Marta S. zapowiedziała, że będzie odpowiadać tylko na pytania swoich obrońców. Podtrzymała jednak wyjaśnienia, które złożyła wcześniej w prokuraturze. W nich zaznaczyła, że nie naruszała praw swoich podwładnych, nigdy nie krzyczała i nie poniżała pracowników. Przeciwnie, robiła "wszystko, aby pracowało im się lepiej". Podkreślała też, że dodatki finansowe i premie były odbierane tylko w uzasadnionych przypadkach, m.in. palenia papierosów w dyżurce czy za brak właściwego obuwia. Nadmieniła też, że oskarżenia pracowników są niesprawiedliwe i czuje się upokorzona.
Pierwsi pokrzywdzeni mają składać zeznania na następnej rozprawie. "W ocenie moich mocodawców doszło do naruszenia ich godności i stworzenia wobec nich wrogiej atmosfery pracy. To ma negatywny wydźwięk nie tylko osobisty, ale i społeczny. Mówimy o osobach, których zadaniem jest ratowanie życia i zdrowia ludzkiego" - mówi adwokat Andrzej Bigaj, który reprezentuje większość pokrzywdzonych.
Po rozprawie pokrzywdzeni wyrażali nadzieję, że sąd rozstrzygnie tę sprawę w sposób rzetelny. "W naszym odczuciu wielokrotnie dochodziło do sytuacji, których nie powinno być. Wiele razy czuliśmy strach, idąc do pracy. Dziś niektórzy z nas nie pracują już w pogotowiu, albo zmienili stację, aby nie mieć kontaktu z kierowniczką - mówił jeden z ratowników Adrian Stanisz.
Z ustaleń prokuratury wynika, że zachowanie kierowniczki miało przyczyniać się do obniżenia u pracowników poczucia własnej wartości. Opinie biegłych psychologów wskazywały na doznanie przez pracowników uszczerbku na zdrowiu.
Sprawa mobbingu dotyczy sytuacji, do których dochodziło od maja 2015 roku do sierpnia 2017 roku. W 2015 roku Marta S. została kierowniczką zespołów wyjazdowych. Od tamtego czasu pracownicy wielokrotnie skarżyli się na złe traktowanie. Twierdzili, że nie są w stanie spokojnie pracować, są zastraszani.
- To wszystko się kumulowało. Pani kierownik dyskredytowała nasze wykształcenie, używała wulgaryzmów, obniżała nasze poczucie własnej wartości. Była w stanie doprowadzić do płaczu panią doktor, która ma 40 lat stażu - mówił Radiu Kraków jeden z ówczesnych pracowników Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego.
Ratownicy postanowili nagrać wypowiedzi swojej przełożonej. Na taśmach, do których dotarło Radio Kraków, można usłyszeć m.in. takie wypowiedzi:
[ZAPIS FRAGMENTU NAGRANIA] "...wypunktuj go. Zobacz co on tam ma w obowiązkach i wypunktuj go. Jak mu, k..., nie dopieczemy teraz, to kiedy? On musi się stać taki mały przy nas, zależny od nas, rozumiesz?", "Mówię Ci, niektórych chwyciłabym za bety i poszarpała, żeby przejrzeli trochę w tym mózgu i na oczy, bo mnie aż gotuje..."
Przedstawiciele pogotowia mówili wówczas, że nagrane wypowiedzi nie dowodzą, że dochodzi do mobbingu, bo była to prywatna rozmowa między jedną kierowniczką a drugą.
W wyjaśnienie sprawy zaangażował się także Urząd Marszałkowski, któremu podlega KPR. Do ówczesnego marszałka województwa wpływały anonimowe skargi na kierowniczkę Martę S. Urzędnicy rozdali około 200 ankiet pracownikom i sprawdzili przestrzeganie procedur. Stwierdzili, że nie dochodziło do nieprawidłowości.
Oskarżona Marta S. nie chciaław poniedziałek rozmawiać z mediami. Cały czas pracuje na stanowisku kierowniczym w KPR. Przedstawicielka Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego, ze względu na toczący się proces, sprawy nie komentuje.
(Teresa Gut/ko)