„Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca”
Kontrola wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z publicznymi środkami na ochronę zdrowia – zapowiada premier Donald Tusk w odpowiedzi na doniesienia portalu Zero.pl. Chodzi o sprawę Szpitala Południowego w Warszawie, gdzie według artykułów młody lekarz i członek Koalicji Obywatelskiej miał załatwiać błyskawiczne przyjęcia poza kolejnością na badania partyjnym koleżankom i kolegom. To ten rodzaj sprawy, który Polaków dotyka szczególnie, bo jeśli ktoś czeka kilka tygodni na kolonoskopię, a znajomy lekarza otrzymuje termin na ten sam dzień, to krew się burzy. Zgodzi się pani?
Absolutnie tak. My w systemie mamy rzeczywiście bardzo długie oczekiwania na świadczenia. W związku z tym, jeżeli docierają do nas informacje o preferencyjnym traktowaniu jakichś pacjentów, to na pewno budzi to duże kontrowersje. Absolutnie uważam, że takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.
Wszystko zaczęło się od 28-letniego lekarza bez specjalizacji, który został kierownikiem SOR-u w warszawskim Szpitalu Południowym. Na tym stanowisku miał w ciągu roku zarobić ponad półtora miliona złotych, na papierze dyżurując po kilkanaście godzin dziennie, codziennie, choć dziennikarze wykazali, że bywał wtedy na przykład w telewizji. To on miał załatwiać wizyty lekarskie po znajomości. Czy to sytuacja, która zaważy na wizerunku lekarzy na długie lata?
Oczywiście tak. Natomiast chciałabym pokazać trochę inne tło niż to oczywiste. To tło, na które chcę zwrócić uwagę, to pytanie: jakie kompetencje menedżerskie miał ten młody człowiek, żeby kierować SOR-em?
Rozumiem, że skończył studia medyczne, w związku z tym był lekarzem uprawnionym do podejmowania czynności o charakterze medycznym. Natomiast zaczął kierować jako bardzo młoda osoba, bez żadnych kompetencji menedżerskich, szpitalnym oddziałem ratunkowym. Pytanie, w jaki sposób pracodawca potwierdził jego kompetencje. Myślę tutaj o menedżmencie Szpitala Południowego w Warszawie. W jaki sposób potwierdzono, że może zarządzać SOR-em? To mnie bardzo niepokoi, niezależnie od całej tej sytuacji.
W radzie nadzorczej i władzach tego szpitala są między innymi była minister zdrowia z czasów poprzednich rządów Koalicji Obywatelskiej, a także osoby związane z warszawskimi strukturami Koalicji Obywatelskiej.
Tak czy inaczej pytam, kto potwierdził kompetencje menedżerskie tego młodego człowieka. W jaki sposób możemy mówić o kompetencjach menedżerskich Szpitala Południowego, skoro nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy lekarz rzeczywiście wykonał swoją pracę?
Tam powinien być harmonogram pracy. On powinien być nadzorowany i kontrolowany pod kątem wykonania pracy. To pierwsza rzecz, czyli pobyt pana doktora w różnych miejscach w czasie, kiedy powinien wykonywać pracę. Natomiast jego kompetencje do zarządzania absolutnie nie zostały potwierdzone niczym innym.
To jest bardzo duży problem w Polsce. W Instytucie Zdrowia Publicznego kształcimy menedżerów systemu ochrony zdrowia na studiach MBA w ochronie zdrowia. Wierzę, że ci, którzy wychodzą z takich studiów, mają kompetencje menedżerskie. Tymczasem w szpitalach zatrudniamy na stanowiskach kierowników SOR-ów osoby, które kompletnie nie wiedzą, jak się zarządza. W związku z tym wykorzystują różne dysfunkcje systemowe, bo trzeba przyznać, że ten system ma masę dysfunkcji, które powinniśmy identyfikować i eliminować.
Problem z zarządzaniem w ochronie zdrowia
To jest pani zdaniem warty podkreślenia aspekt, na który mało kto zwraca uwagę? Problem systemowy – niezależnie od tego, czy to Warszawa, Kraków czy Tarnów – czyli problem z managementem w polskiej ochronie zdrowia?
Chciałabym to dołożyć jako element, na który być może nie zwracamy uwagi, bo całe tło jest bardzo wyraźnie opisane w środkach masowego przekazu.
Ale gdyby management był właściwy, także na wyższym szczeblu, to do takiej sytuacji by nie doszło?
Absolutnie tak. Uważam, że gdybyśmy mieli system potwierdzania kompetencji menedżerskich przed podejmowaniem zatrudnienia na określonych stanowiskach, to kompetencje pracowników byłyby istotne i wystandaryzowane. Wpisywałyby się też w pewne standardy odgórne, których nam brakuje. Żeby zrobić porządek w tym systemie, musimy pewne rzeczy wystandaryzować.
Nie może być tak, że mamy harmonogram pracy, a właściwie go nie mamy. Że lekarz niby jest na dyżurze, ale jest w czterech innych miejscach. Nie może być tak, że nagle wpuszczamy do systemu poza kolejką masę znajomych, rodzin, polityków czy innych osób.
Brakuje tu standardów, pojawiają się bardzo duże luki, które są wykorzystywane przez osoby takie jak pan doktor. To jest absolutnie godne ubolewania. Jednym z problemów jest to, w jaki sposób ten człowiek pojawił się w tym szpitalu jako kierownik SOR-u i jakie ma kompetencje do tego, żeby zarządzać SOR-em. Swoim czasem nie potrafi zarządzać.
Ktoś złośliwy powiedziałby, że znalazł się tam po znajomości, tak jak wizyty.
– To znaczy, że brakuje również standardów. To jest następna luka, nad którą powinniśmy się pochylić.
Kontrole nie tylko po aferze
Premier zlecił Najwyższej Izbie Kontroli całościowy audyt publicznych wydatków na ochronę zdrowia. Mam dwie wątpliwości. Po pierwsze, jeśli taka kontrola ma być rzetelna i objąć wszystkie wydatki publiczne na ochronę zdrowia w całej Polsce, powinna potrwać lata. Po drugie, my od lat znamy bolączki systemu i nieraz o nich rozmawialiśmy.
– Kontrola NIK-u to bardzo ważna kontrola. Najwyższa Izba Kontroli ma wystandaryzowane zasady kontroli instytucji publicznych pod kątem rzetelności i zasadności wydatkowania środków publicznych. Taka kontrola niekoniecznie musi trwać latami, ale na pewno musi trochę potrwać, bo trzeba przejrzeć dokumenty, zaznajomić się z całą sprawą i wydać rzetelne wnioski. To jest bezwzględnie potrzebne.
Jest masa ciekawych raportów NIK-u, które bardzo często kończą się zawiadomieniem prokuratury w związku z różnymi niepokojącymi sytuacjami w kontrolowanych jednostkach. Cieszę się, że taka kontrola NIK-u została zlecona. Szkoda, że dopiero teraz, czyli post factum, a nie w związku z jakąś wystandaryzowaną czasową kontrolą, która powinna dotyczyć szpitali.
Czyli co jakiś czas?
– Dokładnie. To powinny być sekwencyjne kontrole, tak żeby kontrolowani byli również menedżerowie i wszystkie różnego rodzaju funkcje realizowane przez szpital. Zastanawiam się, dlaczego organ tworzący nie wykazuje również tendencji do częstego kontrolowania swoich szpitali. Z tego, co wiem, Szpital Południowy w Warszawie to szpital miejski.
Właścicielem w 100 procentach jest gmina. Ratusz zapowiedział kontrolę, ale też post factum.
– Organ tworzący, czyli właściciel, w tym przypadku miasto Warszawa i prezydent miasta, powinien prowadzić sekwencyjne kontrole. Tak samo w innych szpitalach miejskich. To powinno być wpisane w sposób zarządzania właściciela, podmiotu tworzącego, jednostkami szpitalnymi, które do niego należą.
Samorząd terytorialny – niezależnie od tego, czy jest to duże miasto, powiat czy samorząd województwa, bo tak mamy poukładany system ochrony zdrowia – musi wykazywać tendencję do częstych kontroli, skoro wszyscy wiemy, że ten system jest dysfunkcyjny.
Czy trzeba ujawniać indywidualne zarobki lekarzy?
Zapowiedziano też ekspresowe działania legislacyjne. Ich celem ma być stworzenie przepisów, które dadzą administracji publicznej narzędzia do szczegółowego monitorowania indywidualnych wynagrodzeń, na które pieniądze idą z publicznej kasy. Premier mówił wprost o wglądzie w dane: imię, nazwisko, zarobki i miejsce pracy. Czy to dobry pomysł?
– Na gorąco wydaje mi się, że niekoniecznie. Chyba nie byłabym za tym, żeby aż tak mocno inwigilować ludzi ze względu na PESEL i zarobki.
W systemie ochrony zdrowia mamy naprawdę bardzo dużo instytucji – Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji i inne – które są w stanie kontrolować zarobki lekarzy. Myślę, że bardziej potrzebne są rozwiązania systemowe dotyczące wynagrodzeń profesjonalistów medycznych: przyjęcie zasad i kontroli.
Nie znam tego pomysłu w szczegółach, on dopiero się pojawił, ale na gorąco nie wydaje mi się, aby to było dobre rozwiązanie. Mamy inne możliwości, żeby kompleksowo i systemowo uregulować kwestie wynagrodzeń i wyeliminować patologie. Taka indywidualna inwigilacja nie wydaje mi się rozwiązaniem, nad którym powinniśmy się pochylać.
Być może jest ono potrzebne po to, żeby zadowolić ludzi jakimiś decyzjami w związku z informacjami o bardzo wysokich wynagrodzeniach, ale też niewielkiej grupy lekarzy. Zwróćmy uwagę, że to nie dotyczy całego środowiska i wszystkich lekarzy. Znam bardzo wielu lekarzy, którzy zgodziliby się na proponowaną niedawno przez panią minister maksymalną kwotę 48 tysięcy wynagrodzenia, a zarabiają znacznie mniej.
Musimy systemowo te wynagrodzenia poukładać, być może zwartościować stanowiska pracy. Na to są dobre metodyki.
Czyli stworzyć coś w rodzaju regulaminu płac dla całego środowiska?
– Tak, dla całego środowiska. Kiedy wchodzimy w podmiot leczniczy, widzimy, że zespół terapeutyczny tworzą różni profesjonaliści medyczni. Musimy wziąć pod uwagę ich kompetencje, zakres odpowiedzialności, wykształcenie, doświadczenie zawodowe i stosować do tego odpowiednią siatkę płac.
To nazywa się w skrócie wartościowaniem stanowiska pracy. To określona metodyka, którą należałoby się zająć i stworzyć warunki rzetelnej wyceny pracy. Wtedy nie trzeba byłoby nikogo inwigilować, jeśli chodzi o wynagrodzenia, bo mielibyśmy standard obowiązujący w całym systemie.