Rok 2026 – kryzys czy szansa dla Krakowa?
W swojej książce pisze pan, że fortuna zawsze sprzyjała Krakowowi. W 2026 roku właśnie się od niego odwróciła albo zaczyna się odwracać?
Nie, przeciwnie. Zacytowałem Kazimierza Wielkiego, który w 1358 roku wydał wielki przywilej, obok przywileju lokacyjnego z 1257 roku uważany za podstawowy dokument konstytuujący miasto. Kazimierz Wielki mówi tam: „Kraków, miasto w dobrach sprzyjającego losu, górujące nad innymi”.
Nie chcę mówić o górowaniu nad innymi, bo z tego robi się rywalizacja, ale jestem przekonany, że los w tej chwili zdecydowanie sprzyja Krakowowi. Jesteśmy w sytuacji kłopotliwej. Przypadek tego rodzaju, tak rozumiany, nigdy wcześniej w dziejach Krakowa się nie zdarzył. Natomiast myślę, że Kraków jest w tej chwili miastem określonych zagrożeń, ale przede wszystkim szans. Jestem przekonany, że gdybyśmy robili klasyczną analizę SWOT, szanse zwyciężyłyby nad zagrożeniami.
Te zagrożenia jednak pan dostrzega – w kontekście odwołania prezydenta, niepewności co do jego następcy i kolejnych dwóch lat kadencji samorządowej?
Oczywiście wiemy, że takie rzeczy istnieją. Jesteśmy na etapie pewnego rozkołysania tej nawy miejskiej. Natomiast największe zagrożenia, jakie osobiście dostrzegam, wiążą się z tym, że w moim głębokim przekonaniu od dłuższego czasu państwo polskie nie ma klarownej polityki wobec wielkich miast, która dobrze odczytywałaby współczesność. Dotyczy to Krakowa, bo jeżeli chodzi o Kraków, powiedziałbym, że znam się na tym najlepiej. Jacek Purchla w swoim tekście z 2018 roku powiedział: „Państwo polskie nie ma pomysłu na Kraków”. To jest zdanie mocno przejmujące. W pełni się z nim zgadzam.
„Ucieczka do przodu” zamiast politycznych rozliczeń
Może pan sobie wyobrazić, że następne dwa lata w Krakowie będą czasem, kiedy nowy prezydent będzie zajmował się głównie składaniem zawiadomień do prokuratury na swoich poprzedników?
Moja wyobraźnia jest nieograniczona, więc mogę sobie to wyobrazić, ale absolutnie to wypieram. Jeżeli dzisiaj mogę złożyć kandydatkom i kandydatom życzenia, to takie, żeby przede wszystkim dobrze rozpoznali szanse i na nich się skoncentrowali. To, co nazywa się chyba ucieczką do przodu, jest w moim odczuciu jedyną rozsądną strategią zarządzania miastem w tej chwili.
Rozumiem, że współczesna polityka rządzi się określonymi prawami, wynikającymi z trudnych meandrów polaryzacji i populizmu. To powoduje, że politycy – i nie mówię tutaj tylko o politykach Krakowa, ale w skali globalnej – wykonują takie ruchy, po których spodziewają się większych zasięgów czy wyższych słupków. Ale to jest droga donikąd. Chcę absolutnie wierzyć, że nowe, wybrane władze Krakowa będą wykorzystywać szanse, jakie są przed nami.
W swoim tekście stawia pan szereg pytań dotyczących zagrożeń i szans stojących przed miastem. Pyta pan o kryzys demograficzny, ekologiczny, impulsy rozwojowe, o to, czy Kraków pozostanie czytelnym znakiem dziedzictwa europejskiego. Znajduje pan próby odpowiedzi na te pytania w wypowiedziach kandydatów?
Pobrzmiewają. Od razu uprzedzam, że nie dam się namówić na analizowanie poszczególnych programów. Jestem osobą publiczną i chcę tego unikać.
Cieszę się, że słyszę rozmowy o bardzo poważnym problemie, jakim jest ekologia. To nie jest tylko problem kosmetyczny. Słyszę rozmowy o demografii, o komunikacji w kontekście metra.
Może trochę brakuje mi rozmowy o pozycji Krakowa w sieci międzynarodowej. Rozumiem jednak, że dzisiaj kandydatki i kandydaci kierują swoje postulaty do mieszkańców Krakowa, których interesuje to, co jest tu i teraz. Może jest to po prostu taktyka.
Słyszę również, że kandydaci są poniekąd w niewoli podejmowania agendy narzucanej przez populistyczną polaryzację, której osobiście mam serdecznie dość. Ale taki jest świat. Jestem gotowy wyciągnąć z poszczególnych wypowiedzi sporą dawkę optymizmu. Choć oczywiście – przyszłość pokaże, powiedział historyk.
Czy przyszłość będzie należała do wielkich miast?
Pisze pan, że o przyszłości będzie decydować sieć wielkich miast. W jakim sensie? Czy to odwołanie do europejskiej wspólnoty regionów albo do koncepcji Benjamina Barbera?
Nie tylko Barbera. Jest kilka pozycji pisanych z różnych perspektyw światopoglądowych, w których autorzy – socjologowie, historycy, politolodzy – zastanawiają się nad tym, czy świat nie przechodzi bardzo istotnej zmiany.
Pytają mianowicie, czy państwa narodowe, które są de facto dzieckiem wielkiej rewolucji francuskiej, nie wyczerpały swoich możliwości i czy nadal są skutecznym instrumentem we współczesnym świecie. I co miałoby się stać, gdyby państwa narodowe musiały ustąpić ze sceny.
Oczywiście to jest pytanie, które budzi bardzo poważne emocje. Rozumiem to jako osoba wychowana w państwie narodowym. Mam ten narodowy kod DNA w sobie. Ale historyk wie, że wszyscy wielcy gracze w pewnym momencie schodzą ze sceny. Taka jest historia. W tym kontekście pojawia się dość mocno reprezentowana koncepcja, że o przyszłości świata nie będą decydować państwa narodowe, tylko sieci wielkich miast, wielkie metropolie. I w tym kontekście bycie dzisiaj mieszczaninem – celowo używam tego słowa, choć wiem, że trochę trąci myszką – jest niezwykle istotne. Według prognoz ONZ do 2050 roku około 70 procent ludności świata będzie żyło w miastach. Widzimy więc ruch ku miastom. W miastach będzie skumulowana energia, kapitał i ośrodki decyzyjne. Nieprzypadkowo mówi się o erze wielkich burmistrzów, czyli takich, których działania wpływają na systemy globalne.
I tu właśnie pobrzmiewa Barber.
Tak, zdecydowanie. Rozmawiamy o tym, że wielcy burmistrzowie, czyli przywódcy i liderzy miast, zaczynają konkurować swoimi wpływami z przywódcami państw. I kiedy zadajemy sobie pytanie o przyszłość Krakowa, musimy się nad tym mocno pochylić.
Znaleźliby się politycy, którzy powiedzieliby coś zupełnie innego.
Nie wyrażam tutaj swojego poglądu. Nie ogłaszam zmierzchu czegokolwiek. Wiem, że istnieje również wiele opinii, zgodnie z którymi państwo narodowe jest jedynym skutecznym narzędziem pozwalającym uratować świat przed zagładą cywilizacyjną.
Mam wrażenie, że w tej chwili tak bardzo lękamy się zmian, które nadchodzą, że rozmowa o przyszłości zaczyna być trochę rozmową o tym, czego chcielibyśmy albo czego byśmy nie chcieli.
Jeżeli patrzymy na naukę, wyciągamy wnioski. Ja wyciągam je z przeszłości. Może nie jest istotne, czego bym nie chciał, bo wielu rzeczy bym nie chciał. Patrzę na to, jakie chmury rysują się na horyzoncie, i próbuję je rozpoznawać.
Kraków może wejść do ligi metropolii
W której lidze metropolii Kraków powinien grać? Jaka ścieżka może poprowadzić Kraków do sieci światowych metropolii?
Jeżeli poczytamy to, co piszą na ten temat instytuty zajmujące się miastami i ich rozwojem, widzimy, że Kraków jest zaliczany do grona kilkudziesięciu miast będących metropolitalnymi obszarami wzrostu. To znaczy miast aspirujących, i skutecznie aspirujących, do grona metropolii.
W tym widzę to, o czym powiedziałem na początku. Kiedy Kazimierz Wielki wydawał swój przywilej, Kraków bezsprzecznie był europejską metropolią o ogromnej strefie wpływu i wielkim handlu. Był wielkim emporium handlowym, stolicą najpierw dynastii Piastów, potem Jagiellonów. Od czasu wojen XVII wieku Kraków zaczął podupadać i nigdy nie osiągnął już takiej pozycji, jaką miał w XIII, XIV, XV czy XVI wieku.
Dzisiaj uważam, że stoimy przed wielką szansą powtórzenia tamtego sukcesu, bo jesteśmy obszarem wzrostu. Poprzez działania ostatnich trzech dekad, a zwłaszcza dwóch ostatnich, jesteśmy wyposażeni w atrybuty metropolitalne. Mamy muzea, lotnisko, centra konferencyjne i wiele różnych inwestycji. To wielki sukces miasta, który trzeba docenić. Ale atrybuty metropolitalne to jeszcze nie pozycja metropolii. Jeżeli mam więc składać życzenia przyszłej prezydentce albo przyszłemu prezydentowi, to tą szansą jest dołączenie do grona metropolii. Jesteśmy na dobrej drodze.
W tej sprawie musi jednak istnieć polityka państwa wobec wielkich miast. Państwo musi je wspierać. W Polsce obok Warszawy Kraków jest pierwszym miastem, które ze względu na dziedzictwo, historię, ale też potencjał demograficzny ma taką szansę. Dla Krakowa jest to gra o przyszłość. Albo w ciągu najbliższej dekady czy dwóch wejdziemy do grona metropolii i będziemy zasiadać przy stoliku, przy którym gra się o świat, albo staniemy się gdzieś peryferium i zaczniemy się jako miasto zwijać. Dlatego dostrzegam ogromną szansę.
„Miasto zero” i możliwość nowego początku
Przywołuje pan też książkę Rafała Matyi „Kraków – miasto zero”, która wywołała w mieście sporą dyskusję.
Bardzo wielu krakowian mocno się oburzyło. „Mniej niż zero” śpiewał pewien zespół i tak dalej. Ale tu nie chodzi o takie zero. Chodzi o to, że jesteśmy w punkcie zero swojego rozwoju. W punkcie, w którym startujemy, możemy się wymyślić na nowo i pójść dalej. Wydarzył się wielki reset. Ten reset oczywiście rozkołysał naszą scenę polityczną, ale jest jednocześnie wielką szansą. Mówię to jako historyk patrzący na karty, które miasto miało wcześniej w ręce, i porównujący je z tymi, które mamy dzisiaj. Twierdzę, że mamy w ręce bardzo silne karty rozwojowe.
Mimo niepewności, którą przyniosły ostatnie wydarzenia polityczne, te karty wciąż mamy?
Tak. Jak powiedziałem, te niepewności i wydarzenia trzeba będzie na spokojnie, na chłodno ocenić z dystansem. Na to potrzeba czasu, bo są tu również emocje.