Politycy lewicy i Polski 2050 złożyli swój projekt ustawy o asystencji osobistej dla osób z niepełnosprawnościami. Są już zatem trzy projekty: poselski, rządowy i prezydencki. Między nimi są różnice. Co jednak powinno się w tej ostatecznej wersji znaleźć z trzech różnych projektów – ten optymalny, to byłby jaki?
Trochę to skoryguję, bo w Sejmie są dopiero dwa projekty. Pierwszy – złożony dwa lata temu przez prezydenta Andrzeja Dudę – i drugi, który dopiero wczoraj został złożony przez posłów. Tego rządowego projektu jeszcze w Sejmie nie ma, bo nie został przyjęty przez rząd. Mieliśmy wiele spotkań i komisji, są tylko założenia, nie ostateczna wersja. Tak naprawdę więc mamy dwa projekty.
W piątek była nawet próba wrzucenia projektu prezydenckiego do podkomisji – skutecznie to zablokowaliśmy, bo to często oznacza odłożenie sprawy „na święty nigdy”. A ludzie czekają. Od dwóch lat słyszą obietnice, że projekt znajdzie się w stu konkretach na sto dni. Jak widać – praca idzie ciężko.
Osoby z niepełnosprawnościami oczekują przede wszystkim możliwości zatrudnienia asystenta na etat – kogoś, kto będzie towarzyszył im w codziennym funkcjonowaniu. Do tej pory było to realizowane projektowo, przez samorządy i rząd, ale tylko czasowo.
Tam są jednak różnice dotyczące liczby godzin asystentury i wieku osób, które mogłyby mieć asystenta. W którą stronę, Pani zdaniem, powinno to pójść?
Dla mnie niewyobrażalne jest zabranie tej możliwości osobom powyżej 65. roku życia. Te osoby korzystały już z programu, a teraz mielibyśmy im to odebrać? To byłoby niekonstytucyjne. Poza tym nie ma alternatywy. Rząd zapowiadał, że jeśli asystentura będzie ograniczona, pojawi się bon senioralny – ale to tylko zapowiedzi, nawet założeń tego projektu nie ma.
Przypomnijmy, że bon senioralny ma dotyczyć osób 75 plus. Czy uważa Pani, że asystencja to również narzędzie aktywizujące rynek pracy? Pojawiają się wątpliwości, czy znajdzie się wystarczająco dużo przeszkolonych osób do tej pracy.
To ogromny problem. Zapotrzebowanie na usługi opiekuńcze rośnie, a brakuje kadr. Nie dlatego, że ludzie nie chcą pracować – bo szkolenia trwają od lat i nie ma tu wymagań wieloletnich studiów. Wystarczy przygotowanie i empatia. Problemem jest wynagrodzenie. W domach samopomocy czy warsztatach terapii zajęciowej ludzie pracują za najniższą krajową.
Jeśli nie będzie systemowego wsparcia, odejdą również stamtąd. I wtedy zabraknie i asystentów, i pracowników placówek dziennego wsparcia. Tego systemowego myślenia nie ma, choć zapowiadano je od dawna. A przecież asystencja działa od kilku lat w projektach – wystarczyło wprowadzić ją do ustawy. Prezydent to zrobił. Byliśmy gotowi na poprawki po konsultacjach, ale projekt został wrzucony do kosza.
Politycy lewicy i Polski 2050 deklarują, że chcą pracować nad trzema projektami równolegle.
Oczywiście, my też chcemy. Po to była deklaracja prezydenta i rządu. Ale szczerze mówiąc, środowiska osób z niepełnosprawnościami tracą już nadzieję. Tym bardziej po słowach pana premiera, że wykona tylko 30% swoich obietnic.
Dziś ma zostać zaprezentowany kompromisowy projekt o statusie osoby najbliższej, czyli regulacja dotycząca związków partnerskich. Czy podniesie Pani rękę za tym projektem?
Poczekajmy. W samej koalicji dyskusje nad tą ustawą trwały ponad dwa lata. Chciałabym najpierw przeczytać projekt. Nie widzę problemu w uregulowaniu sytuacji, które powodują codzienne problemy prawne czy organizacyjne osób żyjących poza małżeństwem. Pytanie, czy rzeczywiście o to chodzi, czy nie będzie tam prób zmian w konstytucyjnym modelu rodziny czy kwestiach opieki nad dziećmi.
Jeśli projekt rzeczywiście będzie odpowiadał deklarowanym intencjom, to go poprę. Ale często bywa tak, że pod deklaracjami kryją się inne zapisy, tworzone pod konkretne grupy.
Wydaje się jednak, że Lewica zrobiła krok wstecz, a projekt jest raczej po stronie PSL, czyli środowisk konserwatywnych. Sam prezydent nie mówi „nie”, o ile nie będzie to godzić w instytucję małżeństwa. Czy uporządkowanie tej kwestii w prawie cywilnym nie budzi wątpliwości?
Nie. Nie widzę przeszkód, by pewne kwestie były uregulowane prawnie. Jeśli pojawią się uproszczenia – dobrze. Poczekajmy jednak, aż zobaczymy cały projekt.
Czy ataki prezesa Jarosława Kaczyńskiego na Konfederację pomagają PiS-owi, czy raczej wzmacniają Konfederację?
To działa w obie strony. Zdarzają się przytyki i z drugiej strony. Ja nie jestem członkiem PiS i nie uczestniczę w wewnętrznych rozmowach partii. Mam swoje wątpliwości wobec Konfederacji – szczególnie w kwestiach polityki społecznej i solidarności wobec najsłabszych. Ale rozumiem, że dla dobra Polski czasem warto się porozumieć i złagodzić język. Nie będę jednak komentować decyzji partyjnych.
Konfederacja mówi, że nie chce być przystawką PiS-u i nie chce skończyć jak Jarosław Gowin. Pani też kiedyś była w ugrupowaniu, którego dziś już nie ma – w Kukiz’15. Czy rozumie pani ich obawy?
Pewnie tak. Niestety w polskiej polityce mniejsze ugrupowania mają trudniej – nie mają środków, możliwości, są ograniczane choćby w debacie sejmowej. Ale politykę tworzą ludzie. To, że Kukiza jako formacji już nie ma, nie znaczy, że nie ma ludzi, którzy niosą jego idee. Jest ich coraz więcej. Jeśli w Konfederacji są idee, które spajają ludzi, powinni szukać dróg do ich realizacji.