Afera Zondacrypto. Czy regulacje mogły zapobiec stratom? Fot. pexels
Afera Zondacrypto i polityczny spór
Na początku kwietnia giełda kryptowalut Zondacrypto przestała wypłacać środki klientom, a jej prezes Przemysław Krall wyjechał – według doniesień – do Izraela. Rząd twierdzi, że sytuacji mogłyby zapobiec regulacje zawetowane przez prezydenta. Z kolei politycy PiS przekonują, że nic by to nie dało, bo firma jest zarejestrowana w Estonii. Czy da się rozstrzygnąć, kto ma rację?
Marek Zuber: Bardzo ubolewam nad tym, że ta sprawa stała się problemem politycznym. Mam wrażenie, że to nie pomaga ani w jej rzetelnym wyjaśnieniu, ani w przedstawieniu faktów opinii publicznej. W zależności od tego, kto się wypowiada, podkreślane są różne elementy.
Nie do końca rozumiem argument, że prezydent Nawrocki tego nie podpisał, bo była to ustawa lobbystyczna. Takie określenie budzi moje wątpliwości. Owszem, pojawiały się głosy, że regulacje były zbyt restrykcyjne – na przykład w zakresie uprawnień Komisji Nadzoru Finansowego czy wymogów finansowych wobec firm. To jest pole do dyskusji. Ale samo określenie „lobbing” w tym przypadku wydaje mi się nadużyciem.
Na czym polegała zawetowana ustawa?
Co właściwie zakładała ta ustawa? Jakie rozwiązania miała wprowadzić?
Przede wszystkim dawała Komisji Nadzoru Finansowego możliwość kontrolowania działalności firm zajmujących się obrotem kryptowalutami. Wprowadzała też konkretne obowiązki dla podmiotów, które chciałyby prowadzić taką działalność – na przykład dotyczące kapitału czy zasad funkcjonowania.
W praktyce chodziło o stworzenie ram prawnych dla rynku, który dziś działa w dużej mierze poza kontrolą państwa. To była próba uporządkowania działalności polegającej na kojarzeniu kupujących i sprzedających kryptowaluty.
Czyli dziś takie firmy w zasadzie nie podlegają nadzorowi?
Nie mamy realnych narzędzi, by je kontrolować. I to jest zasadniczy problem. Dlatego nie zgadzam się z tezą, że ustawa nic by nie zmieniła. Nawet jeśli KNF nie miałby bezpośredniej kontroli nad firmą zarejestrowaną w Estonii, mógłby przynajmniej ostrzegać klientów.
Na przykład publikując informację: „Ta firma nie podlega nadzorowi KNF, co wiąże się z określonym ryzykiem”. To mogłoby wpłynąć na decyzje części inwestorów.
Czy straty można było ograniczyć?
Czy takie ostrzeżenia rzeczywiście mogłyby coś zmienić?
Nie sądzę, żeby całkowicie zapobiegły tej sytuacji. Ale mogły ograniczyć straty – moim zdaniem o dziesiątki milionów złotych. To bardzo dużo z punktu widzenia klientów.
Jeśli mówimy o stratach liczonych dziś w setkach milionów, a może nawet ponad miliard złotych, to nawet częściowe ograniczenie byłoby znaczące.
Kryptowaluty a tradycyjny system finansowy
Skoro firma była zarejestrowana w Estonii, to czy to nie jest sytuacja podobna do zagranicznych banków działających w Polsce?
Formalnie tak – działamy w ramach Unii Europejskiej i firmy mogą funkcjonować transgranicznie. Ale jest zasadnicza różnica. Banki działające w Polsce mają licencję i podlegają nadzorowi KNF.
W przypadku kryptowalut tego nie ma. A nadzór w różnych krajach UE różni się skutecznością. Polski nadzór jest dość wymagający – czasem to bywa uciążliwe dla instytucji, ale z punktu widzenia bezpieczeństwa klientów często działa ochronnie.
I teraz Zonda była objęta nadzorem w Estonii. Trzeba jednak pamiętać, że choć w Unii Europejskiej firma może działać w różnych krajach, będąc zarejestrowaną w jednym z nich, to poziom i skuteczność nadzoru w poszczególnych państwach są różne.
Muszę przyznać, że działania polskiej Komisji Nadzoru Finansowego często mnie irytują. Mam wrażenie, że czasem próbuje ona pełnić rolę „market makera”, czyli w pewnym sensie kształtować rynek, do czego – moim zdaniem – nie ma pełnych uprawnień. Przykładem może być sytuacja sprzed kilku lat, gdy osoby czekały nawet sześć, siedem czy osiem miesięcy na zgodę KNF na objęcie stanowiska w zarządzie banku. Uważam, że takie decyzje powinny zapadać w ciągu dni, maksymalnie tygodni.
Z drugiej strony, to właśnie to restrykcyjne podejście często chroni klientów. Jestem przekonany, że dzięki temu wiele osób uniknęło poważnych strat finansowych. To, co bywa uciążliwe z punktu widzenia instytucji, może być jednocześnie skuteczną ochroną dla użytkowników rynku. Polski nadzór jest po prostu wymagający – obejmuje nie tylko banki, ale też ubezpieczycieli czy rynek kapitałowy – i przypuszczam, że podobnie rygorystycznie podchodziłby również do rynku kryptowalut.
Warto też pamiętać o szerszym kontekście. Pierwsza kryptowaluta, bitcoin, powstała jako swoisty sprzeciw wobec państwa i tradycyjnego systemu finansowego. Miała być pieniądzem „antypaństwowym”, niezależnym od instytucji. Dlatego próby wprowadzania regulacji w różnych krajach od początku spotykały się z dużym oporem.
A same kryptowaluty – czy można je traktować jak pieniądz?
Moim zdaniem nie. To raczej aktywa cyfrowe. Nie stoi za nimi żadna gospodarka ani państwo, nie ma mechanizmów stabilizujących ich wartość. To po prostu zapis cyfrowy, którego cena może się bardzo dynamicznie zmieniać.
I podobnie jest z samym pojęciem kryptoaktywów – mamy tu dokładnie ten sam problem definicyjny i brak stabilnych odniesień. To jednak nie zmienia faktu, że gdyby taka kontrola istniała, straty – moim zdaniem – byłyby mniejsze niż dziś. Gdybyśmy wprowadzili te przepisy choćby rok temu, sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. Pojawia się też pytanie, czy w takich warunkach Zonda w ogóle zdecydowałaby się działać w Polsce.
Czyli możliwe, że w ogóle by na ten rynek nie weszła?
Myślę, że jeśli już wtedy działy się tam niepokojące rzeczy, to kolejne miesiące tylko by to ujawniły. Dziś mamy bardzo wiele różnych tez i opinii – mam wrażenie, że nagle wszyscy stali się ekspertami od kryptowalut i wiedzą dokładnie, co się wydarzyło. Tymczasem jeszcze rok temu nie było tak zdecydowanych ocen tej działalności w przestrzeni publicznej. Pojawiały się one głównie w kontekście sporów politycznych.
Pamiętam też swoje zastrzeżenia wobec współpracy z Polskim Komitetem Olimpijskim.
Chodzi o sytuację, w której sportowcy otrzymywali tokeny?
Tak. I żeby było jasne – nie miałem wtedy wiedzy ani przekonania, że mamy do czynienia z jakimś oszustwem. Moje wątpliwości wynikały z tego, że państwo nie miało żadnej kontroli nad tą firmą, a PKOl jest instytucją kojarzoną z wiarygodnością. Tego typu współpraca budziła więc pytania.
Druga kwestia dotyczyła samego wynagradzania sportowców. Nie chodziło o to, że ktoś ich oszuka, tylko o zmienność wartości kryptowalut. Może się przecież zdarzyć, że o godzinie 9:15 wartość tokenu wynosi 100 tysięcy złotych, a godzinę później spada do 20 tysięcy, a nawet do kilkuset złotych. Ta zmienność sprawia, że realna wartość takiej nagrody jest bardzo niepewna.
Jeśli byłby to dodatkowy element wynagrodzenia – w porządku. Jeśli sportowiec miałby wybór między tokenem a gotówką – również. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie zaczęto traktować to jako istotną część podstawowej nagrody, co w mojej ocenie było ryzykowne.
Czy pieniądze da się odzyskać?
Na koniec – czy pokrzywdzeni mają szansę odzyskać swoje pieniądze?
W przypadku sportowców być może znajdzie się sponsor, który pokryje straty. Natomiast jeśli chodzi o klientów, niestety jestem sceptyczny.
Może uda się odzyskać niewielką część środków, ale doświadczenie pokazuje, że w takich sprawach większość pieniędzy przepada. To nie jest pierwsza tego typu sytuacja – podobne afery już się zdarzały i zwykle kończyły się podobnie.