Panie profesorze, wyjaśnijmy najpierw, czym są nadzwyczajne zyski i jak się je wylicza?
Istnieje algorytm, który zakłada, że jeśli w danej branży firmy nagle osiągają znacznie wyższe marże niż w poprzednich latach, można mówić o nadzwyczajnych zyskach. Wcześniej obserwowaliśmy to choćby w sektorze bankowym, dziś dotyczy to firm paliwowych. Wzrost cen ropy i niestabilna sytuacja na rynku są niekorzystne dla konsumentów, ale dla części przedsiębiorstw oznaczają dodatkowe dochody.
Czyli państwo chce odebrać część tych nieoczekiwanych zysków?
Taka jest logika tego rozwiązania. Chodzi o sytuację, w której firmy nie osiągnęły wyższych zysków dzięki innowacyjności czy lepszemu zarządzaniu, lecz skorzystały na okolicznościach pozostających poza ich kontrolą.
Krytycy zwracają jednak uwagę, że podatek miałby objąć okres od 1 marca, czyli działałby wstecz.
Można wcześniej przygotować mechanizm pozwalający na zastosowanie takiego podatku, ale musi się to odbywać zgodnie z zasadami stanowienia prawa. Trzeba też pamiętać, że sama idea podatku od nadzwyczajnych zysków jest bardzo kontrowersyjna. W gospodarce rynkowej karanie przedsiębiorstwa za to, że uczciwie osiągnęło wysoki zysk, budzi sprzeciw wielu ekonomistów.
Jak takie rozwiązania funkcjonują w praktyce?
W pewnym sensie taki podatek jest zbędny. Jeśli mówimy o spółkach z udziałem Skarbu Państwa, jak Orlen, to budżet i tak korzysta z ich wysokich wyników – poprzez dywidendy oraz wyższe wpływy z podatków dochodowych. Dodatkowy zysk dla państwa już się więc pojawia, nawet bez nowego podatku.
Czy wprowadzenie podatku z mocą wsteczną podważa bezpieczeństwo prawne?
Tak. To nie jest rozwiązanie zgodne z zasadami prawa podatkowego. Nie chodzi o zagrożenie dla stabilności dużych firm, ale o bardzo niebezpieczny precedens. Zmiany podatkowe powinny być wprowadzane z odpowiednio długim vacatio legis, aby podatnicy mogli się do nich przygotować. Działanie prawa wstecz to bardzo zła praktyka.
Rząd argumentuje jednak, że podatek przyniósłby około 4 miliardów złotych.
To oczywiście kusząca kwota. Rządzący często szukają nowych danin wtedy, gdy nie mogą podnieść podstawowych podatków ze względu na brak społecznej akceptacji. Ale nawet jeśli państwo potrzebuje pieniędzy, powinno działać zgodnie z regułami.
Czy lepszym rozwiązaniem byłby powrót do obniżonego VAT-u i akcyzy na paliwa?
Problem polega na tym, że obecnie nie ma na to przestrzeni budżetowej. Program osłonowy był potrzebny, ale kosztowny, a sytuacja finansów publicznych jest dziś bardzo napięta. Nawet jeśli pojawiłyby się nowe źródła dochodów, ich uruchomienie wymaga czasu, a pieniędzy potrzeba już teraz. Alternatywą byłoby dalsze zwiększanie deficytu, co również jest bardzo ryzykowne.
Jednocześnie wraca temat podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tysięcy złotych. Jakie byłyby skutki takiej zmiany?
Byłaby to bardzo duża reforma. Korzyści odczuliby praktycznie wszyscy podatnicy, także ci najlepiej zarabiający. Z politycznego punktu widzenia to atrakcyjna propozycja, ale jej skutki dla budżetu byłyby ogromne. Ministerstwo Finansów liczy dziś przede wszystkim na wzrost gospodarczy, który ma stopniowo zmniejszać relację deficytu do PKB. Jednocześnie brak automatycznej waloryzacji progów podatkowych sprawia, że coraz więcej osób wpada do wyższego progu podatkowego.
Jak mógłby wyglądać taki automatyczny mechanizm?
Można powiązać próg podatkowy z przeciętnym wynagrodzeniem, płacą minimalną albo określonym odsetkiem osób osiągających wyższe dochody. Technicznie jest to możliwe, choć dla rządzących oznaczałoby mniejsze wpływy do budżetu bez formalnego podnoszenia podatków.
Czy zapowiadane podniesienie kwoty wolnej i drugiego progu podatkowego można traktować jako element kampanii wyborczej?
Nadchodzące wybory będą wyjątkowe, bo sytuacja budżetowa jest znacznie trudniejsza niż wcześniej. W poprzednich kampaniach łatwiej było składać kosztowne obietnice. Dziś przestrzeń fiskalna jest ograniczona przez wysoki deficyt i rosnące wydatki, między innymi na obronność. Pytanie brzmi, jak daleko politycy będą skłonni posunąć się w swoich obietnicach.
Czy w obecnej sytuacji podniesienie kwoty wolnej do 60 tysięcy złotych byłoby odpowiedzialne?
W obecnej sytuacji budżetowej nie.