Zbigniew Ziobro porzucił Węgry, wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Jest pan jakoś zaskoczony takim obrotem spraw?
- Nie. Ucieka on od dłuższego czasu. Uciekł na Węgry, ale zmiana rządu tam spowodowała, że nie był tam mile widziany. Wybrał USA, bo to jedyne miejsce, gdzie może sobie załatwić wizę i tam przebywać. Nie wiem, jak to się odbije na stosunkach Polska – USA. Wystąpimy o ekstradycję.
Mimo wszystko być może jest to jednak porażka polskiego wymiaru sprawiedliwości? Od miesięcy słyszeliśmy zapewnienia, że był minister stanie przed polskimi śledczymi.
- Z racji tego, że wyszliśmy z założenia, iż nie pójdziemy na skróty, jak PiS przez 8 lat, chcieliśmy, żeby te formalności były zgodne z prawem. To było wydłużane przez obrońców Ziobry. Oni wykorzystywali wszystkie kruczki, żeby proces ściągnięcia go przedłużyć. Nie traktuję tego jako porażki wymiaru sprawiedliwości. Mimo poważnych zarzutów, trzeba zachować standardy.
A może sytuacja jest dla wszystkich wygodna? Dla Zbigniewa Ziobry - wiadomo, dla Koalicji 15 października – wiadomo. Można powiedzieć - patrzcie, ucieka przed wymiarem sprawiedliwości. Dla prawicy też, bo pewnie entuzjastycznie Zbigniew Ziobro w Polsce nie byłby przez prawicę witany.
- Mają z tym problem. Ucieczka na Węgry już nie była dla nich komfortowa. Pobyt w USA też ich obciąża. Oni się nie odcięli od Ziobry. Zobaczymy, co będzie z ekstradycją. O tym zdecyduje amerykański sąd, nie Donald Trump, jak przy wydaniu wizy.
Czy w takim sensie jest to też sytuacja patowa, biorąc pod uwagę te relacje polsko-amerykańskie? Wiele na to wskazuje, że Zbigniew Ziobro znalazł się w Stanach Zjednoczonych dzięki Trumpowi. Słyszymy, że nie był przychylny temu pomysłowi Marco Rubio, czy też ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce. W jaki sposób teraz u najważniejszego sojusznika polski rząd będzie się upominał o Ziobrę?
- My nie będziemy krytykować działań Donalda Trumpa, ale będziemy żądać wydania osoby podejrzanej o poważne przestępstwa finansowe. Liczymy, że amerykański wymiar sprawiedliwości uzna nasze wnioski o ekstradycję i zostanie wydany Polsce Zbigniew Ziobro. Liczę, że zobaczymy go przywiezionego z USA.
Ekstradycja ze Stanów Zjednoczonych wydaje się panu dzisiaj możliwa? Jeśli tak, pod jakimi warunkami?
- Nie jestem w stanie teraz określić, na jakich warunkach ta decyzja mogłaby być pozytywna. To zadanie dla prawników. Muszą przedstawić pewnie dowody na nieprawidłowości. Dobrze, że o tym zdecyduje sąd, nie politycy.
Politycy Koalicji 15 października mówią, że musi i stanie na polskiej ziemi były minister sprawiedliwości. Profesor Antoni Dudek pytany wczoraj o to samo mówi jednak, że im dalej od Polski, im dłużej poza Polską, tym lepiej.
- To prawda. Wiele osób szkodzi Polsce. Ich obecność poza Polska służy naszemu krajowi.
Czy pan przyjąłby w Polsce z radością amerykańskich żołnierzy przeniesionych z Niemiec?
- Tak. Dziwna ta decyzja. Po tym, jak Donald Trump się nieco obraził na kanclerza Niemiec, zapowiedział, że zabierze 5 tysięcy żołnierzy. Jakby doszło do wzmocnienia wschodniej flanki NATO, nie mam nic przeciwko. To się wiąże z obciążeniem finansów. W Niemczech pobyt żołnierzy finansują USA, w Polsce - Polacy z budżetu. To obciążenie, ale zwiększenie bezpieczeństwa.
Dlaczego zatem premier Tusk mówi, że jest niechętny podbieraniu żołnierzy?
- Jakby to były wojska, które by przetransportowane zostały z USA, to by wzmocniło całą Europę. Tu jest przesunięcie. Osłabiamy zabezpieczenie Niemiec, zwiększamy Polski. To może być źle odebrane. Relacje między krajami są bardzo dobre. Niemcy by się ucieszyli z transportu wojsk do Polski?
Myśli pan, że to rzeczywiście realnie zwiększa bezpieczeństwo Polski, jak się przeniesie kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich?
- To nie tylko żołnierze, ale całe zaplecze zbrojeniowe. To zwiększa poziom bezpieczeństwa. Jest pytanie o system antyrakietowy. Jest pole do działania.
Donald Trump mówi też o przeniesieniu żołnierzy z Włoch, a być może potem i z Hiszpanii. Bierzemy wszystkich?
- Zobaczymy. Prezydent Trump jednego dnia zapowiada coś, drugiego dnia to nie jest aktualne. Pożyjemy, zobaczymy.
Również te relokacje żołnierzy amerykańskich z Niemiec to na razie chyba palcem po wodzie pisane...
- Z tego co wiemy, Pentagon nie był zachwycony tą informacją.
Za nami kolejne nieudane referendum w Małopolsce. Wczoraj nie udało się odwołać wójta Lanckorony. W czym problem? W przepisach o referendach lokalnych? Czy problem w braku czegoś, co moglibyśmy nazwać momentem referendalnym?
- Na pewno to. Referenda w Małopolsce są przeciwko komuś, przeciwko czemuś. Referendum powinno dać możliwość wyboru. Albo tak, albo tak.
Referenda odwoławcze są zawsze odwoławcze.
- Tak, ale jak słucham powodów, dlaczego są organizowane te referenda, jest to dziwne. Nie wiemy, kto stoi za referendum w Krakowie. Finansuje to stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców. Wydano kilka milionów złotych.
Ale to nie stowarzyszenie wydało chyba kilka milionów złotych.
- Właśnie nie wiemy kto. Problem w tym, że organizatorzy powiedzieli, że uzyskali wsparcie od Krakowa dla Mieszkańców. Pewnie finansowe. Stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców ma pięciu radnych i wydaje kilka milionów, żeby odwołać tych radnych. Taniej by było, jakby złożyli mandaty. To wielkie oszustwo. Wszystkie problemy, które były podnoszone przy zwoływaniu komitetu referendalnego w sumie zniknęły.
Ale to nie oszustwo. Jeden z radnych PiS mówił, że nastąpiła poprawa i bardzo dobrze.
- Właśnie. Jest poprawa. Te elementy przestały istnieć. Jest sens wydawać kolejne tysiące, żeby zorganizować referendum, aby stwierdzić, że prezydent Miszalski wyciągnął wnioski z uwag do swojego programu, zmienił go przy SCT, która była głównym powodem powołania komitetu referendalnego? Skoro ustały przyczyny, jest sens? Nie da się tego już odwołać. Rozsądne jest zignorowanie tego referendum.
Można wyciągnąć wnioski z tego, co stało się w Lanckronie, a wcześniej w Radłowie i w Bochni? W Krakowie emocje są inne mimo wszystko.
- W Krakowie na pewno są inne emocje. Zakres referendum jest inny. Jest tu też wniosek o odwołanie Rady Miasta. Jak zostanie odwołany prezydent, a Rada Miasta nie, to co? Wygra ktoś, kto będzie miał Radę Miasta przeciwko sobie. Nie zrobi nic. Będzie paraliż miasta. Wydane pieniądze służą tylko prywatyzacji miasta. Pieniądze te trzeba jakoś odrobić. Z pensji prezydenta tych pieniędzy się nie odzyska.
Pan coś by zmienił w przepisach o referendach lokalnych?
- Pewnie nie. Zasady są jasne. Wymogi co do frekwencji są właściwe. Nie zmieniłbym tego. Pytanie, czy jest to obywatelska inicjatywa, czy działanie grupy, która chce przejąć władzę. Według mnie to drugie.
To samo moglibyśmy powiedzieć o Lanckaronie, o Bochni, o Radłowie. Tam się nie udało, bo...
- Ludzie nie lubią awantury. Takie referendum to awantura.