Henryk Wars i Mieczysław Wajnberg, choć dzieli ich prawie pokolenie, to połączyła ich przedwojenna Warszawa. Henryk Wars rocznik 1902, to była sława. Twórca muzyki do ponad 50 przedwojennych filmów, autor niezapomnianych piosenek takich jak „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Już taki jestem zimny drań”, „Ach, śpij kochanie”, „Sex appeal”, „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Na pierwszy znak” czy „Tylko we Lwowie”, był w Polsce gwiazdą. Piosenki te wykonywali najwięksi artyści epoki — między innymi Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna, Adolf Dymsza i Mieczysław Fogg. Wiele z tych utworów powstało z myślą o filmach muzycznych i kabaretach lat trzydziestych.
Mieczysław Wajnberg natomiast, rocznik 1919, (tak na marginesie 30. rocznica jego śmierci minęła w tym roku) gdy wybuchła II wojna światowa był jeszcze studentem Warszawskiego Konserwatorium, ale już był znany, grywał jako pianista w teatrach rewiowych i kabaretach i miał na swoim artystycznym koncie muzykę do filmu „Fredek uszczęśliwia świat”.
II wojna światowa jednak wszystko zmieniła. Mieczysław Wajnberg uciekł na Wschód i po latach osiadł w Moskwie, gdzie był przez władzę szykanowany. Pomagał mu Dymitr Szostakowicz, który niezwykle go cenił. Ich przyjaźń przetrwała wiele lat. Henryk Wars natomiast przeszedł z Andersem szlak bojowy i osiadł na stałe w Ameryce. Blisko dziesięć lat mu zajęło by dostać się do Hollywood i zacząć komponować dla filmu amerykańskiego. Prawda jest taka, że choć zdolny był niesłychanie, miał ogromne doświadczenie w pracy w filmie, to jednak w Ameryce nikt na niego nie czekał.
I choć życiowe drogi tych twórców po II wojnie światowej były odmienne, muzyka obu artystów okazała się zaskakująco bliska. I tak na koncercie 9 maja w Filharmonii Krakowskiej zabrzmiały dwa utwory Henryka Warsa: uwertura „Maalot” oraz odnaleziona po śmierci kompozytora w garażu suita orkiestrowa „Szkice miejskie”. Szczególnie ten drugi utwór zrobił na mnie ogromne wrażenie, swoją lekkością, swingującym charakterem i wyraźnymi wpływami jazzu amerykańskiego. Była w tej muzyce energia wielkich metropolii, ale też elegancja i filmowy rozmach.
Podczas koncertów został wykonany także utwór Mieczysława Wajnberga - „Melodie polskie” op. 47 nr 2 na orkiestrę symfoniczną. Kompozytor, który całe dorosłe życie spędził w Związku Radzieckim, zawarł tym utworze tęsknotę za utraconą Warszawą i polską tradycją muzyczną. Można było odnaleźć echa kujawiaka, poloneza, oberka czy mazura, jednak nie były to cytaty folklorystyczne, tylko raczej subtelne wspomnienia dawnego świata, przefiltrowane przez doświadczenie emigracji i wojennej traumy.
Druga część koncertu należała do monumentalnego „Chichester Psalms” Leonarda Bernsteina. Do Orkiestry Filharmonii dołączył Chór (partie solowe realizowali chórzyści: Lidia Sosnowska – sopran; Joanna Święszek-Przeliorz – alt, Bartłomiej Chorąży – tenor, Paweł Szarpak – bas) oraz dziecięcy solista – Stefan Bertman, śpiewający sopranem. Bernstein, niemal równolatek Wajnberga połączył w swoim dziele tradycję muzyki synagogalnej z nowoczesnym językiem symfonicznym i amerykańską rytmiką. Powstał utwór pełen ekspresji, dramatyzmu i duchowej głębi. W kontekście całego programu „Chichester Psalms” wybrzmiało jako symboliczne zwieńczenie muzycznej opowieści o emigracji, pamięci i kulturowym dialogu.
Był to piękny koncert, ze wspaniałym repertuarem. Trzeba mieć nadzieję, że taka muzyka, zwłaszcza Henryka Warsa będzie częściej pojawiała się na polskich estradach, bo warto poznać symfoniczną twórczość tego kompozytora, genialnego i trochę zapomnianego artysty.