpływu na obsadę stanowisk.
Możemy próbować być transparentni, ale na końcu i tak zapadają decyzje w gabinetach ludzi, którzy dysponują możliwościami zarządczymi
– mówi dr Wąsowicz.
Oświadczenia majątkowe i problem rzetelności
Ekspert zwraca uwagę także na praktyczne ograniczenia jawności. Przykładem są oświadczenia majątkowe osób zarządzających spółkami komunalnymi. Formalnie powinny być dostępne, ale ich przydatność zależy od tego, czy są kompletne, aktualne i rzetelnie przygotowane.
Dr Wąsowicz mówił o próbie sprawdzenia wynagrodzenia prezesa Krakowskiego Holdingu Komunalnego. Jak wskazywał, w dostępnych dokumentach mogą pojawiać się dane, które nie odpowiadają oczekiwanej aktualności. Nawet jeśli zostaną później uzupełnione, zainteresowanie opinii publicznej może już osłabnąć.
Jego zdaniem najlepsze przepisy nie wystarczą, jeśli na końcu zabraknie rzetelności i rzeczywistej woli transparentności.
Rady nadzorcze kontrolują, ale czy skutecznie?
W rozmowie pojawił się także pomysł większej kontroli społecznej nad spółkami, np. z udziałem mieszkańców. Dr Wąsowicz odpowiada, że formalne mechanizmy kontroli już istnieją – każda spółka ma radę nadzorczą, a właścicielem jest samorząd reprezentowany przez organ wykonawczy.
Problem polega na tym, że te mechanizmy często nie działają tak, jak powinny. Rady nadzorcze mogą same stać się elementem systemu politycznych nominacji, a ich członkowie otrzymują znaczące wynagrodzenia przy relatywnie niewielkim zaangażowaniu czasowym.
Bufory kontroli teoretycznie są, ale w praktyce się nie sprawdzają
– ocenia ekspert.
Jego zdaniem wprowadzenie dodatkowych ciał kontrolnych mogłoby zostać przedstawione jako paraliż spółek i samorządu. To pokazuje, jak trudno znaleźć rozwiązanie, które byłoby jednocześnie skuteczne, przejrzyste i akceptowalne politycznie.
Legitymacja partyjna to nie cały problem
Na koniec rozmowa wróciła do pomysłu Rafała Trzaskowskiego: albo przynależność partyjna, albo kierownicze stanowisko w spółce. Dr Wąsowicz nie spodziewa się, by takie rozwiązanie przyniosło znaczące efekty.
Jego zdaniem formalna rezygnacja z legitymacji partyjnej nie oznacza zerwania z politycznymi powiązaniami. Przykładem mogą być najwyższe urzędy w państwie: prezydenci po objęciu funkcji często rezygnują z członkostwa w partii, ale nie z zaplecza, przekonań i relacji politycznych.
Legitymacji partyjnej można się zrzec. Przekonań, powiązań i zaplecza już nie
– podsumowuje dr Wąsowicz.
Dlatego, w jego ocenie, samo odpartyjnienie rozumiane jako formalny zakaz łączenia funkcji partyjnej ze stanowiskiem w spółce może mieć głównie symboliczny charakter. Prawdziwa zmiana wymagałaby głębszej zmiany kultury zarządzania samorządem i spółkami komunalnymi.