Miejska Komisja Wyborcza zakwestionowała ponad 3800 podpisów wyborców z 5400 zebranych. Jak to jest, że osoba z tak dużym doświadczeniem w zbiórce podpisów robi formalne błędy na taką skalę?
Te przepisy są bardzo archaiczne i bardzo restrykcyjne. Wczoraj przeczytałem na przykład wieczorem na jednym z miejskich portali, że również ponad połowa kart kandydatki Platformy, pani Piątkowskiej, może zostać zakwestionowana ze względu na drobny błąd formalny. Mam nadzieję, że komisja miejska tego nie zrobi i apeluję, żeby tego nie robiła. Tam zostało pominięte słowo „przedterminowe” w szablonie.
U pana słowo „Kraków”.
U nas z kolei słowo „Kraków”. Tak jest, więc też drobny błąd. Przecież urzędnik jest w stanie na podstawie nazwiska, PESEL-u i ulicy stwierdzić, czy dana osoba jest w rejestrze wyborców, czy nie. Niestety te przepisy, tak jak powiedziałem, są bardzo restrykcyjne. Zbieramy dalej. Mamy trzy dni, żeby dozbierać podpisy.
Ma pan obecnie 1600 ważnych podpisów, więc trzeba zebrać co najmniej 1400, oczywiście z odpowiednim zapasem.
Tak, ale powiem, że takiego odzewu jeszcze nie widziałem. Naprawdę. Nawet w styczniu czy w lutym, kiedy zbieraliśmy podpisy pod referendum, takiego nie było. Wczoraj do północy ludzie przychodzili do naszego biura, jeszcze po 23.00 była kolejka. Między 17.00 a północą przyszło ponad 200 osób się podpisać. Emocja jest więc bardzo pozytywna.
Ale jak to jest, że czterokrotny kandydat robi takie błędy? Były parlamentarzysta, były radny sejmiku, radny miasta. Ma pan doświadczenie w zbieraniu podpisów, także pod inicjatywami referendalnymi. I jednak taki prosty błąd.
Tak jak powiedziałem, te przepisy są bardzo archaiczne i inne w przypadku różnych wyborów i referendów. Skupiłbym się na tym, żeby te podpisy dozbierać. Za dwa tygodnie i tak nikt nie będzie o tym pamiętał. Jednocześnie bardzo mnie cieszy ten pozytywny odzew. Takiego odzewu nie widziałem nawet wtedy, kiedy zbieraliśmy podpisy pod referendum.
Dzisiaj do szkół wracają młodzi ludzie. W Krakowie mieliśmy spore zamieszanie związane z rekrutacją do liceów. Pojawiały się opinie, że dobrze byłoby wprowadzić preferencje dla krakowskich uczniów. Obecnie około 40 procent uczniów krakowskich liceów to osoby spoza miasta. Czy jako prezydent wprowadziłby pan takie preferencje?
Było duże zamieszanie, również w szkołach podstawowych, bo zerówki zostały przeniesione do przedszkoli. Wcześniej były w szkołach, teraz będą w przedszkolach. Wiele osób do mnie pisało, również rodziców dzieci ze szkół podstawowych. W jednym i drugim przypadku było ogromne zamieszanie.
Jeżeli chodzi o pańskie pytanie, uważam, że dzieci krakowskie powinny być w jakiś sposób punktowane wyżej, powinny mieć preferencje względem dzieci z gmin ościennych. Każdy gdzieś płaci podatki w swojej gminie i jeżeli ktoś tutaj mieszka i tutaj płaci podatki, to na różnych płaszczyznach powinien mieć preferencje.
W jaki sposób zrobić to zgodnie z prawem, żeby nikogo nie dyskryminować? Każdy ma prawo złożyć podanie do szkoły, w której chce się uczyć. Z drugiej strony krakowskie szkoły, nauczycieli, infrastrukturę czy bursy utrzymuje krakowski podatnik. Czy ten problem da się rozwiązać?
Trzeba zbadać przepisy. Przyznam, że nie badałem, czy legalne byłoby wprowadzenie dodatkowych punktów za to, że ktoś ma rodziców, którzy tutaj płacą podatki.
Jeżeli nie jest to legalne, trzeba apelować do parlamentu, żeby zmienił ustawę. Tak jak w przypadku wielu innych problemów, na przykład opłaty turystycznej czy ustawy metropolitalnej, której Kraków tak bardzo potrzebuje. Ma ją Gdańsk, ma ją Katowice, a Kraków nie ma. Dużo jest kwestii, które trzeba będzie rozwiązywać wspólnie z parlamentem czy rządem i które często idą jak po grudzie.
Wprowadziłby pan jeszcze jakieś zmiany w systemie rekrutacji do szkół?
Poza tymi, o których mówimy, chyba nie. Generalnie nie widzę innych problemów, oprócz tego, że jest chaos, a w niektórych miejscach brakuje miejsc.
%article_3736701
Miejsc w szkołach średnich jest więcej niż chętnych. Problem polega raczej na tym, że każdy chciałby dostać się do liceum.
Tak, dokładnie tak.
Mówił pan o opłacie turystycznej i turystyce. Niedawno w Krakowie premier deklarował, że opłata turystyczna miałaby w stu procentach wpływać do kasy miasta. Rząd zdecydował się także na autopoprawkę do projektu ustawy o najmie krótkoterminowym. Pan przekonuje, że Kraków traci na turystyce – że zyski są prywatne, a koszty społeczne. Tymczasem z wyliczeń wynika, że przeciętny turysta zostawia w Krakowie 1500 zł, a turystyka odpowiada za około 8 procent gospodarki miasta.
Wiele osób uważa, że turystyka jest takim kołem zamachowym gospodarki. Jak pan powiedział, to mniej niż 10 procent PKB, około 8 procent.
Nie chodzi o to, że Kraków na tym traci, tylko że traci budżet miasta, bo nie możemy pobierać tej opłaty, a przecież musimy też posprzątać po turystach, musimy utrzymywać infrastrukturę, którą oni zużywają.
Nie chodzi o to, żeby turystykę likwidować, tylko żeby nasze miasto mogło pobierać taką opłatę, jaką pobiera Barcelona, Amsterdam i większość zachodnich miast. To byłoby dla Krakowa korzystne.
Czy problemem jest tylko brak opłaty turystycznej, czy Kraków ma w pana ocenie po prostu za dużo turystów?
W mojej ocenie jest też problem z najmem krótkoterminowym. Mam nadzieję, że faktycznie będzie tak, że wspólnoty mieszkaniowe będą mogły decydować, czy w danym miejscu życzą sobie, żeby ludzie mogli prowadzić taki najem.
Jak się mieszka, kiedy ma pan kilka mieszkań w bloku, w których ludzie urządzili najem krótkoterminowy? Słyszy pan co chwilę o piątej rano stukot walizek, wieczorami odgłosy imprez. Mija się pan na klatce z osobami, których pan nie zna. Nie wie pan, czy to rzeczywiście nowy najemca, czy ktoś całkowicie obcy i czy rodzi to jakieś niebezpieczeństwo.
Rozumiem tych ludzi i uważam, że powinno się to ucywilizować. W większości miast Europy Zachodniej nie tylko jest opłata turystyczna, ale najem krótkoterminowy jest normalnie regulowany.
Kto powinien mieć takie narzędzie: Rada Miasta czy wspólnoty mieszkaniowe? Zakopane wskazuje na Radę Miasta, inni przekonują, że powinny decydować wspólnoty.
Jedni i drudzy. Dlaczego ograniczać?
W pierwszej kolejności wspólnoty. To jest najważniejsze. Im niżej podejmowana jest dana decyzja, tym moim zdaniem lepiej. W pierwszej kolejności wspólnoty powinny decydować, czy w ogóle chcą takiego najmu krótkoterminowego.
W drugiej kolejności, niezależnie od tego, samorząd powinien mieć prawo określić – tak jak na przykład w Amsterdamie czy Paryżu – maksymalną liczbę dni w ciągu roku, przez które można wynajmować swoje mieszkanie. Żeby nie było tak, że ktoś przez 365 dni w roku je wynajmuje, bo wtedy tak naprawdę prowadzi działalność hotelową i to nie jest do końca fair.
To może być konfliktogenne, jeśli wspólnota będzie decydowała, że sąsiad nie może już prowadzić takiej działalności.
Nie wiem, czy konfliktogenne. Na tym polega demokracja, że w ramach dyskusji, wymiany poglądów i kształtowania jakiegoś kompromisu ludzie podejmują najważniejsze decyzje. Nie powiedziałbym, że to coś złego, że ludzie będą się spierać na zebraniach wspólnot i decydować.
Widziałby pan w Krakowie strefy całkowicie wolne od Airbnb? Jeśli tak, to gdzie?
Całkowicie nie. Natomiast ograniczyłbym liczbę dni w ciągu roku, w których można prowadzić taką działalność w centrum czy na Starym Podgórzu. Myślę, że między 30 a 90 dni w ciągu roku byłoby optymalną liczbą.
Wrócę jeszcze do kosztów i zysków płynących z turystyki i do założenia, że zyski są przede wszystkim prywatne, a koszty społeczne. Czy liczył pan, ile do budżetu miasta odprowadzają firmy z szeroko rozumianej branży HoReCa?
Nie, nie mam takich wyliczeń.
To pan przekonywał, że Kraków traci.
Tak. Myśmy wyliczyli, że przeciętny mieszkaniec dopłaca ponad 100 zł w ciągu roku na pokrycie kosztów związanych z obsługą turystów.
Jeżeli chodzi o wpływy do budżetu miasta, to generalnie pochodzą one głównie z PIT-u. Firmy, które płacą podatek od osób prawnych, czyli CIT, praktycznie nic z tego nie zostawiają w budżecie miasta. Musielibyśmy mieć dane dotyczące tego, ile osób jest zatrudnionych w tej branży, i policzyć ich PIT. Byłoby to trudne, choć pewnie da się zrobić.
Mówimy także o prowadzących działalność gospodarczą.
Jeżeli chodzi o JDG, jednoosobową działalność gospodarczą, rzeczywiście można byłoby spróbować to policzyć.
Nie chce pan chyba powiedzieć, że przez uspołecznienie kosztów turystyki krakowianie stali się pariasami we własnym mieście?
Na razie nie. Są miasta, które zupełnie zbankrutowały przez turystykę. Na przykład Wenecja, która jest miastem zupełnie pustym. Nikt tam nie chce mieszkać.
Kraków na szczęście jeszcze do takiego etapu nie dotarł, ale dotarł do etapu, w którym trzeba już zastanawiać się nad regulacjami, żeby rozwój turystyki był zrównoważony.
Czy Kraków z Łukaszem Gibałą jako prezydentem będzie dokonywał transkrypcji małżeństw osób tej samej płci zawartych za granicą?
Dla mnie jest oczywiste, że nie może być tak, że żyjemy w kraju, w którym jeden prezydent będzie robił tak, a drugi inaczej. Generalnie są przepisy.
Dopóki przepisy na to nie pozwalały, żaden prezydent czy burmistrz nie powinien był tego robić i nie powinien był filozofować. W momencie, kiedy są już takie przepisy, bo zostało podjęte odpowiednie rozporządzenie przez Ministerstwo Cyfryzacji, sprawa jest jasna. Tu w ogóle nie ma dyskusji. Oczywiście, że tak.
Pana kontrkandydaci, Michał Drewnicki z Prawa i Sprawiedliwości i Bartosz Bocheńczak z Konfederacji, mówią: nie, Kraków nie będzie tego robił. Jeżeli w drugiej turze będzie pan zabiegał o głosy ich wyborców, zmieni pan zdanie?
Nie. Nie może być tak, że prezydent będzie wybierał przepisy, które będzie stosował, i te, których stosował nie będzie. Trzymajmy się zasad państwa prawa.
Skoro takie przepisy zostały przyjęte na poziomie centralnym, każdy prezydent i każdy burmistrz powinien się do nich dostosować, nawet jeśli prywatnie ma inne zdanie.
Czyli nie zmieni pan zdania, nawet jeśli trzeba będzie walczyć w drugiej turze o głosy prawicy?
Nie.
Jak będą wyglądały dwa lata z Łukaszem Gibałą jako prezydentem, nieprzychylną Radą Miasta i, jak się wydaje, mało przychylnym rządem? Zajmie się pan przede wszystkim rozliczeniami urzędników?
Przede wszystkim zajmę się wymianą kadr, bo wiele osób powiedziało, że głównym powodem referendum było tak zwane kolesiostwo, epidemia kolesiostwa.
Zbierali państwo nawet podpisy pod petycją. Co się z nią stało?
Trafiła do kosza. Wysłaliśmy ją, ale nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.
Jak będzie wyglądał przegląd kadr?
Stworzono kilkaset nowych stanowisk. Będę się przyglądał, czy dana osoba dostała pracę ze względu na legitymację partyjną, czy ma kompetencje.
Będę pytał współpracowników, wieloletnich urzędników, czy rzeczywiście ich szef zna się na rzeczy, czy został mianowany tylko dlatego, żeby pobierać pensję na ciepłej posadce.
Wiele nowych stanowisk zostało stworzonych, na przykład departamenty. Ja to po prostu zlikwiduję. Jest to zupełnie niepotrzebna, nadmiarowa struktura.
Może pan podać przykłady osób, które – pana zdaniem – stanowisko zawdzięczają przede wszystkim legitymacji partyjnej?
Mogę, chociaż oczywiście podkreślę, że będziemy każdego weryfikować od początku do końca.
Moim zdaniem pan Szczęsny Filipiak, który został doradcą w zarządzie miejskiej spółki, ma wykształcenie zawodowe i jest szefem Platformy, to chyba nie jest przypadek. Dziewiętnastoletnia była asystentka Aleksandra Miszalskiego została rzeczniczką praw ucznia, a napisała najgorzej test ze wszystkich. Czy na przykład żona jednego z posłów Platformy Obywatelskiej, która ma wykształcenie plastyczne, a została wicedyrektorem jednej z instytucji odpowiadających za ochronę przeciwpowodziową.
To są wszystko przypadki bardzo wątpliwe, a takich przypadków jest więcej.
To kilka przypadków, a mówimy przecież o tysiącach urzędników. Jak ten przegląd będzie wyglądał i kto go będzie prowadził? Pan?
Tak, oczywiście. Skupimy się na osobach, które w ciągu ostatnich dwóch lat dostały pracę. Trudno, żeby Aleksander Miszalski mógł zatrudnić kogoś według legitymacji partyjnej pięć czy dziesięć lat temu, skoro nie był prezydentem.
Skupimy się więc na osobach zatrudnionych w ostatnim czasie i na nowych stanowiskach, które zostały stworzone.
Czyli nie będzie to dotyczyć urzędników, którzy pracowali jeszcze w czasach Jacka Majchrowskiego, tylko zatrudnionych przez Aleksandra Miszalskiego?
Jeśli chodzi o walkę z epidemią partyjniactwa, to chyba tak. To jest oczywiste.
Kto w takim razie wejdzie do magistratu? To pytanie o pana zasoby kadrowe. Czy będą to radni Krakowa dla Mieszkańców? Pojawiają się już spekulacje, między innymi o Michale Starobracie jako wiceprezydencie.
Nie mamy takich zasobów kadrowych, żeby wprowadzać swoich ludzi na stanowiska, które opustoszeją.
Część stanowisk zostanie zlikwidowana, a część będzie obsadzana w drodze jawnych, transparentnych i uczciwych konkursów, w których osoby z zewnątrz, ale także urzędnicy długo pracujący w magistracie, będą mogli awansować.
Chodzi o to, żeby te stanowiska nie były dla swoich, tylko dla najlepszych merytorycznie osób.
Na razie pozostaje pan jeszcze kandydatem na kandydata, bo trzeba dozbierać podpisy.
1400. Jak skończymy rozmowę, najpierw mam krótkie nagranie dla telewizji, a później idę zbierać podpisy. Jeżeli ktoś chce się podpisać albo ze mną porozmawiać, to zapraszam.