W polskiej polityce sezon na "The Walking Dead" uważamy za oficjalnie otwarty. Brzmi to jak scenariusz "Black Mirror" nakręcony pod Radomiem? Może, ale sprawa jest realna do bólu.
Mamy cyfrowe wskrzeszanie lidera, który popiera partię powstałą długo po jego śmierci. Co więcej, ten wirtualny Lepper ogłasza z ekranu, że został zamordowany. To jest nekromarketing w czystym wydaniu. Przewodniczący tej formacji mówi bez ogródek - wyborca jest przebodźcowany, potrzebuje impulsu.
Jest jakaś granica zbydlęcenia w polityce? Polityczny nowotwór o nazwie "Samoobrona odrodzenie" zrobił sobie AI z Andrzejem Lepperem reklamującym ich partię. pic.twitter.com/ZtpZ1rUwfj
— Michał Koper (@MichalKoperBoks) May 13, 2026
Impuls jest. Tak mocny, że aż kopie prądem etykę i zdrowy rozsądek. Argument, że przecież wszyscy wiedzą, że on nie żyje, więc to nie jest kłamstwo, jest tak grubymi nićmi szyty, że widać go z orbity. To mniej więcej tak, jak gdyby Elvis Presley nagle wyskoczył na TikToku i namawiał nas na chwilówki, twierdząc, że zawsze ufał tej konkretnej firmie. Absurd? Jasne, ale to testowanie naszej odporności.
Dziś mamy cyfrowego Leppera w zbożu. Jutro dostaniemy odnalezione nagranie dowolnego polityka, który mówi rzeczy straszne. I co wtedy? Hasło - "to nie ja, to AI" stanie się uniwersalną wymówką dla każdego skandalu.
Zjawisko deepfake'ów w polityce to już nie jest techniczna ciekawostka. To potężna broń. Jeśli widzicie w sieci kogoś, kto nie żyje od dekady i nagle ma bardzo konkretne zdanie na temat bieżących ustaw, to nie jest cud. To ktoś bardzo sprytny uznał, że wasza uwaga jest warta tyle, by zbezcześcić pamięć zmarłych dla paru procent poparcia.
Zmarli głosu nie mają, chyba że ktoś im go doinstaluje w aplikacji. Bądźcie czujni, bo w tym polu pszenicy rosną głównie cyfrowe chwasty.