Plenerowa wystawa pt. "Komitet Obrony Robotników. Siła w Jedności" przed siedzibą Domu Spotkań z Historią w Warszawie, 23 bm. Trwają uroczyste obchody 50. rocznicy powstania Komitetu Obrony Robotników. Fot. PAP/Szymon Pulcyn
W środę Senat przyjął uchwałę w 50. rocznicę powstania Komitetu Obrony Robotników. W uchwale podkreślono, że sukces KOR-u wyrósł z mądrości jego przywódców i ofiarności współpracowników. Z okazji rocznicy byli działacze KOR-u wystosowali też list, w którym stanęli w obronie poniżanych i krzywdzonych w Polsce obywateli Ukrainy. O znaczeniu tego apelu i o dziedzictwie KOR-u w programie „O tym się mówi” rozmawiał Rafał Zakrzewski, dziennikarz, publicysta i współpracownik Komitetu Obrony Robotników.
„Nie można tolerować tego, co dzieje się na ulicach i w internecie”
Czy dostrzegł pan jakieś poważne reakcje na list w obronie obywateli Ukrainy? Jakie znaczenie ma to, że w ich obronie stają dziś byli działacze KOR-u?
Rafał Zakrzewski: Pierwszą reakcją, którą dostrzegłem i która była bardzo pozytywna, było to, że list odczytany przez Zbigniewa Bujaka podczas spotkania w Muzeum Historii Polski został przyjęty przez aklamację przez kilkusetosobową publiczność. Oczywiście można powiedzieć, że byli to specyficzni odbiorcy – ludzie, którzy byli związani z KOR-em, mieli z nim kontakt albo w różny sposób kontynuowali działalność społeczną czy polityczną.
Myślę jednak, że każdy głos w tej sprawie jest istotny. Głos środowiska, które świętuje teraz 50-lecie KOR-u, może być słyszalny. To jest ważne, bo nie można tolerować tego, o czym słyszymy i co widzimy na ulicach, w internecie i w różnych miejscach – skrajnie nienawistnego podejścia do obcych, w tym przypadku do Ukraińców.
To jest oczywiście rozniecane przez różne prawicowe ugrupowania polityczne, które próbują używać tego jako paliwa do osiągania sukcesu wyborczego. Ten apel jest więc zwrócony do nas wszystkich. Jest w nim takie zdanie, że „ludzi przyzwoitszych jest więcej”. Chodzi o tych wszystkich, którzy powinni się ocknąć i reagować.
Jak reagować? Bezpośrednio interweniować w takich sytuacjach, ale także zgłaszać je odpowiednim instytucjom państwa i organizacjom pozarządowym. Są organizacje, które zostały stworzone właśnie po to, aby chronić i pomagać tym, którzy są upokarzani, obrażani, a czasem nawet bici na ulicach.
Czy można porównywać ówczesną falę oportunizmu, z czasów powstawania KOR-u, z dzisiejszą obojętnością albo niechęcią do obywateli Ukrainy i z przyzwoleniem na tego typu zachowania wobec Ukraińców przebywających w Polsce?
To są jednak inne zjawiska. Oportunizm występuje jako pewien syndrom ludzkich zachowań w różnych sytuacjach. Tutaj mamy do czynienia z agresją, czyli z czymś znacznie więcej.
Jeżeli mówiąc o oportunizmie, ma pan na myśli brak reakcji, to nie wiem, czy rzeczywiście jest to oportunizm. Często jest to raczej bezradność. Wielokrotnie spotykałem się z reakcją: „Dobrze, ale co ja mam zrobić? Gdzie mam zadzwonić i o tym powiedzieć?”.
Ze strony państwa sprawa powinna być postawiona zdecydowanie: po pierwsze, że takie zachowania nie będą tolerowane, a po drugie, że będą natychmiast karane. Jeśli chodzi o wypowiedzi polityków, również powinny być piętnowane. Tym bardziej zachowania agresywne wymagają szybkiej i zdecydowanej reakcji zarówno władz, społeczeństwa obywatelskiego, jak i poszczególnych ludzi.
Czy dzisiejsze społeczeństwo obywatelskie wyrasta z KOR-u?
To prowadzi do pytania o poziom kapitału obywatelskiego i społecznego. KOR pokazał przecież, że budzi się społeczeństwo obywatelskie. Czy możemy powiedzieć, że KOR, a potem Solidarność, nadal są istotą i podstawą dzisiejszego kapitału obywatelskiego w Polsce?
Kiedy KOR powstawał, jego zasięg obejmował kilkaset osób w skali kraju. Później zaczęło się to rozwijać dzięki wydawnictwom podziemnym, różnym formom aktywności, Towarzystwu Kursów Naukowych czy Studenckim Komitetom Solidarności. To wszystko zaczęło pączkować w różnych środowiskach.
Kapitał ludzki buduje się jednak bardzo trudno. To wymaga stałej pracy i ogromnego wysiłku edukacyjnego, którego – mam wrażenie – trochę zabrakło nam w wolnej Polsce.
Nam, czyli tym, którzy walczyli o demokrację czy – mówiąc górnolotnie – o wolności obywatelskie, wydawało się chyba, że pewne rzeczy są już załatwione. Trochę przegapiliśmy moment, kiedy należało bardziej skupić uwagę na tym, żeby określone postawy i wartości wprowadzać systematycznie poprzez edukację.
To jest pewien mankament okresu wolnej Polski. Ale patrząc na moich dawnych kolegów, którzy mają już swoje lata, widzę, że wokół większości z nich zawsze coś się działo i nadal się dzieje. W tym sensie ten kapitał pączkuje. Powoli, ale pączkuje.
Myślę, że dobra strona tego doświadczenia polega na tym, że wszystko zaczynało się od aktywności wymagającej odwagi i zrozumienia, jak ważne są wartości budujące społeczeństwo demokratyczne.
A jak dziś wyglądałaby mapa ruchów społecznych bez KOR-u? Innymi słowy, co zostało nam z tego innowacyjnego pomysłu na wspólne działanie społeczne i polityczne?
Cała część NGO-sowa, czyli organizacje pozarządowe, w dużej mierze opiera się na takim właśnie wspólnym działaniu wokół ważnych wartości w różnych obszarach życia.
Trudno natomiast powiedzieć, że dzisiejsza Solidarność przechowała te podstawowe rzeczy, ponieważ bardzo mocno się spolityzowała i przechyliła w jedną stronę. W pewnym momencie stała się wręcz przybudówką PiS-u i w dużej mierze nadal tak funkcjonuje. To jest gdzieś zaprzepaszczony kapitał.
Z drugiej strony ruch Solidarności liczył miliony ludzi, więc było oczywiste, że z czasem będzie się rozchodził w różne strony. I tak się stało. Na początku był wielką falą, która wyniosła nas do góry, a potem – jak często dzieje się w takich sytuacjach – zaczęły się podziały, kłótnie, spory i ostra gra polityczna.
Czy dziś mógłby powstać odpowiednik KOR-u?
Czyli trzeci sektor, NGO-sy, to coś, co wyrasta z tego pomysłu wspólnego działania politycznego i społecznego. A jaki dziś mógłby być odpowiednik KOR-u? Pytam właśnie o tę jedność, wspólne działania i budowę siły w jedności.
Trudno wybiegać w taką futurystykę. Żyjemy w warunkach ogromnego podziału społecznego, który od lat jest dość zabetonowany, w warunkach napięć zewnętrznych, tego wszystkiego, co dzieje się na świecie i za naszą granicą, a także w warunkach wielkich fal uchodźstwa.
Nie wyobrażam sobie dziś czegoś, co mogłoby być jednym lekarstwem na całe to zło. W różnych miejscach różni ludzie robią natomiast wspólnie różne sensowne rzeczy po to, żeby poprawiać to, co mamy.
Taki „front jedności narodu”, oczywiście w cudzysłowie, mógłby dotyczyć różnych kwestii, ale z powodów, o których mówiłem wcześniej, trudno sobie wyobrazić, żeby był rzeczywiście frontem jedności całego narodu.
Myślę więc, że inicjatywy, które dziś istnieją, starają się być czymś, co leczy nasze współczesne rany.
„KOR uruchomił myślenie o stosunku obywatela do państwa”
W aktualnym numerze „Tygodnika Powszechnego” sporo poświęcono 50. rocznicy narodzin Komitetu Obrony Robotników. Jak KOR zmienił Polskę?
Trudno trochę oceniać samego siebie, czyli własne środowisko, ale myślę, że zmienił ją fundamentalnie.
Bardzo dobrze mówił o tym premier Tusk podczas spotkania na Zamku. KOR był zaczątkiem obywatelskiego sprzeciwu, który później zaowocował Solidarnością.
Na tym spotkaniu byli też goście z zagranicy – z Węgier, Niemiec, ówczesnej NRD, Czechosłowacji i Ukrainy. Oni również podkreślali, że KOR pokazał, iż można próbować być odważnym w ważnych sprawach dla dobra wspólnego.
Punktem wyjścia była po prostu pomoc ludziom prześladowanym przez komunistyczne państwo. Kilkanaście osób zdecydowało się ujawnić swoje nazwiska, publicznie wypowiadać i informować o tym, jak władza łamie prawo i upokarza ludzi.
To uruchomiło pewien sposób myślenia o stosunku obywatela do państwa. Myślę, że właśnie to jest jednym z głównych fundamentów budowania demokracji, którą dzisiaj mamy.