Pływa tam gruba ryba i to w mętnej wodzie. Autorki raportu wykonały tytaniczną pracę, bo przekopały wpisy z ostatnich dwóch lat. Te wszystkie internetowe rewelacje mają swój idealny kalendarz. Chcesz przewidzieć, kiedy w sieci wybuchnie wysyp teorii o tym, że 5G steruje pogodą, albo że Bill Gates chce nas wszystkich wylogować z tego świata? Sprawdź kalendarz wyborczy!
Wybory parlamentarne, prezydenckie, samorządowe. Każda kampania działa na internetowych naciągaczy jak darmowe chilli do kebaba. Emocje rosną, a algorytmy platform społecznościowych tylko zacierają rączki. Dla nich nasz święty gniew i oburzenie to po prostu czysty zysk, który sprzedają reklamodawcom.
W Krakowie mamy szczególny piątek. Cisza wyborcza już od północy, a w niedzielę referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Czy to oznacza, że lokalnie też mamy podwyższone ciśnienie w sieci? Nawet więcej. Tam jest eksplozja termobaryczna! Dokładnie to pokazuje raport: fejk-newsy karmią się lokalnymi kryzysami i emocjami „tu i teraz”.
Jeśli otworzymy teraz krakowskie grupy dyskusyjne, obok merytorycznych sporów znajdziemy tam teorie godne Hollywood. Mechanizm jest zawsze ten sam: im bliżej niedzielnego głosowania, tym mocniej wylewa się fala sensacji robionych na kolanie. Oprócz liści z drzew spadają rzetelne fakty.
Pojawia się wielka powódź? Zapomnij o prognozach. Wtedy czytasz, że to auta elektryczne toną na potęgę. Hit sezonu? Kiedy nasz astronauta Sławosz Uznański przygotowywał się do misji, w sieci nagle wybiło szambo z teorią, że lądowanie na Księżycu sfingowano. No przecież, jak leci Polak, to trzeba szybko udowodnić, że kosmos to makieta!
Gdzie tego „dobrodziejstwa” jest najwięcej? Mogłoby się wydawać, że prym wiodą TikTok czy Instagram, gdzie młodzież siedzi bez przerwy. Tu jednak jest niespodzianka! Według raportu TikTok i Instagram są w miarę grzeczne. Prawdziwe jądro ciemności to stare, dobre fora internetowe i sekcje komentarzy pod artykułami.
Dlaczego? Bo tam każdy jest anonimowym panem swojego losu, moderacja prawie nie istnieje, a debaty ciągną się w nieskończoność jak flaki z olejem. Na YouTube z kolei królują spiskowe hity: likwidacja gotówki, Nowy Porządek Świata, paramedycyna.
Co jest w tym najgroźniejsze? To, że te informacje żyją w zamkniętym słoiku wzajemnej adoracji. Badaczki ustaliły, że zaledwie 16 procent tych „sensacyjnych” wpisów ma jakikolwiek link do źródła. A jak już ten link jest, to prowadzi... do innego posta na Facebooku albo portalu X! Zero nauki, tylko emocje puszczone w obieg.
Dlatego, zanim w ten weekend dacie się ponieść internetowym rewolucjom przed pójściem do urn, złapcie oddech. Ktoś po prostu bardzo chce zarobić na waszym ciśnieniu.