Kraków między metropolią a prowincją
Kilka lat temu niemałą dyskusję w Krakowie wywołała książka prof. Rafała Matyi „Kraków – miasto zero”. Autor miał na myśli potrzebę zdefiniowania albo autozdefiniowania Krakowa na nowo. Czy historia upadku ostatniego prezydenta i ponowne wybory przedterminowe nie wzmacniają tej tezy?
Myślę, że na tę kwestię warto i wypada spojrzeć szerzej. Rzeczywiście od lat powtarzałem, powtarzam i będę powtarzał, że Polska ciągle nie ma pomysłu na Kraków. Na Kraków nie tylko jako drugie miasto pod względem wielkości w naszym kraju, ale jako jedyną metropolię o tak historycznie ukształtowanych funkcjach metropolitalnych, położoną, można powiedzieć, w pół drogi pomiędzy Warszawą, Berlinem, Pragą, Wiedniem, Bratysławą i Budapesztem.
Kraków został również przez ostatnie reformy administracyjne, choćby reformę z 1998 roku, sprowadzony do jednego z ośrodków prowincjonalnych. Pytanie brzmi więc, na ile my dzisiaj w Krakowie, w dyskursie, w którym skupiamy się na jakości usług miejskich i szeregu zasadniczych kwestii, które wszystkich nas, krakowian, codziennie dręczą, jesteśmy w stanie zdobyć się na szerszą refleksję nad miejscem i położeniem Krakowa nie tylko w Polsce, ale choćby w sieci wielkich metropolii Europy Środkowej i szerzej naszego kontynentu.
To jest zasadnicza kwestia, która umyka w tej rozmowie. Warto też przywołać szerszą perspektywę historyczną. Nie chcę wracać do Jagiellonów i do momentu, kiedy Kraków choćby na przełomie XVI i XVII wieku był równy swoim potencjałem znaczenia politycznego jako stolica wielkiego państwa, ale też potencjałem ekonomicznym czy demograficznym Pradze i Wiedniowi.
To wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 35 lat, wymaga refleksji. Rafał Matyja ma rację, że przez ostatnich trzydzieści kilka lat złotego czasu dla Polski i krajów Europy Środkowej, uwalniających się z brzemienia systemu komunistycznego, który dusił również rozwój tych miast, w tym Krakowa, długo wykorzystywaliśmy rezerwy proste, zwłaszcza w latach 90. Można powiedzieć – uwalnialiśmy zamrożony potencjał i zasoby.
Zatrzymajmy się przy pana sformułowaniu „ośrodek prowincjonalny”.
W połowie lat 90. napisałem książkę, za którą dostałem Nagrodę Miasta Krakowa, zatytułowaną „Kraków – prowincja czy metropolia?”. Kraków jest ciągle rozpięty w pół drogi pomiędzy ambicjami metropolitalnymi, za którymi stoją historia, dziedzictwo, marka miasta, jego wysoka rozpoznawalność w Europie, a szeregiem ułomności, które niekoniecznie wynikają tylko z błędów czy słabości samorządu.
Wracając do pana pierwszego pytania o upadek poprzedniego prezydenta, warto zastanowić się nad tym, na czym dzisiaj polega samorząd terytorialny i jakie są jego słabości. W 1989 i 1990 roku, kiedy rodziła się polska demokracja, jedną z najważniejszych reform była reforma samorządowa.
Już wówczas głośno mówiłem, że jednym z grzechów ciężkich ustawy z 1990 roku był brak kategoryzacji gmin. To była ustawa napisana dla niewielkiej wiejskiej gminy liczącej 10 tysięcy mieszkańców. Od tego czasu klasa polityczna w Polsce i Polska generalnie nie wybiły się na właściwy dla wzmacniania rozwoju największych naszych metropolii ustrój samorządowy.
To, że Kraków w 1990 roku odzyskał suwerenność jako miasto, jako gmina, to oczywiście wielki sukces i osiągnięcie, ale ramy, w których ten samorząd się realizuje, od samego początku duszą możliwości rozwojowe tego miasta.
Kraków, Łódź i rozwój Balic
Przywołał pan swoją książkę z połowy lat 90. To były czasy, kiedy Kraków porównywano z Łodzią, a lotnisko w Balicach z lotniskiem w Pyrzowicach. Dzisiaj nikt tego już nie robi.
Dziękuję za tę prowokację. Kiedy w 1990 roku zakładaliśmy Unię Metropolii Polskich, Kraków znalazł się w gronie miast, za którymi stała już historycznie ukształtowana metropolitalność.
Z całym szacunkiem dla Łodzi, ona jako monokultura industrialna nie była wtedy brana pod uwagę w ten sam sposób. Jej los w latach 90. świetnie ilustruje fundamentalną różnicę pomiędzy Łodzią a Krakowem, jeśli chodzi o funkcje, jakie te miasta wypełniają.
Siłą Krakowa było i jest to, że model funkcjonalny tego miasta jest zróżnicowany, a funkcje nauki, kultury i usług wyższego rzędu odgrywały i odgrywają wielką rolę. Dlatego tak szybko uwolniliśmy się od balastu, jakim w 1990 roku była Huta imienia Włodzimierza Lenina, zatrudniająca 40 tysięcy pracowników. To był wówczas wielki, także polityczny, problem dla Krakowa. Dzisiaj już o tym zapomnieliśmy.
Kraków w ciągu 35 lat przechodził przez różne fazy swojej transformacji. Jak już powiedziałem, w latach 90. najprostszą rzeczą było uwalnianie rezerw prostych, w czym samorząd odgrywał dużą rolę.
Ale przywołał pan kwestię lotniska. Trzeba sobie uświadomić również w debacie, która nas czeka w związku z nadchodzącymi wyborami, że samorząd i gmina nie są jedynymi aktorami, którzy decydują i przesądzają o losach miasta.
Można powiedzieć, że w skali makro przesądza o tym wielka polityka. Najlepszym przykładem jest akcesja Polski do Unii Europejskiej. To ona otworzyła niebo nad Krakowem i spowodowała, że Balice ze 150 tysięcy pasażerów w 1990 roku – sam dobrze pamiętam ten barak, który był przedmiotem wstydu naszej pierwszej samorządowej ekipy – doszły do dzisiejszej skali kilkunastu milionów pasażerów rocznie.
Tyle tylko, że udział gminy w porcie lotniczym wynosi około jednego procenta, a głównym udziałowcem są Polskie Porty Lotnicze. I to jest zasadnicza kwestia – często zapominamy, że o losach naszego miasta i wielu strategicznych kwestiach rozwoju Krakowa nie decydujemy my.
Ta suwerenność samorządowa jest dzisiaj bardzo ograniczona, a w Polsce, która jest krajem unitarnym, prezydent wielkiego miasta jest tak naprawdę klientem poszczególnych księstw, jakimi są ministerstwa w Warszawie.
Od turystyki do miasta kreatywnego
Mówił pan o rozwoju Krakowa opartym na rezerwach prostych. Czym będą te rezerwy złożone?
Rezerwą prostą, co widać dzisiaj znakomicie na Rynku Głównym w Krakowie, patrząc na jego zmianę w ciągu 35 lat, było wykorzystanie dziedzictwa kulturowego jako zasobu, który w czasach PRL-u znajdował się, można powiedzieć, w stanie izolacji. Do Krakowa mało kto w latach 80. zaglądał.
Dzisiaj Kraków jest na pewno miastem biesiadnym, ale czy jest miastem kreatywnym? Bo to, co dzisiaj przesądza o sukcesie miast nie tylko w Europie, ale i na świecie, to kreatywność.
Przed kilkunastoma laty Richard Florida napisał książkę, w której zwraca uwagę na trzy T: technologię, talent i tolerancję. Pytanie, które wielokrotnie zadaję również w moich publikacjach, brzmi: na ile szansą dla Krakowa byłoby wykorzystanie jego funkcji ideopolis, a więc wielkiego ośrodka akademickiego, wielkiego ośrodka badawczego?
Ale jeszcze raz zwrócę uwagę, że Kraków jest ofiarą unitarnego modelu państwa polskiego. Hipertrofia Warszawy, jak mówią geografowie, a więc nadmierne skupienie wszystkich centralnych funkcji w jednym miejscu, zaprzecza policentrycznej tradycji Polski, jaka istniała jeszcze w okresie międzywojennym.
W okresie międzywojennym mówiono, że Polska ma pięć centrów cywilizacyjnych: Warszawę, Lwów, Kraków, Wilno i Poznań. Nie było Łodzi, bo Łódź, choć była miastem wielkim, nie miała tych złożonych funkcji, które przekształcałyby ją w miasto kreacji.
Czy Kraków potrafi wywalczyć dla siebie osobną niszę, osobną funkcję? Myślę, że to jest zadanie, które jest dzisiaj nieobecne w debacie publicznej. I bardzo dobrze, że Rafał Matyja w swojej książce zwraca uwagę na to, że Kraków po tych trzydziestu paru latach sukcesu, odbudowywania się, zmiany wizerunku miasta, a także podniesienia jakości życia, stoi dzisiaj przed zasadniczym pytaniem: co dalej?
Jak uplasować się w silnej rywalizacji metropolii europejskich? Europa ma dzisiaj dwie globalne metropolie – Londyn i Paryż – ale ma wiele ważnych europejskich metropolii, które nie są stolicami. Barcelona, Lyon, Mediolan to miasta, które wyrąbały sobie w swoich państwach osobną pozycję.
Wrócę raz jeszcze do centralizmu. Proszę zwrócić uwagę, że nawet nasi południowi sąsiedzi lokują część najważniejszych instytucji sądowniczych poza stolicami – choćby w Brnie czy Koszycach. A więc decentralizacja najważniejszych funkcji jest jednym z celów, o które powinien walczyć również samorząd i politycy krakowscy.
Overtourism i ustawa metropolitalna
Czy bez decentralizacji można sobie wyrąbać przyszłość i odrębne miejsce?
Kraków już sobie wyrąbał pozycję jednego z epicentrów ruchu turystycznego. I teraz ma kłopot, bo mówimy dzisiaj o tak zwanym overtourismie.
Pewne zjawiska i procesy, które zachodzą na Rynku w Krakowie i wokół nas, w naszym mieście, to procesy, na które mamy dosyć ograniczony wpływ. Z tego też trzeba sobie zdać sprawę.
Tak było również w historii. Jako historyk mogę przypomnieć, że o losie Krakowa wielokrotnie przesądzała wielka europejska polityka. W 1815 roku na Kongresie Wiedeńskim stworzono Rzeczpospolitą Krakowską. Później Austria anektowała Kraków i przekształciła go w nadgraniczną twierdzę Festung Krakau.
Nawet Adolf Hitler miał wpływ na rozmowę o centralnych funkcjach Krakowa, przekształcając Kraków w tę niechcianą stolicę Generalnego Gubernatorstwa w 1939 roku. Decyzja o Nowej Hucie zapadała gdzieś pomiędzy Moskwą a Warszawą.
Dzisiaj mamy samorząd, natomiast jego słabość ustrojowa ogranicza możliwości mówienia i rozmowy o strategicznych celach Krakowa. I to widać w debacie publicznej.
Nas dzisiaj przede wszystkim interesuje to, czy za cztery złote będzie można pojechać przez 15 czy przez 20 minut, czy jakość wody w kranie pozwala na to, żeby była to woda pitna, i tak dalej. To są bardzo ważne elementy wypełniania przez Kraków tak zwanych funkcji endogenicznych, czyli wewnętrznych, przesądzających o jakości życia. Ona już się bardzo w ciągu 35 lat podniosła.
Ale jest pytanie: co dalej? Co dalej w tej grze, gdy Kraków położony jest nie tylko pomiędzy Warszawą, Berlinem, Pragą, Wiedniem czy Budapesztem, miastami stołecznymi, ale może rywalizować z Brnem, Dreznem, Lipskiem i wieloma innymi miastami o podobnych funkcjach?
Te miasta często są od nas bardziej konkurencyjne z bardzo różnych powodów, w tym – jeszcze raz zwracam uwagę – z powodów ustrojowych.
Kraków potrzebuje ustawy metropolitalnej. Kraków przecież wylał się poza swoje granice. To wszystko są ważne kwestie polityczne, o których zbyt mało mówimy.
Partie polityczne przejęły wielkie miasta?
Na koniec – nie odnajduje pan choćby próby odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości miasta i przyszłej wizji Krakowa w dyskusjach kandydatów na prezydenta? O ustawie metropolitalnej akurat dyskutują chętnie.
Tak, te wątki się przewijają. Natomiast kluczową kwestią jest zupełnie coś innego. Jeśli można, włożę kij w mrowisko.
Porównując model funkcjonowania choćby naszego małopolskiego samorządu regionalnego, gdzie marszałek jest wybierany w wyborach pośrednich przez radnych tworzących regionalny parlament, chcę powiedzieć, że do 2002 roku wybieraliśmy w Krakowie prezydentów właśnie w tym systemie.
Mieszkańcy Krakowa nie musieli się zastanawiać, który z kandydatów reprezentujących dzisiaj tak naprawdę wielkie partie polityczne powinien zostać prezydentem. Bo trzeba powiedzieć, że dzisiaj samorządy w wielkich miastach zostały zawłaszczone przez wielkie partie polityczne.
Nie ma już tego obywatelskiego tlenu, który towarzyszył budowie samorządu w latach 90. W związku z tym ta debata ma wymiar rywalizacji, często politycznej, a Kraków jest papierkiem lakmusowym sporu politycznego, który dzieli Polskę.
Szukając puenty, powiem, że ostatnio rozmawiałem na ten temat poważnie z senatorem prof. Jerzym Stępniem, jednym z ostatnich żyjących ojców ustawy samorządowej z 1990 roku. Zgodziliśmy się, że dla wielkich miast znacznie lepszym rozwiązaniem były wybory, w których prezydent byłby wyłaniany za pośrednictwem rady wybieranej przez mieszkańców.
Bo to my, mieszkańcy poszczególnych dzielnic, wiemy, kto może nas jako obywateli reprezentować. Cała reszta rozmowy o merytoryce i kandydatach powinna odbywać się już na innym poziomie dyskusji.
Dzisiaj każdy – co potwierdza Kraków, gdzie zgłosiło się dwadzieścioro czworo kandydatek i kandydatów – może się zgłosić po to tylko, żeby przez chwilę występować w mediach publicznych i pokazać się na nasz koszt, koszt podatników, również, jak rozumiem, w Radiu Kraków.