Jesteśmy w samym środku maturalnego maratonu. Emocje sięgają zenitu, a uczniowie po wyjściu z sali, zamiast na zasłużony obiad, wchodzą na media społecznościowe. I co tam widzą? Wielki napis, wyciek, afera, unieważnienie. Czytasz to i nagle serce bije ci szybciej niż przy opisie bitwy w "Potopie".
Prawda jest jednak nudniejsza, choć też bolesna dla niektórych osób. Czy matura została unieważniona? Fejk. Czy doszło do masowego wycieku? Również fejk. To, co się wydarzyło, to przykład jednostkowej brawury. Ktoś uznał, że oszuka system i wniósł na salę smartfona. Został przyłapany i tylko jego egzamin wylądował w koszu. Reszta Polski może spać spokojnie.
Dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej mówi jasno. Mamy kilkanaście takich przypadków na całą Polskę. Kilkanaście osób na 300 tysięcy piszących. To tak, jakbyśmy chcieli zamknąć całą autostradę A4, bo jeden kierowca zapomniał wyłączyć kierunkowskazu. Spójrzmy na liczby, bo one najlepiej chłodzą głowę. W zeszłym roku unieważniono 244 egzaminy. Rok wcześniej około 200. To się dzieje co roku. Ktoś wnosi telefon, próbuje ściągać, a potem cyk, zostaje złapany. No i zapraszamy za rok. To nie jest nowa afera. To po prostu statystyka i brak wyobraźni.
I tu ważny szczegół. Jedynym dopuszczalnym urządzeniem elektronicznym na sali jest sprzęt medyczny. Na przykład glukometr dla diabetyków, ale to musi być też wcześniej zgłoszone. Jeśli masz w kieszeni iPhone'a, bo chciałeś tylko sprawdzić godzinę, no to masz gwarantowany rok przerwy od marzeń o indeksie.
Podsumowując, drodzy maturzyści i rodzice, nie dajcie się łapać na te krzykliwe tytuły. Matura trwa, nikt jej nie kasuje. Czytajcie więcej niż tylko ten wielki czerwony napis na ekranie. Autorzy tych newsów liczą na Wasze kliknięcia, a my liczymy na wasz spokój. Połamania piór!