Rozmawiać o języku czy nie skoro i tak ludzie wiedzą swoje?
Zajmuję się językiem od ponad 20 lat i zauważyłam, że ludzie bardzo boją się nim eksperymentować i traktują językoznawców jak wyrocznie. Ani prof. Bralczyk, ani nikt inny kto zawodowo zajmuje się językiem, nie jest wyrocznią, ponieważ język pokazuje sposób widzenia świata. Jeżeli mówię do swojego psa synuś to nikomu nic do tego. Moim zdaniem afery by nie było, gdyby to powiedział ktokolwiek inny, a nie prof. Bralczyk. Dla bardzo wielu osób prof. Bralczyk i prof. Miodek są pomnikami pewności. Ta afera pokazała, że ludzie sprzeciwili się i otworzyło to puszkę Pandory, która mówi, że język jest po to, aby eksperymentować. Obowiązuje nas poprawna polszczyzna w momencie kiedy oddajemy tekst do druku czy mówimy publicznie wykład. W momencie gdy opowiadamy o czymś, do czego mamy stosunek emocjonalny, kombinujmy i róbmy neologizmy.
Czy w tekście pisanym, który musi spełniać wszystkie normy, użyłabyś słowa „zdychać”?
Dzisiaj absolutnie nie. Przez to, że zajmuję się językiem, to potrafię się obronić. Język tak naprawdę pokazuje co innego. W trakcie pandemii wzrosła frekwencja użyć metafory rodziny do zwierząt, dzięki cudownej fali adopcji. Pamiętam, jak 20 lat temu przeprowadziłam się na wieś, to sąsiadka zapytała się, czy ja zwariowałam, że chodzę z psem na spacer, ponieważ on jest od tego, żeby pilnować domu. Ona miała inną wizję świata, do której mnie nie przekona ani ja jej nie przekonam do swojej. Możemy mieć różne utrwalone obrazy w języku, które są uwarunkowane kulturowo. W "zdychaniu" nie ma podmiotowości. Oto jest cała dyskusja. Gdy mówię o człowieku, że zdechł, to jest to podkreślenie, że nie chce widzieć człowieka w człowieku. Zmianą kulturową, która się teraz wydarza w stosunku do zwierząt, jest to, że widzimy w zwierzętach podmiot.
(cała rozmowa do posłuchania)