Do Polski docierają informacje o kolejnych bombardowaniach ukraińskich miast, między innymi w obwodzie rówieńskim i lwowskim. Rakiety spadły w poniedziałek rano na miasta Żmerynka i Koziatyn w obwodzie winnickim. Wojska rosyjskie ostrzelały także pięć dworców kolejowych w centralnej i wschodniej Ukrainie - podały ukraińskie koleje na Telegramie. Tego samego dnia dwie rakiety manewrujące wystrzelone przez wojsko rosyjskie przeleciały nad Chmielnicką Elektrownią Atomową - poinformował państwowy operator siłowni jądrowych Enerhoatom na Telegramie. Spółka uznała incydent za akt "terroryzmu jądrowego" i stwierdziła, że przelot był krytycznie bliski. Pociski zmierzały prawdopodobnie w kierunku Równego lub Zdołubnowa w obwodzie rówieńskim w zachodniej Ukrainie. Jednocześnie Służba Bezpieczeństwa Ukrainy opublikowała przechwyconą rozmowę, w której oficer rosyjski nakazuje ostrzelanie dzieci wracających ze szkoły.
Tymczasem Straż graniczna od tygodnia obserwuje coraz intensywniejszy ruch na południowo-wschodnich granicach Polski i rosnący odsetek Ukraińców wracających do kraju. - Tęsknie za mamą, jestem tu dwa miesiące i chcę wrócić do domu. Pojadę sama autobusem. Na miejscu jest też mój brat, który teraz walczy. Nie boję się wracać. Tam jest na razie cicho . Nie chce tu zostać, po prostu chcę zobaczyć mamę, a ona tu nie przyjedzie. Nasz dom na razie jest cały. - mówiła w rozmowie z Radiem Kraków dziewiętnastoletnia Alona, której rodzina mieszka pod Żytomierzem.
- Mamy takie marzenie żeby wrócić do Kijowa. Wszystko nam się tu podoba, ale chcemy jechać do swojej ojczyzny, do swoich rodzin. Nasi mężowie tam zostali, pracują w lotnictwie - dodaje Anna Piatetska - wykładowca na uniwersytecie w Kijowie. Od początku wojny, z Polski na Ukrainę wyjechało 750 tys. obywateli Ukrainy.