Dziesięcioletnia Inga słyszy, rozumie i czuje, ale nie mówi i nie porusza się samodzielnie. W ubiegłym roku podczas przerwy w szkole zatrzymało się jej serce. Łukasz Nowak dowiedział się o dziewczynce od przyjaciółki jej rodziców, z którą pracuje.
– Poczułem po prostu w środku, że muszę pomóc tej dziewczynce i jej rodzicom, żeby dać im nadzieję w walce. Bo dla mnie ci rodzice to bohaterowie, którzy walczą każdego dnia o powrót Ingi do zdrowia – mówi Łukasz Nowak.
Tak powstała akcja „79 dni dobra dla Ingi”. Rozpoczęła się 1 września i potrwa do 18 listopada. Wcześniejsze akcje organizowane przez Łukasza Nowaka trwały jeden dzień. Tym razem uznał, że to za mało, jeśli chce zebrać większą kwotę.
Przez 79 dni odbywają się więc zbiórki, licytacje i sportowe wyzwania pod hasłem „Rusz swoje serce dla serca Ingi”. Do akcji dołączyli m.in. członkowie Bocheńskiego Klubu Morsa. Biegają, jeżdżą na rowerach, chodzą po górach i nominują kolejne osoby.
Był też leśny spacer. Pomysł narodził się przypadkiem podczas rowerowej drogi Łukasza do pracy. W Lesie Kolanowskim spotkał leśniczego i zapytał, czy można zorganizować tam wydarzenie dla Ingi. Była 7.30. O 13.00 spotkał się ze starostą bocheńskim, pół godziny później miał zgodę. Spacer ostatecznie znalazł się w programie Weekendu z Zabytkami. Po nim uczestnicy spotkali się przy ognisku, mogli też zarejestrować się jako potencjalni dawcy szpiku.
– Samemu nie da się czynić dobra na dużą skalę – mówi Nowak.
"Na totalnym dnie"
Żeby zrozumieć, dlaczego pomaganie innym stało się tak ważną częścią jego życia, trzeba wrócić do historii, którą opisał w książce „Warto żyć. Moja historia”. Nazywa ją swoim pamiętnikiem. Pierwsze strony napisał kilka godzin po trzeciej próbie samobójczej.
Jako trzymiesięczne dziecko został pozostawiony przez rodziców pod opieką dziadków. Dorastał w biedzie, mierzył się z poniżaniem i piętnem związanym z uzależnieniem ojca. Pierwszą próbę samobójczą podjął, kiedy miał dziesięć lat.
– Miałem już po prostu dość tego poniżania, tej bezsilności. Tego, że zwracałem się o pomoc, ale zawsze byłem tym chłopcem z patologii, którego nikt nie słuchał – wspomina.
Wtedy – jak opowiada – chciał „dać wolność” ludziom, dla których czuł się ciężarem: dziadkom walczącym o pieniądze na utrzymanie rodziny i ojcu, od którego usłyszał, że jego narodziny zniszczyły mu życie.
W wieku dziesięciu lat zaczął palić papierosy, rok później pojawił się alkohol, a w wieku trzynastu lat narkotyki. Kiedy miał siedemnaście lat, był – jak sam mówi – „na totalnym dnie”. Wtedy podjął drugą próbę samobójczą.
I wtedy spotkał kobietę, która później została jego żoną.
– Pokazała mi coś, czego brakowało mi całe życie. Miłość. Szczere przytulenie, które otrzymałem od niej, było pierwszym w życiu. Nie słyszałem nigdy od nikogo: „kocham cię” – opowiada.
„Nienawiść niszczyła mnie, a nie jego”
Po latach w jego życiu ponownie pojawił się ojciec. Przyszedł, żeby przeprosić syna i poprosić o wybaczenie.
Nowak przyznaje, że przez lata nosił w sobie ogromną nienawiść. Z czasem zrozumiał jednak, że nie krzywdziła ona ojca, który o niej nie wiedział, lecz jego samego:
– Gdy podałem mu dłoń i powiedziałem, że wybaczam, to tak jakby spłynął ze mnie ciężar tej nienawiści. Nie czułem już do niego gniewu, złości. Starałem się go zrozumieć.
Nie oznaczało to odbudowania relacji ojca z synem. Za swojego ojca Łukasz uważa dziadka, który go wychował. Z biologicznym ojcem rozmawia, kiedy ten jest trzeźwy. Kiedy pije, nie utrzymuje z nim kontaktu.
Trudna pozostaje także jego relacja z matką. Nowak opowiedział w audycji o wspomnieniu z dzieciństwa, którego nie zamieścił nawet w swojej książce. Podczas spaceru ścigał się z matką. Kobieta biegła przed nim i powiedziała: „Nie dogonisz mnie”.
– Całe życie biegłem za nią i całe życie chciałem ją dogonić. Dalej ją chcę dogonić, ale nie mogę wejść w tę relację, bo ta relacja może mnie zniszczyć – mówi.
„Pomagałem wszystkim dookoła, a nie pomagałem sobie”
Zbudował rodzinę, miał dobrą pracę i stanowisko kierownicze. Organizował akcje charytatywne, pomagał innym. Z zewnątrz jego życie mogło wyglądać na poukładane.
Sam mówi, że przez lata biegł, żeby udowodnić wszystkim, że nie stanie się człowiekiem, którego w nim widzieli. Chciał też zapewnić swoim dzieciom życie zupełnie inne od własnego dzieciństwa. Kiedy jednak osiągnął to, do czego dążył, zatrzymał się. Wtedy wróciły nieprzepracowane lęki i traumy.
– Całe życie trzymałem tę zbroję twardego mężczyzny, który nie może pokazać słabości. „Chłopaki nie płaczą”. A to jest coś najgorszego, co może być. Mężczyzna może mieć uczucia. Mężczyzna może płakać. Mężczyzna może powiedzieć, że ma słabszy dzień i może poprosić o pomoc – przekonuje.
Doszło do trzeciej próby samobójczej. Nowak opowiada, że w decydującym momencie przez uchylone okno usłyszał swojego młodszego syna wracającego ze spaceru z mamą i rodzeństwem. Chłopiec zobaczył samochód ojca i ucieszył się, że tata wcześniej wrócił do domu i będzie mógł się z nimi pobawić.
To go zatrzymało.
Kiedy rodzina weszła do domu, przytulił żonę i powiedział, że sam sobie nie poradzi i potrzebuje pomocy.
– Pomagałem wszystkim dookoła, a nie pomagałem sobie – podsumował.
Rozpoczął trzymiesięczną terapię. Jak mówi, możliwość opowiedzenia terapeucie całej swojej historii pozwoliła mu wreszcie zrzucić ciężar, który nosił przez lata. Proszenie o pomoc przestał uważać za słabość:
– To było coś najlepszego, co mogłem zrobić w swoim życiu. Poprosić o pomoc. I to nie było okazanie słabości. To było wielką siłą.
79 dni dla Ingi
Dzisiaj swoją historię opowiada innym. Robi to podczas spotkań, w reportażach i w książce. Nie każdemu z ludzi, których spotkał, udało się pomóc. Część jego przyjaciół odebrała sobie życie, inni zmarli wskutek uzależnień. Ale są też ci, którzy przetrwali.
Teraz jest Inga.
Po pierwszych dwunastu dniach akcji na jej rzecz udało się zebrać ponad 16 tysięcy złotych. Pieniądze mają pomóc przede wszystkim w przystosowaniu łazienki do potrzeb dziewczynki. Jej rodzice każdego dnia muszą przenosić córkę i kąpać ją w pomieszczeniu, które nie jest dostosowane do jej stanu. Łukasz Nowak chce jednak, żeby pomoc na tym się nie skończyła. Zbiórka ma również wesprzeć dalszą rehabilitację Ingi:
– Chcę, żeby mogła się kiedyś jeszcze uśmiechnąć. Tego pragnę i to chcę zrobić.
Po śmierci dziadka, człowieka, którego uważał za swojego ojca, usłyszał słowa, których wtedy nie potrafił zrozumieć: że Bóg nie daje człowiekowi więcej, niż jest w stanie udźwignąć, i że on jeszcze komuś w swoim życiu pomoże.
Sens tych słów – mówi – zrozumiał dopiero podczas pisania swojej historii.
– Każdy jest wartością. Każdy ma jakąś misję do spełnienia. Życie jest nam dane raz i musimy je wykorzystać jak najlepiej. Jak mawiał ksiądz Jan Kaczkowski: „Musimy żyć na pełnej petardzie”. I ja tak właśnie żyję.