Setki komentarzy i gorącą dyskusję w internecie wywołał koncert grupy Kraków Street Band w Nowym Sączu. Komentujący nie pisali jednak o muzyce, lecz o kulisach negocjowania wynagrodzenia dla muzyków.
Opis okoliczności występu w Nowym Sączu zespół Kraków Street Band opublikował w internecie w środę, 20 maja. Wpis poruszył setki osób. W komentarzach dominuje opinia, że słowo „kultura” w nazwach wielu instytucji niewiele znaczy.
Sprawa zaczęła się od standardowych ustaleń. Zespół miał przyjechać do miasta na koncert, zawrzeć umowę z lokalnym ośrodkiem kultury i ustalić zasady wynagrodzenia.
My sami proponowaliśmy pani dyrektor dwie opcje: albo gramy za bilety, albo za gażę. Pani sama wybrała, że gramy za gażę, więc teoretycznie mnie nic nie powinno interesować, nawet jeśli przyjdzie jedna osoba
– relacjonuje lider zespołu Kraków Street Band Łukasz Wiśniewski.
Jak mówi, później sytuacja zaczęła się komplikować.
Dostałem parę dni przed koncertem telefon bodajże od pani księgowej, że mało biletów się sprzedało i że oni muszą nam ten koncert odwołać, że albo zagramy za te pół gaży, albo oni nam zerwą ten kontrakt. Pani stwierdziła, że ona ma jakąś furtkę wyjścia z tego kontraktu
– dodaje Wiśniewski.
Muzycy przyznają, że choć czuli presję, zgodzili się na nowe warunki. Po przyjeździe do Nowego Sącza okazało się jednak, że nie będą grali na niemal pustej sali. „Okazało się, że prawie cała sala jest sprzedana” – mówi Łukasz Wiśniewski.
Kiedy członkowie zespołu zwrócili się o wyjaśnienia, mieli usłyszeć, że organizator, chcąc zadbać o atmosferę i uniknąć pustej widowni, sprzedawał bilety taniej, a część osób zaprosił za darmo. Od kasjerki zespół miał się jednak dowiedzieć, że suma wpływów sugeruje sprzedaż około 150 biletów.
Poprosiliśmy o to, żeby wrócić do poprzednich warunków, bo ten aneks ma się nijak do rzeczywistości, ale już nie dostaliśmy takiej zgody i powiedziano nam tuż przed samym koncertem, że albo gramy za kwotę z aneksu, albo odwołujemy koncert. Jeden człowiek sugerował, że obciążą nas kosztami zerwania tej umowy
– twierdzi lider Kraków Street Band.
Zespół zdecydował się wystąpić i koncert się odbył. Jak relacjonuje Wiśniewski, po występie doszło jeszcze do rozmowy z osobą prowadzącą koncert.
Na koniec pani, która prowadziła koncert, jeszcze podeszła do nas. „No i co panowie, po co te nerwy były potrzebne? Fajnie było”. A ja mówię: „no fajniej by było, gdybyśmy zostali normalnie wynagrodzeni, a nie okradzeni z połowy gaży”. A pani mówi: „po co się denerwować? Trzeba zluzować majty”.
Sprawa prawdopodobnie nie wyszłaby poza kulisy koncertu, gdyby nie opis całej sytuacji zamieszczony przez Łukasza Wiśniewskiego na internetowym profilu zespołu. Setkami komentarzy zareagowali muzycy z całego kraju, mieszkańcy Nowego Sącza i uczestnicy koncertu. Wielu z nich z niesmakiem komentowało zachowanie instytucji, która kulturę ma w nazwie.
Zespół próbował jeszcze kontaktować się w tej sprawie zarówno z dyrektorką Miejskiego Ośrodka Kultury w Nowym Sączu, jak i z władzami miasta, ale – jak twierdzi – bez skutku. Również nam od środy nie udawało się uzyskać komentarza miasta i MOK-u. Do godziny 15.30 w czwartek, 21 maja, nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Później mailem nadeszło pisemne oświadczenie podpisane przez dyrektorkę Miejskiego Ośrodka Kultury w Nowym Sączu Małgorzatę Gułowską. Czytamy w nim m.in., że „MOK jest samorządową jednostką kultury, finansowaną w znacznej części ze środków publicznych, która kieruje się troską o rzetelne wydatkowanie przekazanych jej środków”.
W oświadczeniu wskazano także, że zespół zgodził się na 7 tys. zł za występ, a kwestionowanie wynagrodzenia „post factum” w sieci przez zespół, w ocenie MOK-u, podważa jego renomę i wiarygodność biznesową jako kontrahenta.
Oświadczenie nie kwestionuje jednak wprost prawdziwości opisu sytuacji przedstawionego przez Łukasza Wiśniewskiego.