Fot. Damian Radziak
Finanse Krakowa a wybory samorządowe
Zanim przejdziemy do kwestii podwyżek, pytanie o Kraków. Sprawa wyborów prezydenckich w stolicy Małopolski stała się już tematem ogólnopolskim. Nie mogę odmówić sobie zadania takiego pytania krakowianinowi: czy misja dwóch i pół roku rządów w magistracie i uporządkowania finansów miasta to według ekonomisty misja straceńcza?
Marek Zuber: Nie, absolutnie nie. Wbrew pozorom zracjonalizowanie kolejnych budżetów miasta nie jest aż tak trudne. Mówimy w praktyce o przygotowaniu planu strategicznego obejmującego najbliższe lata i uwzględniającego obecny poziom zadłużenia Krakowa.
Warto przy tym podkreślić, że znaczna część tego długu wynika z inwestycji, których efekty są w mieście widoczne. Nie zmienia to jednak faktu, że można tak zarządzać finansami, by wierzyciele nie mieli powodów do obaw, a mieszkańcy nie odczuwali skutków zadłużenia poprzez kolejne opłaty czy parapodatki. To wszystko da się uporządkować, choć oczywiście ekonomista nie może patrzeć na takie kwestie w oderwaniu od rzeczywistości politycznej.
Usłyszymy zapewne od kandydatów obietnice w rodzaju: „oddłużę Kraków”. Wierzyć w takie deklaracje?
Najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie oznacza „oddłużę Kraków”. Znaczące zadłużenie miasta pozostanie z nami na lata i samo w sobie nie jest niczym złym, pod warunkiem że będziemy w stanie bez problemów je obsługiwać.
Wszyscy widzimy przecież inwestycje, które zostały już zrealizowane lub są realizowane. Nie powinny one oznaczać końca rozwoju miasta. Wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Nawet metro, które byłoby największym przedsięwzięciem inwestycyjnym w historii współczesnego Krakowa, wymagałoby pozyskania środków bezzwrotnych z zewnątrz.
Nie da się szybko zmniejszyć długu bez rezygnacji z części inwestycji lub ograniczenia dalszego rozwoju. Dlatego szybkie oddłużenie Krakowa jest nierealne. Zupełnie czym innym jest natomiast racjonalne zarządzanie zadłużeniem. Sam dług nie musi być czymś złym. Nawet rosnące zadłużenie może być uzasadnione, jeśli finansowane dzięki niemu projekty przynoszą dodatkowe dochody.
Dobrym przykładem jest projekt Nowa Huta Przyszłości. Pojawiają się sygnały o nowych inwestycjach logistycznych czy rozmowach dotyczących parku rozrywki. Gdyby takie przedsięwzięcia rozwijały się szybciej, zwiększałyby aktywność gospodarczą miasta i wpływy podatkowe.
Ten projekt trwa już dwanaście lat.
Dokładnie. Pamiętam, że na pewnym etapie zakładano, iż dzięki Nowej Hucie Przyszłości Kraków będzie miał około miliona mieszkańców. Dziś widać, że projekt jest mocno opóźniony względem pierwotnych planów.
Jeśli jednak uda się przyciągać inwestorów i rozwijać nowe przedsięwzięcia, a miasto nadal będzie odwiedzać wielu turystów, wpływy do budżetu będą większe. Dzięki temu łatwiej będzie obsługiwać istniejące zadłużenie, a także finansować kolejne inwestycje.
Dlatego zamiast mówić „oddłużę Kraków”, lepiej przedstawić program, który pozwoli realizować strategiczne inwestycje, zachowując bezpieczeństwo finansowe miasta. Duże znaczenie mają tu działania związane z pozyskiwaniem inwestorów, zwłaszcza na terenach Nowej Huty Przyszłości.
Wyższa płaca minimalna i rynek pracy
Jakie skutki dla rynku pracy będzie miało podniesienie płacy minimalnej do 5050 zł? Słyszymy, że wyższa płaca minimalna utrudnia wejście na rynek młodym pracownikom, ale jednocześnie wielu pracodawców narzeka na brak rąk do pracy.
Rynek pracy jest dziś bardzo specyficzny, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Trzeba do tego dodać jeszcze automatyzację oraz coraz szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji.
Z jednej strony obserwujemy zwolnienia. W samym Krakowie tysiące osób straciły pracę, między innymi w sektorze usług biznesowych. Powodem były rosnące koszty pracy, wyższe ceny energii, ale także wdrażanie nowych technologii. Z drugiej strony nadal brakuje motorniczych, kierowców autobusów, pracowników gastronomii czy hotelarstwa. Dlatego nie ma jednej prostej odpowiedzi.
W dyskusji o płacy minimalnej zawsze ścierają się dwa stanowiska. Pracownicy chcą zarabiać więcej i trudno się temu dziwić. Z drugiej strony wyższe wynagrodzenia oznaczają wyższe koszty dla przedsiębiorstw oraz dodatkową presję inflacyjną.
Dochodzi jeszcze kwestia spłaszczania wynagrodzeń i presji płacowej wśród osób, które zarabiają nieco więcej niż minimum.
I to jest prawdopodobnie największy negatywny efekt szybkiego wzrostu płacy minimalnej, który obserwujemy od 2019 roku, a szczególnie od 2024 roku.
W 2023 roku około 1,7 mln pracowników otrzymywało płacę minimalną. W ubiegłym roku było to już około 3,5 mln osób. To prowadzi do spłaszczania wynagrodzeń. Mamy sytuację, w której jedna osoba posiada określone kompetencje, a druga nie ma ich wcale, a obie zarabiają tyle samo. To działa demotywująco i zniechęca do rozwoju zawodowego.
Z drugiej strony trudno uznać, że wynagrodzenie na poziomie 4950 zł brutto jest wysokie w obecnych realiach cenowych. Każdy chciałby zarabiać więcej. Trzeba jednak pamiętać o kosztach, jakie ponoszą przedsiębiorcy. Silny wzrost płacy minimalnej po 2019 roku był jednym z czynników napędzających inflację w Polsce, obok skutków pandemii i wojny w Ukrainie.
Co ważne, wzrost płacy minimalnej wpływa nie tylko na osoby otrzymujące najniższe wynagrodzenie. Powoduje on presję na podwyżki w przypadku około 65 proc. wynagrodzeń w gospodarce. Pracownicy oczekują bowiem zachowania dotychczasowych proporcji płacowych. Podwyżka płacy minimalnej ma także wpływ na wysokość składek ZUS dla osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. A przecież już dziś wiele małych firm ma problem z ich opłacaniem, niezależnie od tego, czy w danym miesiącu osiągnęły przychody.
Dlatego oceniam, że proponowany wzrost o około 3 proc. jest kompromisem pomiędzy oczekiwaniami pracowników a możliwościami pracodawców.
Podwyżki w budżetówce
A czy podobnym kompromisem jest zapowiedź trzyprocentowej podwyżki w budżetówce? Związkowcy mówią o 15 proc., a samorządowcy zwracają uwagę na trudności ze znalezieniem pracowników do urzędów.
Wynagrodzenia w budżetówce, mimo bardzo dużego wzrostu w 2024 roku, kiedy podwyżki sięgnęły około 30 proc., nadal nie są moim zdaniem adekwatne do sytuacji na rynku pracy. Oczywiście w sektorze publicznym występują dodatkowe świadczenia czy przywileje, choć zależy to od konkretnej instytucji. Mimo to uważam, że poziom wynagrodzeń nadal jest niewystarczający.
To jeden z powodów problemów kadrowych w samorządach. Skoro w wielu branżach prywatnych brakuje pracowników, trudno oczekiwać, że administracja publiczna będzie wolna od podobnych problemów.
Trzeba jednak pamiętać o drugiej stronie medalu. Budżet państwa znajduje się obecnie w trudnej sytuacji. Wpływ mają na to zarówno decyzje z poprzednich lat, jak i konieczność zwiększania wydatków na obronność. Każda dodatkowa podwyżka oznacza kolejne miliardy złotych wydatków. A to przy obecnym stanie finansów publicznych jest poważnym wyzwaniem.
Przypomnę, że pod koniec rządów Mateusza Morawieckiego planowano rekordowy deficyt budżetowy na poziomie 165 mld zł. Ostatecznie przyjęto deficyt jeszcze wyższy – około 185 mld zł. Znaczną część tej różnicy stanowiły właśnie większe podwyżki dla pracowników budżetówki. To pokazuje skalę środków, o których mówimy. Państwo nie znajduje się dziś w komfortowej sytuacji finansowej, dlatego każda decyzja dotycząca wynagrodzeń wymaga szukania kompromisu pomiędzy oczekiwaniami pracowników a możliwościami budżetu.