Do tej pory fasiągi jeździły z Palenicy Białczańskiej na Włosienicę. Trasa miała około 6,9 kilometra. Od dziś wozy zawracają przy Wodogrzmotach Mickiewicza, po przejechaniu około 2,9 kilometra. Konie pokonują więc o cztery kilometry mniej w jedną stronę.
Na skróconą trasę ma wyjeżdżać 20 fasiągów zamiast dotychczasowych 30. Prezes Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka Andrzej Mąka zapowiada cenę 50 złotych za przejazd w górę i 30 złotych za zjazd. Wcześniej kurs w górę kosztował 100 złotych. Fiakrzy przyznają, że wraz ze skróceniem trasy musi spaść także cena.
Turysta powinien jednak wiedzieć, co właściwie kupuje. Od Wodogrzmotów Mickiewicza do Morskiego Oka pozostaje prawie sześć kilometrów marszu. To szczególnie ważne dla seniorów, rodzin z małymi dziećmi oraz osób, które wybierały przejazd fasiągiem właśnie dlatego, że nie były w stanie pokonać dłuższej trasy pieszo.
Cztery elektryczne busy, którymi dysponuje TPN, nadal będą kursowały na dotychczasowych trasach. Po wyjściu z fasiągu przy Wodogrzmotach nie będzie więc można przesiąść się do „elektryka” jadącego dalej w stronę Włosienicy.
Pilotaż na miesiąc czy bez daty końcowej?
Podczas jednej konferencji padły w tej sprawie dwie różne deklaracje.
Starosta tatrzański Andrzej Skupień mówił o miesięcznej próbie. Z jego wypowiedzi wynikało, że po jej zakończeniu wozy miałyby wrócić na pełną trasę do Włosienicy. Zimą konie, tak jak wcześniej, ciągnęłyby lżejsze sanie.
Dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego nie potwierdził jednak ani miesięcznego terminu, ani późniejszego powrotu do dawnych zasad. Szymon Ziobrowski zaznaczył, że park celowo nie określa daty zakończenia pilotażu. TPN chce najpierw policzyć pasażerów i kursy, sprawdzić przepustowość skróconej trasy, czas odpoczynku koni oraz organizację ruchu przy Wodogrzmotach. Tamtejszy plac jest znacznie mniejszy od postoju na Włosienicy. Trzeba więc sprawdzić, czy wozy będą mogły bezpiecznie zawracać, nie utrudniając ruchu tysiącom pieszych.
– Ja nie jestem wróżką. Nie chcemy wróżyć z fusów – mówił Ziobrowski, pytany, czy nowy system się sprawdzi.
Pytany o to, czy od przyszłego roku konie będą kursować na starych zasadach, dyrektor TPN nie dał fiakrom nadziei na szybki powrót na Włosienicę.
– Nie mam żadnych danych, podstaw ani źródeł, z których wynikałoby, że miałoby się to wydarzyć i dzięki którym miałbym taką deklarację złożyć – stwierdził.
Pilotaż ma pokazać także, czy turyści zechcą płacić za znacznie krótszy przejazd. Od tego zależą dochody fiakrów, a jednym z punktów porozumienia zawartego w ubiegłym roku było założenie, że przewoźnicy nie powinni na zmianach stracić.
W przeddzień uruchomienia pilotażu TPN podpisał umowę na zakup 16 autobusów elektrycznych. Wykonawca ma dziesięć miesięcy na ich dostarczenie. Zamówienie jest warte ponad 24 miliony złotych i obejmuje 12 pojazdów przystosowanych do przewozu osób z niepełnosprawnościami oraz cztery busy turystyczne.
Nie wiadomo jeszcze, ile nowych pojazdów trafi na drogę do Morskiego Oka. Park zamierza wykorzystywać je również do zajęć edukacyjnych i przewozu uczniów. Równolegle mają powstać ładowarki w Zakopanem, na Łysej Polanie i Palenicy Białczańskiej.
„Chcą nas ekonomicznie skończyć”
Andrzej Mąka nie ukrywa, że przewoźnicy obawiają się o swoje dochody. Krótsza trasa oznacza niższą cenę, ale ZUS, paliwo potrzebne do dowożenia koni, owies, podkuwanie i utrzymanie zwierząt nie stanieją.
To chodzi o to, żeby nas po prostu ekonomicznie skończyć
– mówi prezes stowarzyszenia.
Fiakrzy liczą się z tym, że część turystów zrezygnuje z usługi. Mąka przewiduje, że wozy wykonają najwyżej dwa–trzy kursy, a w praktyce może skończyć się na dwóch. Przewoźnicy mają nadzieję, że po pilotażu wrócą na Włosienicę. To jednak ich oczekiwanie, a nie decyzja TPN.
Dla Mąki sprawa nie kończy się na pieniądzach.
– Nasi dziadkowie tam jeździli koniami, ojcowie, ja tam jeździłem – podkreśla.
W tle pozostaje spór o przyszłość transportu na jednej z najpopularniejszych tras turystycznych w Polsce. DIOZ zapowiadał starania o uzyskanie uprawnień przewoźnika i wprowadzenie elektrycznych e-fasiągów. Fiakrzy widzą w tym próbę przejęcia ich działalności. Aktywiści odpowiadają, że chodzi o zastąpienie transportu, który w ich ocenie oznacza cierpienie zwierząt.
DIOZ: skrócenie trasy nie wystarczy
Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt domaga się całkowitego usunięcia koni z drogi do Morskiego Oka. Organizacja nie uznaje modelu hybrydowego za wystarczający kompromis.
Dla mnie jest to świadome znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem
– mówiła podczas jednego z protestów wiceprezeska DIOZ Krystyna Pietruszka.
Aktywiści publikują nagrania spoconych, potykających się albo leżących koni i przedstawiają je jako dowód przeciążenia. TPN, fiakrzy oraz lekarze weterynarii odpowiadają, że kondycji całej populacji nie można oceniać wyłącznie na podstawie pojedynczych nagrań.
Przed tegorocznym sezonem przebadano 282 konie. Dwa wycofano z przyczyn ortopedycznych, a jedno skierowano na dodatkowe badania kardiologiczne. Park podaje, że wieloletnie pomiary nie wykazują chronicznego przeciążenia zwierząt.
TPN chce teraz zbadać siłę potrzebną koniom do ciągnięcia wozów i objąć rozszerzonymi badaniami fizjologicznymi wszystkie zwierzęta pracujące na trasie, a nie tylko wybraną grupę.
„Te konie są badane prawie jak sportowcy”
– Te konie są badane prawie jak sportowcy wyczynowi – przekonywał zastępca małopolskiego wojewódzkiego lekarza weterynarii Grzegorz Kawiecki.
Jak podkreślał, prawo nie zakazuje wykorzystywania koni do pracy. Ustawa o ochronie zwierząt zabrania jednak przeciążania zwierząt pociągowych ładunkiem niedostosowanym do ich siły, kondycji lub stanu drogi. Szczegółowe zasady obowiązujące na trasie ustala TPN w swoim regulaminie.
Inspekcja Weterynaryjna kontroluje przede wszystkim warunki, w których konie żyją poza trasą. Gospodarstw utrzymujących zwierzęta pracujące przy Morskim Oku jest około 60. Co roku kontrolowanych jest mniej więcej 20 z nich.
W ubiegłym roku w jednym gospodarstwie wydano decyzję administracyjną dotyczącą higieny i warunków utrzymania koni. Właściciel wykonał zalecenia. W innym przypadku skończyło się na pouczeniu, ponieważ uchybienia były niewielkie i szybko zostały usunięte.
„Koń to nie owca”. Wojewoda uderza w aktywistów
Najostrzej podczas konferencji wypowiadał się wojewoda małopolski Krzysztof Jan Klęczar. Bronił prawa górali do pracy, chwalił policyjną interwencję podczas blokady drogi i użył wobec części aktywistów określenia „ekoterroryści”.
Klęczar, który jest doktorem nauk rolniczych w zakresie zootechniki, przekonywał, że całkowita bezczynność nie służy zwierzętom.
Koń to nie owca, na litość boską. Te konie muszą pracować i dla ich zdrowia to też jest potrzebne
– stwierdził.
Wojewoda sprzeciwił się próbom siłowego zatrzymywania przewozów. Jak mówił, żadna organizacja nie może samodzielnie decydować, że legalnie działający transport danego dnia nie ruszy.
– Koniki jeździły, jeżdżą i pojadą – oświadczył.
Klęczar zapowiedział także wystąpienie do premiera w sprawie nazw używanych przez organizacje społeczne. Chce, aby określenia „inspekcja”, „inspektorat” i „inspektor” zostały zastrzeżone dla instytucji działających w imieniu państwa. Jego zdaniem nazwa połączona z ubiorem przypominającym mundur może wprowadzać obywateli w błąd i tworzyć wrażenie, że aktywiści mają uprawnienia służb państwowych. Na razie jest to jedynie zapowiedź – nie ma jeszcze projektu zmiany przepisów.
Prokuratura, Goralenvolk i walka z hejtem
Starosta Andrzej Skupień poinformował, że według jego wiedzy prowadzone są trzy odrębne postępowania związane z działalnością DIOZ. Mają dotyczyć znieważenia funkcjonariuszy publicznych, wywierania nacisku na administrację oraz wypowiedzi, które starostwo uważa za mowę nienawiści wobec górali.
Górali szczególnie oburzyły porównania do Goralenvolku oraz określenia takie jak „potomkowie zdrajców”, „mordercy zwierząt”, „pazerni” i „chciwi”. Skupień przypominał, że obok ciemnej karty kolaboracji na okupowanym Podhalu działały Konfederacja Tatrzańska i sieć kurierska, a mieszkańcy regionu walczyli na wielu frontach.
Takie totalne nazwanie nas wszystkich potomkami zdrajców nie może mieć miejsca
– podkreślał starosta.
Po chwili dodawał:
– Nie pozwolimy, żeby nas tak opluwać i jednym słowem sprowadzać wszystko do ośmieszenia, do ubliżania.
Związek Podhalan zbiera nagrania i zapowiada działania przeciwko hejtowi oraz kroki prawne. Górale podkreślają, że krytyka transportu konnego jest dopuszczalna, ale nie może zamieniać się w zbiorowe poniżanie całej społeczności.
Emocje dodatkowo podniosło podpalenie samochodu używanego przez DIOZ w Groniu. Organizacja początkowo napisała w mediach społecznościowych: „Górale w odwecie za walkę o konie z Morskiego Oka podpalili nas”.
W sprawie zatrzymano dwóch mężczyzn w wieku 36 i 37 lat. Usłyszeli zarzuty zniszczenia mienia znacznej wartości i – według informacji przekazanych przez prokuraturę – przyznali się do zarzucanych im czynów. Prokuratura nie ujawniła, skąd pochodzą ani gdzie mieszkają. Wartość zniszczonego mienia wstępnie oszacowano na około 200 tysięcy złotych. Ostateczną kwotę ma ustalić biegły.