„Frekwencja wydawała się żelazną zaporą”
Ostatnim razem, gdy komentował pan referendum dla Radia Kraków, komitet nie zebrał jeszcze podpisów. Oceniał pan, podobnie jak inni politolodzy, że to będzie trudne zadanie, a w zarzutach inicjatorów brakuje konkretów. Nie spodziewał się pan, że inicjatywa referendalna aż tak przybierze na sile?
– Przede wszystkim kierowaliśmy się, i myślę, że większość komentatorów kierowała się tym doświadczeniem, że nigdy nie udało się odwołać prezydenta dużego miasta, bo to jest bardzo duże przedsięwzięcie. Oczywiście mieliśmy do czynienia z referendum odwoławczym w Warszawie, wiele lat temu, wobec Hanny Gronkiewicz-Waltz, ale ono było nieskuteczne ze względu na frekwencję.
Więc ta frekwencja wydawała się taką żelazną zaporą, za którą prawdopodobnie również Aleksander Miszalski i jego ludzie chcieli się skryć. Uznali, że jest ona na tyle wystarczająca, żeby nie przeciwdziałać temu trendowi. Rezultaty są takie, że w gruncie rzeczy w niedzielę wszystko może się wydarzyć.
Ogólnopolska Grupa Badawcza porównuje dane z Krakowa do danych zebranych w Zabrzu, gdzie udało się odwołać Agnieszkę Rupniewską z funkcji prezydenta. Według OGB w Krakowie 60 procent badanych widzi potrzebę zmiany prezydenta. Patrząc na statystykę, dla prezydenta Miszalskiego wypada to fatalnie.
– Widać, że jest bardzo mały elektorat ludzi zadowolonych. Tam były również badania pokazujące, czy ktoś jest zadowolony. Wskaźnik ludzi, którzy rzeczywiście mogliby świadczyć o tym, że są zadowoleni z tej prezydentury, jest niezwykle mały. To jest bardzo pesymistyczny dla prezydenta prognostyk.
Ale to też rezultat określonego sprawowania władzy, jak i reakcji na inicjatywę referendalną. Politycy muszą się nauczyć, że zbierają konsekwencje swoich działań. Trzeba jednak pamiętać, że porównanie z Zabrzem ma jedno „ale” – kwestię skali. W Krakowie musi być zmobilizowana o wiele większa liczba wyborców.
Sondaże dotyczące frekwencji dają pewną podstawę do optymizmu. Nawet bukmacherzy zaczynają obstawiać, że Aleksander Miszalski jest bliski straty urzędu. Trzeba zachować ostrożność w tym porównaniu, bo cyfry bardzo łatwo się porównuje, natomiast rzeczywistość społeczna działa trochę inaczej, również ze względu na skalę miasta. Generalnie wskaźników, które nastrajałyby do optymizmu władze miasta, jest niewiele.
Prof. Łukasz Danel z Uniwersytetu Ekonomicznego zwracał uwagę, że metodologia badania CATI może budzić wątpliwości przy tak emocjonalnym temacie, bo ankieter pyta przez telefon. Zgadza się pan z tym?
– Widać, że porównując badania, które były prowadzone w Zabrzu, wbrew temu, co ludzie deklarują, frekwencja jest niższa. Pytanie, czy będzie dużo niższa niż deklarowana. Wydaje się, że będziemy mieli sytuację trochę na granicy, a czasami to jest kwestia dziesiątej procenta.
Musimy pamiętać, że to są jedyne badania, którymi dysponujemy i do których można się odnosić. Politolodzy i specjaliści zawsze wiedzą, że sondaże są pewnym miernikiem. Natomiast absolutna wiara w sondaże jest czymś niezwykle mylącym, bo doświadczenie uczy, że wielokrotnie sondaże pokazywały coś innego, a wynik wyborczy okazywał się jednak trochę inny.
„Nie można sprawować urzędu jak Jacek Majchrowski, nie będąc Jackiem Majchrowskim”
W sondażu OGB 43,5 procent badanych uważa, że Aleksander Miszalski jest gorszym włodarzem niż Jacek Majchrowski. Ten sentyment może mieć znaczenie w niedzielę?
– Prawdopodobnie sytuacja wygląda tak, że Aleksander Miszalski padnie albo już padł ofiarą dość wysoko postawionej poprzeczki, którą sam wcześniej postawił. Pokazywał, że będzie nowe otwarcie, młoda energia. Natomiast w gruncie rzeczy mieliśmy kontynuację pod pewnym względem prezydentury Majchrowskiego, ale w wykonaniu osoby, która trochę odbiegała od wizerunku, do którego ludzie byli przyzwyczajeni.
Nie można sprawować urzędu w taki sposób jak Jacek Majchrowski, nie będąc Jackiem Majchrowskim. Również jeśli chodzi o pewne ukontekstowienie polityczno-środowiskowe. Widać, że podmiotowość Jacka Majchrowskiego jako prezydenta, czyli jego decyzyjność, była dość duża. Tutaj zdolność podejmowania niezależnych decyzji, również względem centrum, była jednak trochę niższa.
Należy też pamiętać o jednej rzeczy: nie było odsieczy ze strony Koalicji Obywatelskiej i Warszawy. Nie pojawił się żaden znaczący polityk, który próbowałby Aleksandra Miszalskiego ratować. To też pokazuje, że pozycja tego polityka w wewnętrznym układzie, mimo że został niedawno wybrany na kolejną kadencję jako przewodniczący struktur Koalicji Obywatelskiej, nie jest wysoka. To kolejny element pokazujący, że ma on dużo powodów do zmartwień.
A może Donald Tusk po prostu nie stawia na kartę, która nie jest pewna?
– Tak, ale generalnie można też pomóc tej karcie, albo ją wzmocnić, albo jeszcze bardziej osłabić. Mamy do czynienia ze światem polityki. Tu bardzo często nie ma sentymentów, jest po prostu kalkulacja. Można oceniać, że Donald Tusk stwierdził, iż nie chce iść razem z Aleksandrem Miszalskim albo nie chce swojego potencjału politycznego w Krakowie obniżać razem z nim. Ten dystans wobec prezydenta jest dość charakterystyczny i również jest wyborem politycznym.
Zgadza się pan z głosami, że w ostatnich tygodniach kampania referendalna jest nieco niemrawa? Badania zainteresowania w sieci pokazują, że emocje związane z referendum osłabły. Czy inicjatorom nie zabrakło paliwa?
– Trudno to jednoznacznie określić, bo nie znamy kuchni zaplecza kampanii referendalnej. Natomiast to pokazuje jedną rzecz: pewność organizatorów co do rezultatu i szacowanie kosztów. Że nie trzeba aż takiego wysiłku, żeby osiągnąć rezultat.
Emocje są. One miały swój szczyt, ale zawsze będą opadać. Od stycznia żyjemy w dość dużym napięciu, jeśli chodzi o Kraków. Natomiast to też są pieniądze, koszty i zaangażowanie ludzi. Można zakładać, że mamy do czynienia z kampanią podtrzymującą. To świadczy o pewnej dużej pewności organizatorów, że nie trzeba robić więcej. Wynik zweryfikuje strategię jednej i drugiej strony.
Ogromne zasoby w tej kampanii poświęcono na targetowaną kampanię w internecie. Reklamy komitetu referendalnego pojawiają się choćby przed wieloma filmami na YouTube. Ostatnie wybory prezydenckie pokazały, że internet może być kluczem do sukcesu.
– Przy ostatnich wyborach prezydenckich zauważyłem, że po raz pierwszy nie dostałem żadnej ulotki wyborczej żadnego z kandydatów. Tutaj też nie było ich wiele. Czasami pojawiały się gazetki, czasami billboardy. Ciężar kampanii przenosi się gdzie indziej i to jest absolutnie charakterystyczne.
Środki się zmieniają i potrafią mobilizować, bo politycy są racjonalnymi graczami. Potrafią szacować koszty i wiedzą, gdzie inwestować pieniądze po to, żeby głos był najskuteczniejszy. To znak czasu. Prawdopodobnie coraz więcej życia politycznego będzie działo się w sieci, niekoniecznie z korzyścią dla tego życia politycznego.
Dwa scenariusze po referendum
Załóżmy dwa scenariusze. Co się stanie, jeśli Aleksander Miszalski utrzyma się na stanowisku? Będzie silniejszym prezydentem niż przed referendum?
– Tak naprawdę zostaną mu dwa lata, żeby odrobić straty, które będą bardzo trudne do odrobienia. W przypadku tego polityka mamy do czynienia z poważnym kryzysem zaufania i poważnym kryzysem wizerunkowym, którego nie dało się naprawić i którego niespecjalnie skutecznie próbowano naprawić w trakcie kampanii przedreferendalnej.
Na pewno nie wyjdzie z tego wzmocniony. Będzie miał duży powód do refleksji. Walka o drugą kadencję byłaby niezmiernie trudna, bo nie będzie już mógł mówić językiem świeżości i odnowy. Będzie obciążony czteroletnimi rządami i straci wiele atutów, które miał dwa lata temu, kiedy startował na urząd prezydenta.
Będzie miał potężną lekcję do odrobienia, bardzo trudną i moim zdaniem raczej nieodrabialną. Druga kadencja jest więc raczej wątpliwa, choć w polityce nigdy nie można mówić nigdy. Dwa lata to też bardzo dużo czasu i dużo można w tym czasie zrobić.
A jeśli Aleksander Miszalski przegra? Co czeka Kraków?
– Mamy kampanię wyborczą i myślę, że niezwykle ciekawą, bo już pojawiają się niektóre nazwiska, jest pewne sondowanie. Na pewno obudzą się kandydaci partyjni. Najciekawsze będzie jednak, co zrobi Koalicja Obywatelska, czyli partia z dość dużym poparciem w Krakowie i niebędąca na straconej pozycji.
Dobór kandydata przez KO będzie bardzo ciekawy i bardzo wymagający, bo będzie trzeba zwyciężyć mimo porażki. To prawdopodobnie będzie najciekawszy element, bo kandydat KO może być głównym kontrkandydatem dla Łukasza Gibały. W przypadku, gdy referendum okaże się ważne, czeka nas bardzo ciekawy najbliższy okres.
Czy druga tura znów może rozstrzygnąć się między politykiem Koalicji Obywatelskiej a Łukaszem Gibałą, jeśli ten wystartuje?
– Biorąc pod uwagę charakterystykę miasta i to, jaka partia ma tutaj największe przełożenie, można to zakładać. Oczywiście prawdopodobnie pojawi się też kandydat niezależny, który będzie próbował zaistnieć. Może też kandydat obywatelski ze strony Prawa i Sprawiedliwości. Zobaczymy.
Prawda jest taka, że wybory to spory wydatek. W Krakowie bardzo często obserwowaliśmy, że w czasie urzędowania prezydenta Majchrowskiego różni kandydaci nie prowadzili intensywnej kampanii, bo wiedzieli, że nie są w stanie zagrozić jego pozycji. Przez wiele lat kampanie wyborcze w Krakowie były bardzo niemrawe.
Kampania Gibała kontra Miszalski była pod tym względem bardzo dynamiczna i wiadomo było, że obaj kandydaci o coś walczą. Teraz politycy będą rachować swoje szanse. To będzie też wynik przetargów wewnątrzpartyjnych. Patrząc na wyniki ostatnich wyborów samorządowych, Łukasz Gibała jest na pewno w czołówce ubiegania się o urząd prezydenta. Ale pamiętajmy też, że przy bardzo dobrych sondażach na początku nie osiągnął sukcesu dwa lata temu.