Marcin Ryszka: Kilkanaście godzin zostało do spotkania Wisła Kraków – Chrobry Głogów. Orkiestra nastrojona?
- Tak.
33 tysiące widzów zasiądzie na trybunach. Jakiej Wisły pan się spodziewa? Chłopaki wyjdą z luźną głową, z radością jak w szatni po meczu ze Stalą Rzeszów, czy trochę to może plątać na początku nogi?
- Myślę, że grając u siebie, przed naszymi kibicami, gramy po prostu w domu. Chcemy narzucić swój sposób grania, chcemy być agresywni, skuteczni. Dać sobie i kibicom radość, to jest oczywiste. Dziękujemy im za wsparcie, ale czujemy też odpowiedzialność, mamy zobowiązanie, że grając u siebie, przed taką publicznością, musimy dać z siebie wszystko, co możemy.
Nie chcę już mówić o matematyce, jedni mówią, że to już praktycznie pewny awans. Pan jeszcze na chłodno do tego podchodzi? Trzeba zrobić jeszcze ten jeden krok, zdobyć przynajmniej ten jeden punkcik dzisiaj?
-Myślę, że życie i piłka nożna uczą pokory. Dopóki teoretycznie są szanse dla innych drużyn, to na pewno z wiarą będą podchodziły do tego zadania. My mamy komfortową sytuację, bo wszystko zależy od nas. I tak jak pan powiedział, co najmniej jeden punkt gwarantuje nam Ekstraklasę w przyszłym sezonie.
Wielkie widowisko szykuje się przy Reymonta. 33 tysiące ludzi na stadionie. Chłopaki na pewno wiedzą, o co grają. Czy to jest dla was jakiś specjalny mecz? To był specjalny tydzień przygotowań? Widzieliśmy wszyscy tę wielką radość w Rzeszowie, śpiewy. Nie przypuszczałem, że obcokrajowcy tak szybko mogą się nauczyć piosenki „Zawsze tam, gdzie ty”.
- To prawda. Tę piosenkę zawodnicy lubią śpiewać. Myślę, że „Biedra” był prekursorem, który zasiał ziarno. Faktycznie była wielka radość, że w tym roku jeszcze nie wygraliśmy na wyjeździe i był to pierwszy mecz, gdzie po wielu remisach zdobyliśmy trzy punkty – to raz. A dwa, jednak świadomość tego, że to był bardzo duży krok do zrealizowania naszego celu, czyli awansu do Ekstraklasy.
Oprócz tego, co dzieje się dzisiaj na boisku, wiele dzieje się też w gabinetach. W mediach co chwilę płonie jakiś pożar. Wieczysta w czwartej lidze, potem dementi. Wiemy o tym, że Wojciech Kwiecień kocha Wisłę Kraków, wspiera ją od bardzo długiego czasu, no ale siedział za kierownicą Wieczystej. Teraz mówi się o tym, że ma wejść w skład właścicielski Wisły Kraków. Szatnia tym żyje? Wy tym żyjecie?
- To są w tym momencie doniesienia medialne. Oficjalnie nie było takiej informacji, więc staramy się skupiać na tym, co zależy od nas, czyli na przygotowaniu do najbliższego spotkania.
Dzień meczowy dla pana czymś się różni? Nie wiem, czy ma pan zegarek z tętnem na ręce, ale czy tętno bije trochę szybciej właśnie w taki dzień meczowy, czy totalnie nie?
- Plan dnia jest taki, że mamy aktywację o godzinie 12 jeszcze na stadionie, później przejeżdżamy do hotelu, mamy obiad. Jest czas dla zawodników na odpoczynek, później posiłek przedmeczowy i odprawa, bo wcześniej przed obiadem będzie jeszcze jedna dotycząca stałych fragmentów gry. Taki plan na mecz, czyli przypomnienie tego, co robiliśmy w całym tygodniu przygotowawczym do spotkania, połączony z podaniem składu, będzie na dwie godziny przed meczem. A jeżeli chodzi o tętno, to jest na podobnym poziomie jak zawsze.
A skład już pan zna?
- Oczywiście.
Zatem godzina 21, 33 tysiące ludzi na stadionie, nie ma już biletów. Rzucamy więc słuchaczom koło ratunkowe: na głównej antenie Radia Kraków mecz będzie komentował dla was specjalnie Kuba Niziński. Panie trenerze, proszę zaprosić słuchaczy. Tych, którzy nie mogą być na stadionie, niech siadają przed odbiornikiem i słuchają radia.
Zapraszam, trochę w starym stylu. Kiedyś, jak był problem z odbiornikami telewizyjnymi, to słuchało się radia. Jest to na pewno ciekawe doświadczenie, bo trzeba sobie trochę więcej wyobrazić. Zapraszam, bo dla tych, którzy nie mogą obejrzeć meczu w telewizji czy na żywo, to zawsze jest jakaś opcja i fajnie, że jest.