Plemienność, stygmatyzacja i odczłowieczanie
Po nagłośnieniu sprawy ochroniarzy ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie pojawiło się sporo głosów, które warto skomentować od strony komunikacyjnej i socjologicznej. „Sam sobie zapracował”, „zainteresujcie się konfidentem, który to nagrywał”, „taki to nie człowiek, w ogóle nie powinien być przyjmowany na SOR” – to tylko delikatniejsze z komentarzy. Generalnie wydźwięk części komentujących jest taki, że skoro „pijak”, to „nieluć”. Włącza nam się plemienność, gdy sięgamy po smartfon?
Włącza się i to jest bardzo częsty odruch. Wiemy o tym, że te społeczności są bardzo plemienne i one się antagonizują. W związku z tym tu jest niebezpieczeństwo, bo to są też bardzo populistyczne kanały komunikacji. W momencie, w którym został ujawniony filmik z interwencji ochroniarzy, która pozostawia sporo do życzenia pod względem profesjonalizmu, zdania były dość podzielone na temat tego, co należało zrobić.
Sposób, w jaki komunikują się oceniający, też pozostawia nieco do życzenia. Za każdym razem, kiedy wrzuca się takie rzeczy, gdzie sprawa jest trochę nieoczywista, bo nie mamy klasycznego podziału, że wiadomo, kto tu jest jednoznacznie dobry, kto jednoznacznie zły, pojawia się ryzyko takiej reakcji.
Absolutnie nic nie tłumaczy tego sposobu interwencji wobec człowieka, niezależnie od tego, czy on jest alkoholikiem, czy przyszedł z jakimkolwiek innym problemem. Natomiast gdyby ochroniarz zaatakował kogoś, kto alkoholikiem nie jest, pewnie te zdania byłyby mniej podzielone. Jako że mamy do czynienia z osobą, która boryka się z problemem dość mocno stygmatyzowanym społecznie, mimo jego powszechności w Polsce, to jednak zmienia dyskurs, który w komentarzach się wydarza.
Złudzenie anonimowości i brak konsekwencji
Badacze dobrze opisują powody psychologiczne i społeczne, które sprawiają, że w internecie dehumanizacja i hejt przychodzą nam tak łatwo. Co za tym stoi? Anonimowość?
Pytanie, czy anonimowość. Powiedziałabym, że raczej złudzenie anonimowości. Mamy je jeszcze z internetu lat 90. i początku lat 2000., kiedy rzeczywiście bardzo wiele miejsc, które dzisiaj określamy jako media społecznościowe, bazowało na tym, że użytkownik był anonimowy.
Dzisiaj już tak do końca nie jest, natomiast złudzenie pozostało. Jeśli występujemy w takich serwisach jak Facebook czy LinkedIn z imienia i nazwiska i prezentujemy tam część naszej zupełnie prawdziwej, realnej tożsamości, to podpisujemy się z imienia i nazwiska. Bardzo wiele komentarzy, również tych wyrażonych bardzo nieparlamentarnym językiem, hejterskich i odczłowieczających, pochodzi od ludzi, którzy właściwie przedstawiają się na swoim koncie z imienia i nazwiska, często prezentując przy tym na przykład swoje dzieci czy innych członków rodziny poprzez zdjęcie profilowe.
Tak naprawdę to jest tylko złudzenie anonimowości. Wiemy też, że nawet jeśli ktoś występuje pod dziwnym pseudonimem czy nickiem, nie pozostaje bezkarny. Są różne techniczne sposoby, żeby do autorów takich wpisów dotrzeć.
Skoro to jest złudzenie, to brakuje edukacji na temat tego, że nie jesteśmy całkowicie anonimowi w internecie?
Brakuje edukacji, to na pewno. Ale brakuje też konsekwencji ze strony służb. Gdyby służby częściej reagowały w sposób stanowczy na różne naruszenia, które dzieją się w internecie, być może ludzie bardziej zastanawialiby się, co piszą, i zastanowiliby się przed kliknięciem „Publikuj”.
Na pewno mamy tutaj bardzo wyraźny problem tego, że dużo łatwiej się krytykuje, nie patrząc w oczy. Łatwiej jest skrytykować konkretnie osobę, która jest alkoholikiem, niż powiedzieć jej oko w oko, co się myśli na jej temat. Większość internautów, którzy stoją na stanowisku, że osoba pokrzywdzona przez ochroniarzy zasłużyła na to, co ją spotkało, miałaby problem z tym, żeby to wyartykułować, gdyby ta osoba przed nimi stała.
Trzeba pamiętać o tym mechanizmie. Edukacji mamy za mało i ciągle pokutuje społeczne przekonanie, że jak coś dzieje się w internecie, to nie dzieje się naprawdę. Dzieje się naprawdę, tyle że w przestrzeni wirtualnej, czyli w innym kanale komunikowania, który jest codziennością większości z nas.
Język faktów kontra populistyczne emocje
Czy jest coraz gorzej z naszą moralnością online? Niedawno krakowska „Gazeta Wyborcza” opisała sprawę internauty-dziennikarza, który nie zgadzał się publicznie z liderem krakowskich narodowców w sprawie imigrantów i spotkały go nawet groźby śmierci na Facebooku. Czy poziom agresji w internecie jest mierzalny?
Myślę, że jest coraz gorzej. Można by to pokazać na liczbach, oczywiście trzeba by to zbadać na reprezentatywnej próbie materiałów. Inna sprawa, że mamy tak wiele różnych społeczności internetowych, że byłoby to poważne wyzwanie.
Jeśli mówimy o zaatakowaniu człowieka, który w kulturze populizmu próbował użyć języka faktów, to tutaj mamy chyba sedno problemu.
Mówimy o przypadku opisanym przez „Gazetę Wyborczą”?
Tak. O przypadku, w którym człowiek zdecydował się nawet nie tyle zrobić własne badania, ile przytoczyć dane dotyczące tego, ilu mamy imigrantów, skąd są w Krakowie i jaki jest ich status na rynku pracy. To były twarde dane pokazujące, że nie zagraża nam fala muzułmanów ani fala imigrantów o innym kolorze skóry niż biały. Dominują raczej ci, którzy są nam podobni. Pewną sporą reprezentację mają Hindusi w związku z różnymi firmami technologicznymi, w których tutaj pracują.
Ten człowiek użył języka faktów w internecie, w którym język faktów sprzedaje się słabo, a wyniki badań tym bardziej. Jeśli mamy do czynienia z populistycznymi argumentami, bazowaniem na emocjach i opowiadaniem o tym, jak bardzo mityczni imigranci są zagrażający, to trudno przebić się z taką informacją do środowiska przyzwyczajonego do tego typu komunikacji.
Paradoksem jest to, że te same grupy, które straszą imigrantami zagrażającymi kobietom, pytają autora tekstu, czy ma córkę, bo by się nią zainteresowali. Te grupy nawet nie dostrzegają, że używają narzędzi, przed którymi ostrzegają w kontekście imigrantów. To dość przerażające i pokazuje brak logiki. Pytanie, czy da się jeszcze coś z tym zrobić.
Świadomość rośnie, ale za wolno
Czy świadomość Polaków i internautów na temat zachowań w sieci rośnie? A jeśli rośnie, dlaczego nie przekłada się to na zmianę języka i dlaczego jest coraz gorzej?
Rośnie, ale nie rośnie aż tak szybko. Ta świadomość wynika raczej z tego, że my wszyscy się starzejemy, a internet już jest z nami jakiś czas. Ona nie rośnie dlatego, że ktoś bardzo się postarał, żeby rosła – na przykład robił kampanie społeczne, edukacyjne, systemowo uczył starsze pokolenia.
Wynika raczej z tego, że jeśli za osoby w wieku produkcyjnym uznamy milenialsów, część pokolenia X oraz zetki, to zobaczymy, że w dużym stopniu są to osoby, które odebrały przynajmniej część wykształcenia informatyczno-komunikacyjnego dotyczącego nowych technologii.
Krótko mówiąc, to, że jako społeczeństwo się starzejemy, powoduje, że coraz starsi są ludzie, którzy byli już zaznajomieni z technologią. Tutaj upatrywałabym powodów, dla których idzie nam lepiej. Trochę pomaga też to, że najmłodsze pokolenie, czyli dzieciaki, przynosi ze szkoły różne cenne spostrzeżenia i informacje, bo chcąc chronić własne dzieci, uczymy się o internecie.
Zdecydowanie potrzebowalibyśmy jednak bardziej systemowych rozwiązań i poważniejszego podejścia do tego, co negatywnego dzieje się w sieci. Chodzi o to, żeby takie treści były identyfikowane, zgłaszane i karane. Żeby ludzie, którzy w sposób bardzo niefrasobliwy posługują się słowem w internecie, ponosili tego konsekwencje.