date_range
Dzisiaj 19:40
(
Edytowany Dzisiaj 19:50 )
Tam, gdzie na gorsetach haftuje się maki, poziomki i róże; gdzie mieszkał człowiek, który marzył o lataniu i zbudował skrzydła; gdzie wodę pije się powoli z pijałek i gdzie podają na deser pannę cottę z bundzem. Wiecie, do jakiego miejsca dotarliśmy na koniec wakacyjnej podróży z „Małopolską na dwóch kółkach. Sezon 2”? Proszę państwa, do Szczawnicy!
Siedem różnych miejsc, a każde wyjątkowe – byliśmy w miastach i miasteczkach, na wodzie, nad ziemią i pod ziemią. Z każdego miejsca przywieźliśmy to, co najważniejsze – wspomnienia, opowieści, smaki, oczy zapamiętały widoki. A końcu naszej wakacyjnej wycieczki zawitaliśmy do Szczawnicy. I wierzcie nam, nie mogło być lepszego finału.
Bo Szczawnica nie pędzi, nie obiecuje za dużo, sączy historię powoli. Ma wodę, która leczy; ludzi, którzy nie wstydzą się tożsamości i urok, którego żaden folder nie opisze.
Pijałka, czyli jak pić wodę
Czy piliśmy wodę? Te słynne „szczawy”, od których miejscowość wzięła nazwę? Pewnie! A opowiadała nam o niej Agnieszka Salamon z Uzdrowiska Szczawnica. Zanim jednak oddamy głos specjalistce, warto dodać, że lecznicze właściwości szczawnickich wód są znane od ponad 200 lat. Najstarsze źródło, Józefina, znajdujące się dziś w pijalni wód leczniczych, odkryto w 1810 roku. Co leczą te wody? Pomagają przede wszystkim przy chorobach dróg oddechowych, alergiach, dolegliwościach nerek i przewodu pokarmowego. A jak je pić? Wiecie, że Szczawnica ma kulturę picia wód?
- Żeby kuracja miała sens, wodę pije się trzy razy dziennie, pół godziny przed posiłkiem, najlepiej podczas spaceru. Przy dłuższej, trzytygodniowej kuracji zalecamy picie przez słomkę, żeby zawarte w wodzie żelazo nie osadzało się na zębach. Na początku XIX wieku popularne były specjalne kubeczki z dzióbkiem, nazywane pijałkami. Służyły właśnie do picia wód leczniczych – opowiadała Agnieszka Salamon.
Kto ma taką pijałkę w domu? Pewnie wielu z was. Przecież kupowało się pijałki, kiedy było się w sanatorium (taki standard pamiątkowy). Potem zabierało do domu, stawiało na półce. Przypominała pijałka o tym, że było się „u wód”. Kranówka raczej z niej nie smakowała, więc los jej był przesądzony – na wieki wieków zostawała na tej półce, chyba, że spadła i się rozbiła.
crop_free
1
/ 24
Posłuchaj opowieści Agnieszki Salamon.
Gorset jak świat
W każdym z miast, w których byliśmy, spotykaliśmy ludzi, dla których opowieść była naturalna jak oddychanie. W Szczawnicy mieliśmy ogromną przyjemność porozmawiać z Agnieszką Ciesielką, regionalistką. Takiego zachwytu swoją małą ojczyzną dawno nie słyszeliśmy:
- Jeżeli kocha się swoje miejsce, swoją pracę, ludzi, zwierzęta i przyrodę, to właściwie niczego więcej nie trzeba. To wszystko daje nam radość. Nam się Pieniny nie nudzą. Czy pieszo, czy na rowerze, o każdej porze dnia i roku można gdzieś pójść i za każdym razem czerpać z tego przyjemność.
Była też opowieść o gorsetach:
- Wyhaftowanie gorsetu zajmuje kilka miesięcy, bo wszystko robimy ręcznie. Charakterystyczna dla góralek pienińskich jest też koszula z wysokim kołnierzem i pięknymi mankietami. Jeśli babcie albo ciotki jeszcze potrafią, ręcznie haftują również koronkę wokół mankietów. Do tego dochodzi zapaska, spódnica w odpowiednim kolorze i haftowana halka. Ona też musi być piękna, bo kiedy dziewczyny tańczą i spódnice wirują, halkę widać. Nasze hafty są proste, ale pojawia się w nich wszystko, co rośnie na pienińskich łąkach: chabry, maki, poziomki, czasem róże. Szczawnica ma też swój charakterystyczny sposób wiązania gorsetu. Wiążemy go od dołu do góry, a szeroką wstążkę układamy na górze w kształt róży. To nie jest kokarda. Kokardy mają dziewczyny w Krościenku, a w Szczawnicy musi być róża.
Na gorsetach bywa wyhaftowana historia miejsca, rzeczy bliskie, czasem oczywiste, ale najcenniejsze. Gorset jest jak świat.
Posłuchaj Agnieszki Ciesielki.
crop_free
1
/ 33
Widoki na Tatry
Pieniny czy Tatry? Nie ma sensu pytać. To przecież dwa różne światy, ale łączy je jedno – człowiek, który rano wstał, spakował plecak, zjadł śniadanie i poszedł, gdzie go oczy poniosą. Mówią, że Pieniny są mało wymagające, że nie potrzeba tyle wytrwałości, ale to nieprawda. Są piękne i potrafią być równie niebezpieczne, co Tatry. O czym przekonywał nas Piotr Bernacki, przewodnik górski.
- Pieniny są łatwiej dostępne niż wiele innych gór, ale nie znaczy to, że zawsze są łatwe. Mimo stosunkowo niewielkiej wysokości można tu zaplanować naprawdę długie wycieczki, z przewyższeniami porównywalnymi do tatrzańskich. Dlatego trzeba dobrze zaplanować trasę i czas, przede wszystkim pod kątem bezpieczeństwa. Warto też pamiętać, że kolor szlaku pieszego nie oznacza stopnia trudności. Czarny szlak wcale nie musi być najtrudniejszy. Szczawnica jest świetnym punktem wypadowym i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Rodziny z dziećmi mogą wjechać koleją na Palenicę i właściwie bez większego wysiłku rozpocząć wycieczkę przy górnej stacji, skąd są piękne widoki na Tatry i pienińskie szczyty. Bardziej doświadczeni mogą ruszyć dalej, na przykład na Wysoką – najwyższy szczyt Pienin, który, paradoksalnie, znajduje się w Małych Pieninach.
Aha, zajrzeliśmy też do Flisków.
Nie byłoby tradycji spływu Przełomem Dunajca, gdyby nie Józef Szalay, człowiek, który stworzył uzdrowisko w Szczawnicy. Stanisław Migdał (wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Flisaków Pienińskich), który opowiadał nam o tradycji flisackiej, nazwał Szalaya bardzo dobrym menadżerem, trudno się z tym nie zgodzić.
Szczawnica to też opowieść o rzece, która była drogą (dla ludzi i towarów). Ale to nie Dunajec nas ujął najbardziej. Posłuchajcie tej opowieści Stanisława Migdała.
- Jedną z legendarnych postaci Pienin był brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru, XVIII-wieczny zakonnik i zielarz. To on stworzył pierwszy zielnik roślin Pienin i Tatr, w którym opisał w trzech językach ponad 280 gatunków. Dziś w Czerwonym Klasztorze można zobaczyć rekonstrukcję jego apteki, a zielnik przechowywany jest w Bratysławie. Ale Cyprian zasłynął również z innej pasji – marzył o lataniu. Dlatego nazywany jest Ikarem znad Dunajca albo Skrzydlatym Mnichem. Według legendy obserwował ptaki i zastanawiał się, dlaczego człowiek nie mógłby latać tak jak one. Zbudował więc skrzydła i miał na nich wzbić się w powietrze. Przełożeni uznali, że muszą być w to zamieszane siły nieczyste, i kazali mu skrzydła zniszczyć. Cyprian jednak nie posłuchał. Podczas ostatniego lotu miał wystartować z Trzech Koron i polecieć w stronę Tatr. Nad Morskim Okiem uderzył w niego piorun, a zakonnik spadł i zamienił się w skałę, którą do dziś znamy jako Mnicha.
I moglibyśmy długo jeszcze opowiadać, co nas spotkało, czego doświadczyliśmy i co zabraliśmy ze sobą. Chyba jednak wystarczy, prawda? Jedźcie do Szczawnicy, szukajcie symboli na gorsetach, spróbujcie jagnięciny, popatrzcie na zachód słońca, wyobraźcie sobie, że Mnich był kiedyś szczawnickim Ikarem.
Pod każdym materiałem na naszej stronie dostępny jest przycisk, dzięki któremu możecie Państwo wysyłać maile z
opiniami. Wszystkie będą skrupulatnie czytane i nie pozostaną bez reakcji.
Zapraszamy również do kontaktu z nami poprzez SMS - 4080, telefonicznie (12 200 33 33 – antena,12 630 60 00 –
recepcja), a także na nasz profil na
Facebooku oraz
Twitterze
Radio Kraków informuje,
iż od dnia 25 maja 2018 roku wprowadza aktualizację polityki prywatności i zabezpieczeń w zakresie przetwarzania
danych osobowych. Niniejsza informacja ma na celu zapoznanie osoby korzystające z Portalu Radia Kraków oraz
słuchaczy Radia Kraków ze szczegółami stosowanych przez Radio Kraków technologii oraz z przepisami o ochronie
danych osobowych, obowiązujących od dnia 25 maja 2018 roku. Zapraszamy do zapoznania się z informacjami
zawartymi w Polityce Prywatności.