Zdjęcie ilustracyjne/ Fot. Pexels.
Czego dowiesz się z tej rozmowy:
- reforma Państwowej Inspekcji Pracy ma zwiększyć możliwość walki z nadużyciami związanymi z umowami cywilnoprawnymi.
- PIP będzie analizować przede wszystkim rzeczywisty sposób wykonywania pracy, a nie wyłącznie zapisy w umowach.
- Inspekcja uzyska dostęp do danych ZUS-u i KAS-u oraz narzędzia analizy ryzyka.
- liczba skarg pracowników dotyczących fikcyjnych kontraktów cywilnoprawnych okazała się dużo większa od przewidywań.
- według szefa PIP największym wyzwaniem rynku pracy pozostaje dziś mobbing oraz brak skutecznych narzędzi przeciwdziałania temu zjawisku.
Posłuchaj rozmowy Jacka Bańki z Marcinem Staneckim.
Reforma PIP ma uderzyć w nadużycia, nie w każdą umowę cywilnoprawną
Główny Inspektor Pracy Marcin Stanecki przekonuje, że reforma Państwowej Inspekcji Pracy nie oznacza rewolucji dla uczciwych przedsiębiorców, choć emocje wokół nowych przepisów pozostają ogromne. Najwięcej kontrowersji budzi możliwość przekształcania umów cywilnoprawnych w umowy o pracę na wniosek inspektora pracy. Rozmówca podkreśla jednak, że celem reformy jest przede wszystkim walka z nadużyciami, które — jak mówi — od lat funkcjonują na rynku pracy jako norma.
Stanecki zaznacza, że Państwowa Inspekcja Pracy od dawna zabiegała o skuteczniejsze narzędzia działania. Według niego nowe przepisy mają umożliwić realną reakcję tam, gdzie umowy cywilnoprawne służą obchodzeniu prawa pracy:
8 lipca nie nastąpi koniec świata, nie nastąpi żaden armagedon, nic się nie zmieni. Dalej pracodawcy będą prowadzić swoje biznesy, ludzie będą pracować za mniejsze lub większe wynagrodzenie. My jako Państwowa Inspekcja Pracy wreszcie spełnimy postulaty, o które zabiegaliśmy od wielu lat, bo główni inspektorzy od dawna chcieli uprawnień pozwalających skutecznie przeciwdziałać patologiom i nadużyciom. I to jest podstawowy cel tej reformy.
Firmy zmieniają umowy i przygotowują się do kontroli
Szef PIP przyznaje, że część przedsiębiorców już intensywnie dostosowuje dokumenty i procedury do nowych realiów. Jak mówi, z umów znikają elementy przypominające etat, a dodatkowe świadczenia są przenoszone poza oficjalne dokumenty.
Rozmówca krytycznie odnosi się także do praktyki zbierania od pracowników deklaracji, że wolą pracować na zleceniu lub kontrakcie B2B. Według niego takie działania nie będą miały decydującego znaczenia podczas kontroli.
Te umowy są dziś tak rozbudowane i tak mocno nasycone terminologią cywilnoprawną, że formalnie nie pozostawiają wątpliwości co do swojego charakteru. Pojawiają się też oświadczenia pracowników, że wolą zlecenie od etatu, nie oczekują urlopów rodzicielskich ani wypoczynkowych i świadomie wybierają taką formę zatrudnienia. Jak jednak podkreśla Marcin Stanecki, nawet najbardziej dopracowana umowa i dziesiątki podobnych deklaracji nie będą miały decydującego znaczenia. Dla inspektora kluczowe pozostanie to, jak praca jest wykonywana w praktyce.
- mówi Stanecki.
Państwowa Inspekcja Pracy dostanie dostęp do danych i analiz ryzyka
Jednym z najważniejszych elementów reformy ma być współpraca PIP z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych i Krajową Administracją Skarbową. Po raz pierwszy trzy instytucje mają wymieniać się danymi i wspólnie analizować ryzyko nadużyć.
Stanecki zapowiada również stworzenie systemu analizującego informacje z różnych źródeł i wskazującego firmy, w których z największym prawdopodobieństwem dochodzi do łamania prawa pracy. Jak podkreśla, kontrole mają być bardziej precyzyjne i trafiać przede wszystkim tam, gdzie rzeczywiście istnieją nieprawidłowości.
Główny Inspektor Pracy przyznaje, że liczba zgłoszeń dotyczących przekształcania umów cywilnoprawnych okazała się znacznie większa, niż zakładano. Z tego powodu PIP w pierwszej kolejności ma koncentrować się na skargach pracowników, a nie na szerokich kontrolach planowych. Stanecki mówi, że wiele osób po latach pracy na kontraktach zaczęło analizować swoją sytuację pod kątem emerytur, stabilności zatrudnienia czy prawa do świadczeń:
Nie spodziewałem się tak dużego zainteresowania społecznego tym przekształceniem. Jestem zaskoczony skalą zainteresowania wśród przeciętnych zjadaczy chleba, osób pracujących na kontraktach cywilnoprawnych i B2B. Mamy kierowcę śmieciarki, który napisał, że od dwudziestu lat ma B2B na śmieciarce i teraz policzył sobie, że będzie przechodził na emeryturę i prosi o wydanie decyzji. Są osoby, które piszą skargi na pięć podmiotów jednocześnie, bo przez lata pracowały wyłącznie na zleceniach.
„Umowa o pracę nie może być nagrodą”
Stanecki krytykuje rynek pracy, który przez wiele lat zatrudniał ludzi na kontraktach cywilnoprawnych mimo wykonywania przez nich pracy charakterystycznej dla etatu. Stanecki wskazuje między innymi na bardzo długi czas pracy, niskie wynagrodzenia czy system kar umownych. Zdarza się, że pracownicy wykonują dokładnie te same obowiązki co osoby zatrudnione na etacie, ale pozostają na zleceniu wyłącznie dlatego, że łatwiej ich zwolnić albo ograniczyć ich prawa.
Byłem na targach budowlanych i podszedł do mnie szef dużej firmy budowlanej. Powiedział, że popiera reformę i jest uczciwy, bo zatrudnia ludzi na zlecenie tylko na próbę, a jak się sprawdzą, to dostają w nagrodę umowę o pracę. I ja nie zarzucam mu złej woli. Chcę tylko pokazać, że często istnieje ogromna niewiedza i nieświadomość samych pracodawców. On był święcie przekonany, że działa zgodnie z prawem. Tymczasem w XXI wieku umowa o pracę nie może być nagrodą
- przekonuje rozmówca.
PIP chce chronić przede wszystkim najsłabszych pracowników
Stanecki zaznacza, że inspekcja nie zamierza koncentrować się na najlepiej zarabiających specjalistach pracujących na kontraktach B2B. Jak mówi, najważniejsze są dziś przypadki osób pracujących po kilkaset godzin miesięcznie za minimalne wynagrodzenia albo funkcjonujących latami bez podstawowych zabezpieczeń socjalnych. Przywołuje historie osób sprzątających, pracowników produkcji czy osób zatrudnionych na kontraktach mimo pełnego podporządkowania pracodawcy:
Praca po 400 godzin - trudno mi to zaakceptować w XXI wieku. 400 godzin to tyle, ile pracowało się w XIX wieku, kiedy powstawały związki zawodowe i ludzie protestowali przeciwko najgorszemu kapitalizmowi. Mam skargi, gdzie ludzie pracowali trzy miesiące i nie dość, że nic nie zarobili, to jeszcze byli winni pieniądze, bo mieli tyle kar umownych. Byłem też w telewizji śniadaniowej i odbierałem telefony od ludzi, którzy płakali. Dzwoniła pani sprzątająca, która pracuje po 400 godzin miesięcznie i ledwo zarabia minimalną.
Główny Inspektor Pracy przyznaje, że takie przypadki mobbingu w instytucjach kultury pojawiają się często, a część osób zarządzających próbuje usprawiedliwiać agresywne zachowania specyfiką pracy artystycznej.
Stanecki podkreśla jednak, że pracownicy kultury nie mogą być traktowani inaczej niż osoby zatrudnione w innych branżach. Jednocześnie zwraca uwagę, że obecne przepisy bardzo utrudniają skuteczne reagowanie na mobbing:
Jeden z dyrektorów instytucji kultury powiedział wprost, że żeby z ludzi wycisnąć wszystko, co mają najlepsze, trzeba ich doprowadzić do takiego stanu. I że to nie jest mobbing, tylko wydobywanie talentów. Jeżeli takie przekonanie będzie funkcjonowało wśród osób zarządzających, że pewne zachowania są dozwolone w kulturze po to, żeby z ludzi wycisnąć jak najwięcej, to nic się nie zmieni. Dzisiaj mobbing to największa zmora i największy problem rynku pracy.