Iranka obok muralu nawołującego do walki z USA i Izraelem na ulicy w Teheranie, 20 kwietnia 2026 r. EPA/ABEDIN TAHERKENAREH Dostawca: PAP/EPA.
Z Teheranu płyną informacje, że strona irańska raczej będzie dziś nieobecna w Islamabadzie. Czy tych sygnałów nie należy jednak odczytywać jako zaproszenia dla Stanów Zjednoczonych do twardych negocjacji?
Przede wszystkim trzeba pamiętać, że te negocjacje tak naprawdę zaczęły się niedawno. W dyplomacji niczego nie załatwia się szybko, a dobre układy wykuwa się przez dłuższy czas. To po pierwsze. Po drugie, Irańczycy przedstawili swoje postulaty, Amerykanie również. Jeden z najważniejszych punktów spornych dotyczy irańskiego programu nuklearnego - a z tego Teheran rezygnować nie chce.
Uważam, że jest to element gry ze strony Iranu, element dobrej dyplomacji. Irańczycy nie chcą pokazać się jako strona, która godzi się na wszystko, lecz jako ta, która także stawia wstępne warunki. Stąd zapowiadana nieobecność. Ale czy rzeczywiście do niej dojdzie, to jeszcze się okaże.
W rozmowie z „Rzeczpospolitą” mówił pan nawet, że Irańczycy są dobrymi kupcami, dlatego tak dobrze negocjują. Wróćmy jednak do programu jądrowego, bo to jeden z głównych punktów rozmów. Powiedział pan, że Irańczycy nie chcą z niego rezygnować. Ale czy nie chcą, czy po prostu za nic nie zrezygnują, zwłaszcza że Izrael taką broń posiada?
To bardzo szeroki temat. Proszę pamiętać, że od dawna obywatelom Iranu, ale też opinii międzynarodowej, powtarza się, że rozwój pokojowej energetyki atomowej jest czymś, do czego Iran - i właściwie każde państwo na świecie - ma prawo. To jeden z kluczowych elementów zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej narracji Iranu. I z tej narracji Irańczycy rezygnować nie chcą.
Podejrzewam, że w najbliższym czasie na pewno nie zrezygnują. Wystarczy przypomnieć, jak długie, toporne i problematyczne były rozmowy z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej. Dla Irańczyków jest to coś, co postrzegają jako niezbywalne prawo narodu irańskiego. Nie widzę tu po stronie irańskiej ani chęci, ani możliwości ustępstw.
Oczywiście nigdy nie należy mówić „nigdy”, bo może coś się jeszcze zmienić w tej narracji dotyczącej energii atomowej. Ale warto też pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. Wspomniał pan o Izraelu - tymczasem także Pakistan ma broń atomową. Dla Teheranu posiadanie czegoś, co mogłoby działać odstraszająco, od dawna przedstawiane było jako element obrony Iranu przed atakami zewnętrznymi.
Punktem krytycznym dla planowanych dziś rozmów w Islamabadzie było ostrzelanie przez Amerykanów statku pod irańską banderą. Czy zwłoka związana z negocjacjami jest w jakikolwiek sposób na rękę Teheranowi?
Trudno to dziś jednoznacznie ocenić. Proszę pamiętać, że cały ten rozejm miał trwać tylko dwa tygodnie. To bardzo niewiele czasu. Obie strony właściwie cały czas się podgryzają, próbując przeciągnąć linę na swoją stronę.
Zwłoka jest na pewno na rękę jednej i drugiej stronie, bo trzeba pamiętać, że również Amerykanie nie są w jakiejś rewelacyjnej sytuacji. Dla nich ta wojna także jest problematyczna, choć to bardzo ogólne określenie. Wydaje mi się więc, że tak - ale stawiam tu jednak duży znak zapytania.
Ten rozejm kończy się nocą z wtorku na środę. Czy sytuacja w Cieśninie Ormuz i wszystko to, co dzieje się między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, pozwala dziś reżimowi ajatollahów przyspieszyć rozliczanie się z własnym społeczeństwem? Nieustannie docierają do nas informacje o egzekucjach. Czy mamy dziś w ogóle sprawdzone informacje o zaostrzaniu represji w Iranie?
To bardzo problematyczna kwestia, bo zwykły kontakt z Irańczykami - nieoficjalnymi kanałami - jest dziś mocno utrudniony. Z tego, co wiem i z tych szczątkowych informacji, które docierają do mnie od znajomych, wynika, że kurs został wyraźnie zaostrzony na wielu frontach.
Przypomnę, że już na samym początku wojny Teheran wyraźnie zakomunikował obywatelom, że jakiekolwiek formy protestu będą traktowane jako zdrada stanu i karane z całą surowością. Zaostrzanie kursu więc ma miejsce.
Od dłuższego czasu stawiam też taką tezę - można z nią polemizować - że nikt nie zrobił w ostatnich latach tak dużo dla zdławienia jakiejkolwiek formy demokratycznego oporu i próby reformy systemu w Iranie, jak niestety Donald Trump, atakując Iran jakiś czas temu. To posunięcie okazało się pod wieloma względami wzmacniające wewnętrznie dla systemu - nie tyle w wymiarze realnym, ile przede wszystkim militarnym i w zakresie kontroli społeczeństwa.
Iran jest państwem bardzo represyjnym i opresyjnym wobec własnych obywateli, a establishment zrobi wszystko, by utrzymać się u władzy. Trzeba też pamiętać, że przez czterdzieści siedem lat istnienia Republiki Islamskiej kraj był formowany i utrzymywany w poczuciu wiecznej wojny. To poczucie zagrożenia było powszechnie wykorzystywane przez władzę właśnie po to, by kontrolować społeczeństwo. Jesteśmy dziś na etapie przekręcania śruby - co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.
Czyli atak Stanów Zjednoczonych, Izraela, w ogóle wojna dały Korpusowi Strażników Rewolucji najmocniejszą legitymację do tego, by rozprawić się ze społeczeństwem?
Tak, zdecydowanie. To dało asumpt i stało się przyczynkiem do tego, by jeszcze bardziej wzmocnić system od środka, zewrzeć szeregi i odsunąć - przynajmniej na ten moment - te elementy irańskiego establishmentu, które były bardziej reformatorskie, demokratyczne czy liberalne. Mamy zwrot ku takiej pełnotłustej, mówiąc kolokwialnie, dyktaturze wojskowej.
A jak szczelna jest blokada informacyjna dotycząca tego, co dzieje się dziś w Iranie? Docierają do nas różne treści, choćby za pośrednictwem mediów społecznościowych, ale nie wiemy, czy oglądamy rzeczywistą irańską codzienność, czy spreparowane obrazy okrucieństwa reżimu ajatollahów.
Iran ma dziś dość wyraźną i dużą blokadę przepływu informacji - przynajmniej tych prywatnych, kierowanych na zewnątrz. To oczywiście nie oznacza, że nic nie wycieka. Ale trzeba pamiętać, że jesteśmy również bombardowani propagandą Republiki Islamskiej - na różne sposoby i przez różne kanały.
Dosłownie wczoraj po raz pierwszy od miesiąca otrzymałem mail od mojego serdecznego przyjaciela, który nie mieszka w Teheranie, tylko poza nim. Po miesiącu milczenia przyszły wiadomości, ale nie były one optymistyczne - przeciwnie, były pełne przerażenia, smutku i załamania całą sytuacją.
Uczulałbym jednak bardzo mocno na wszelkie nieprawdziwe informacje, których w internecie można znaleźć mnóstwo. Nie wiem, czy państwo pamiętają zdjęcie przedstawiające tłum Irańczyków wylegających na most w Ahwazie. To były fotografie spreparowane specjalnie na potrzeby propagandy Republiki Islamskiej. Pojawiły się po zapowiedziach Donalda Trumpa, że cofnie Iran do epoki kamienia łupanego i zniszczy kraj, bombardując między innymi mosty.
Trzeba więc bardzo uważać na tego rodzaju przekazy, bo budują one fałszywy obraz rzeczywistości. Natłok informacji, z którym dziś mamy do czynienia, zmusza nas do ich bardzo uważnego i selektywnego przesiewania.
Gościem Radia Kraków był dr Mateusz Kłagisz z Katedry Iranistyki w Instytucie Orientalistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.