Tarnów, domowe studio i początki
Historia tej współpracy zaczęła się dużo wcześniej niż sama płyta „Lo-ve”. Muzycy poznali się jeszcze w czasach pierwszych nagrań Szolmsa i płyt pt „Stereotop", realizowanych w domowym studiu Dziunka. Był 2007 rok i na tarnowskiej hip- hopowej scenie sporo się działo. Z tamtych lat zostały nie tylko dźwięki, ale też relacje, które po latach zaowocowały nowym materiałem. Tym razem jednak w rapowanych tekstach pojawia się coś innego, bardziej dojrzałego: refleksja nad życiem, osobistą przemianą i próbą odnalezienia własnej drogi.
„Low” jako stan życia
Początkowo album miał nazywać się „Low-fi”, nawiązując do surowej estetyki nagrań, wynikającej z przemyślanej koncepcji artystycznej. Ostatecznie jednak została forma “Lo-ve”, która zyskała zupełnie inne znaczenie.
„Low” się odnosiło do jakości mojego życia”
- przyznaje Szolms
To właśnie jego osobiste doświadczenia stały się osią całej płyty. W tekstach pojawia się historia emigracji do Londynu, kryzysu psychicznego i momentu granicznego, który całkowicie zmienił życie Szolmsa.
„Musiałem utonąć, żeby znaleźć się na właściwej drodze”
- mówi wprost, opowiadając o próbie samobójczej i późniejszym duchowym zwrocie.
„Lo-ve” staje się dzięki temu nie tylko muzycznym projektem, ale też rodzajem świadectwa i próby uporządkowania własnej historii.
Rap i wiara
Na albumie obok klasycznych rapowych wersów pojawiają się wątki duchowe i bardzo osobiste wyznania. Szolms nie ukrywa, że wiara stała się ważną częścią jego życia, ale jednocześnie nie chce nikogo pouczać.
„To jest moja indywidualna sprawa, co przeżyłem i się tego nie wstydzę”
- podkreśla.
Dziunek przyznaje, że początkowo zastanawiał się, jak taki materiał zostanie odebrany przez środowisko hip-hopowe. Okazało się jednak, że słuchacze skupili się przede wszystkim na autentyczności przekazu. Być może właśnie dlatego „Lo-ve” działa tak dobrze, bo nie próbuje nikogo przekonywać, tylko uczciwie opowiada o doświadczeniu konkretnego człowieka.
Muzyczna wspólnota i dojrzały rap
Choć płyta jest bardzo osobista, wokół projektu zebrała się spora grupa gości i zaprzyjaźnionych muzyków z różnych miast. Są dawni znajomi z Tarnowa, są postaci ze sceny ogólnopolskiej, a nawet muzycy poznani jeszcze podczas londyńskich lat emigracji.
„Wiedzieliśmy, że oni dograją nam po prostu mega dobre rzeczy”
- mówi Dziunek.
Muzycznie album łączy klasyczny rap z bardziej melodyjnymi i rozbudowanymi aranżacjami. Pojawiają się żywe instrumenty, a wśród nich wiolonczela, na której zagrała córka Szolmsa. To rap ludzi, którzy dorastali razem z kulturą hip-hopową i dziś opowiadają już o innych doświadczeniach niż dwadzieścia lat temu.
„Ta muzyka i przekaz rośnie z nami”
- podsumowują muzycy.