Tej płyty mogło nie być.
Choć twórczość Najniższego Człowieka od początku opiera się je jego własnych przeżyciach, nowy album jest efektem współpracy zaprzyjaźnionych muzyków: Andrzeja Noconia i Marcina Gizy. To oni pomogli zachować równowagę między surową emocjonalnością a pełniejszym brzmieniem. Mimo nowych aranżacji fundament pozostaje ten sam: gitara, szczery tekst i melodie, które nie potrzebują nadmiaru ozdobników.
Kraków jako mapa wspomnień
Bardzo ważnym bohaterem albumu jest także Kraków. To właśnie tutaj powstawały pierwsze szkice piosenek, często podczas rowerowych wycieczek i samotnych przystanków nad Wisłą. Artysta wspominał między innymi okolice Skałki, park Jordana czy kawiarnię przy Stolarskiej jako miejsca, w których dojrzewały teksty do utworów takich jak „Mały książę”, „Dla B” czy „Krakowski wrzesień”. Lokalność nie jest jednak w tej historii pocztówką z miasta. To raczej emocjonalna mapa wspomnień, rytuałów i momentów, które pomogły mu „wrócić do siebie”. Sam tytuł płyty można rozumieć na kilku poziomach: jako powrót do Krakowa, do stabilności psychicznej i do samej muzyki.
„Wracam do siebie” także po terapii
Najmocniejszym wątkiem rozmowy okazała się jednak szczerość, dotycząca zdrowia psychicznego. Tomek otwarcie mówi o depresji i o tym, że piosenki stały się dla niego formą autoterapii. Jeszcze niedawno planował porzucić muzykę i zamienić ją na pisanie książki. Ostatecznie wrócił jednak do tworzenia i właśnie z tego procesu narodził się album „Wracam do siebie”. Jak sam przyznaje, świadomość, że jego utwory pomagają choć jednej osobie, jest najważniejszą nagrodą. Ta autentyczność wybrzmiewa w całej płycie i sprawia, że trudno traktować ją jako kolejny album z gitarowymi piosenkami. To raczej intymny pamiętnik zapisany dźwiękami, w którym wielu słuchaczy może odnaleźć kawałek własnej historii.