Chaos w relacjach Stanów Zjednoczonych i Rosji
Co dzieje się teraz na linii Ameryka–Rosja? Jak powinniśmy to odczytywać?
Nazywam to wielkim chaosem, który powoduje ogromne zamieszanie w relacjach między państwami, polityce i strategiach. Trudno się w tym połapać. To, co obserwujemy zarówno ze strony Stanów Zjednoczonych, jak i Rosji, nie przypomina niczego logicznego.
Jako jedno z państw europejskich jesteśmy w bardzo trudnym położeniu. W jeszcze trudniejszym znajduje się Ukraina. Od niej w dużym stopniu zależy dziś bezpieczeństwo Polski i państw bałtyckich, być może także Finlandii czy Rumunii. To państwa wskazywane przez Rosję jako stojące na drodze do realizacji jej celów strategicznych. Z jednej strony chodzi o budowę imperium, czego elementem jest Ukraina, z drugiej – o odsunięcie NATO od rosyjskich granic.
Trudno powiedzieć, co robić, ponieważ nie mamy możliwości przekonania Stanów Zjednoczonych, żeby konsekwentnie traktowały Rosję jako przeciwnika, zgodnie z amerykańską strategią. Tymczasem raz jest ona przyjacielem, raz partnerem czy współpracownikiem, a raz przeciwnikiem. Stany Zjednoczone potrafią grać z nami w jednej drużynie, ale ostatnio dzieje się to coraz rzadziej.
Czy Donald Trump przelicytował? Tak bardzo chciał zakończyć wojnę, że teraz daje się rozgrywać Putinowi, a być może także Xi Jinpingowi?
Prowadzi politykę niezrozumiałą z punktu widzenia wspólnoty, która łączy nas w NATO, ale także wspólnoty państw zachodnich: Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych i Kanady.
W moim przekonaniu nie jest to już zwykła próba przeciągnięcia Rosji na swoją stronę czy odciągnięcia jej od Chin, co wcześniej można było rozumieć jako element strategii. Dziś przypomina to marsz: dwa kroki do przodu, dwa do tyłu. Nie wiadomo, czy wspólnie przeciwstawiamy się Rosji, czy sami wykonujemy kolejne ruchy, które nam szkodzą.
Rosja ma powody do triumfu. Ten chaos sprzyja kontynuowaniu jej agresywnych działań. Konsekwentnie prowadzi wojnę w Ukrainie i wojnę hybrydową z Europą Zachodnią. W oczywisty sposób realizuje swoje cele strategiczne, które się nie zmieniły: budowę wielkiego imperium i strefy wpływów w szerszej Europie.
Czy Rosja rozgrywa sytuację tak, żeby zabezpieczyć się na zimę, czy żeby zimą uderzyć?
Nie sprowadzałbym tego do zimy. Oczywiście Rosja będzie chciała w tym czasie osiągnąć swoje cele wobec Ukrainy. Chodzi o tak mocne jej osłabienie, żeby wiosną nie miała już siły przedstawiać kolejnych argumentów i zgodziła się na rosyjskie warunki. Nazywam to wręcz próbą pokonania Ukrainy.
Niezrozumiałe jest jednak to, co robią dziś władze w Waszyngtonie, ponieważ służy to interesom ekonomicznym Rosji. Gospodarka jest powodem, dla którego Rosja musi wsłuchiwać się w głos Zachodu – Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych.
Rosyjska gospodarka słabnie. Być może wytrzyma jeszcze kilka lat, ale Putin dobrze wie, że czeka ją szereg problemów. Mocno sygnalizują to Gazprom, Rosnieft i inne przedsiębiorstwa, a także rosyjskie banki, które przeżywają trudną, kryzysową sytuację.
To, co robi dzisiaj Donald Trump, służy interesom ekonomicznym Rosji i tego nie rozumiem.
Artykuł 5 NATO i zagrożenia dla Polski
Czy gwarancje bezpieczeństwa wynikające z art. 5 NATO stają się zależne od nastrojów i wewnętrznych interesów politycznych Białego Domu?
Zawsze zależały od nastrojów i decyzji politycznych. Artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego nie działa jak automat. Mamy dokumenty uzupełniające, między innymi ze szczytu w Wilnie, a wcześniej, po 2008 roku, powstały plany ewentualnościowe.
Nie możemy jednak zakładać, że w każdej sytuacji dysponujemy pełną siłą 32 państw w takim samym zakresie. Mówimy nie tylko o potencjale militarnym, ale także dyplomatycznym, politycznym, gospodarczym czy innych formach pomocy.
Liczy się każdy dobry sygnał, ale liczą się też wyłomy. Zobaczymy, czy zapowiadane działania pomagające Rosji zostaną zrealizowane. Być może Trump się z nich wycofa i ten krok będzie akurat pozytywny.
Jeśli jednak tak się nie stanie, rozzuchwalona Rosja nadal będzie realizować swoje cele. Siergiej Ławrow mówił, że Rosja nie zamierza przerywać wojny. Rosjanie biją brawo, kiedy Trump zapowiada kupowanie ich oleju napędowego, kiedy przedstawia się Putina jako tego dobrego, a Zełenskiego jako złego i mówi, że Putinowi bardziej zależy na pokoju. Cieszą się, gdy otwierają się gospodarcze możliwości.
Tego najbardziej się obawiam. Rosji w kontaktach z Waszyngtonem zależy przede wszystkim na otwarciu ekonomicznych okienek, bo właśnie gospodarka jest jej głównym problemem.
Czy Polska i państwa bałtyckie powinny obawiać się, że mają ograniczony czas, jeśli dojdzie do porozumienia pokojowego wymuszonego przez USA, a nie zawartego na warunkach Ukrainy?
Nie sądzę. Polityka zastraszania społeczeństwa idzie trochę za daleko. Mamy powody do obaw przed działaniami hybrydowymi: spadającymi dronami czy niszczeniem torów. To się zdarza i to widzimy.
Putin chce wystraszyć państwa pomagające Ukrainie. Chce, żeby takie kraje jak Polska, przez które przechodzi wsparcie, maksymalnie ograniczyły zdolności do udzielania pomocy. Atakuje różne państwa w miejscach, które są pomocne dla Ukrainy. Ona pozostaje głównym celem i temu służą działania hybrydowe.
Wojna konwencjonalna nie jest wykluczona, ale wiązałbym to zagrożenie bardziej z Dalekim Wschodem. Nie sądzę, żeby Putin zdecydował się zaatakować Polskę, Niemcy czy Wielką Brytanię. Byłoby to głupotą, a nie przejawem rozwagi. Nie wierzę w taki scenariusz i nic na niego nie wskazuje.
Rosnący potencjał militarny może natomiast służyć wymuszaniu różnych decyzji na państwach Zachodu. Po stronie europejskiej sytuacja nie wygląda dobrze. Był moment konsolidacji, ale dziś trudno mówić o jej skuteczności.
Nadal jesteśmy uzależnieni od potencjału Stanów Zjednoczonych i mamy ograniczone pole manewru. Amerykanie doskonale o tym wiedzą. Wiedzą, że mogą realizować własne interesy, bo Europa jest zależna od ich wsparcia.
Spory historyczne w relacjach Polski i Ukrainy
Polsce zależy na pomocy Ukrainie i dobrych relacjach, ale stale wracają kryzysy związane z polityką historyczną. We Lwowie zapowiedziano upamiętnienie UPA w 2027 roku. Czy to nie jest kolejne wkładanie kija w mrowisko?
To bardzo trudne. Ukraińcy zdają sobie sprawę, że w obecnej sytuacji wojennej mogą pozwolić sobie na więcej. Wiedzą, że gdyby przegrali wojnę, na Bugu mielibyśmy wojska przeciwne Polsce, niezależnie od tego, czy byłyby w ukraińskich, czy rosyjskich mundurach.
Przegrana Ukraina oznaczałaby Ukrainę militarnie podporządkowaną Federacji Rosyjskiej, tak jak dziś Białoruś. Nie jest ona częścią Rosji, a jednak musimy liczyć się z tym, że mogłaby zadziałać przeciwko nam, zamiast wspólnie z nami albo neutralnie. Z Ukrainą byłoby podobnie.
Ukraińcy wiedzą, że w interesie Polski i państw znajdujących się w podobnej sytuacji jest pozostawanie razem z Ukrainą. Niepotrzebnie to wykorzystują. To, co stało się we Lwowie, w warunkach wojny i obecnego położenia Ukrainy jest po prostu niewyobrażalne, niezależnie od tego, jakie mają poglądy na UPA czy Szuchewycza.
Zdają sobie jednak sprawę, że Polska nie może dziś nadmiernie napinać muskułów i mówić przede wszystkim o Wołyniu, Szuchewyczu, Banderze czy UPA. To jest prawda historyczna i te sprawy muszą zostać doprowadzone do końca. Jednocześnie dziś nie jest czas na rozdrapywanie ran, które po polskiej stronie nadal są bolesne.
Nie tylko Ukraina znajduje się w trudnej sytuacji. Gdyby wiosną osłabła na tyle, że musiałaby zgodzić się na prorosyjskie władze w Kijowie, byłoby to fatalne dla Polski, państw bałtyckich i Europy Środkowej. Za Polską są Niemcy, które też nie byłyby zadowolone z takiego rozwoju wydarzeń.
Czy lokalni samorządowcy powinni reagować na takie decyzje, tak jak zrobił to Łukasz Gibała?
Tak, to słuszne posunięcie. Pokazuje, że nie są to wyłącznie działania liderów partii na szczeblu państwowym, którzy kalkulują swoje posunięcia z myślą o przyszłych wyborach. Tak dzieje się w każdym państwie.
To również głos samorządowców, ludzi wybieranych przez mieszkańców, niezależnie od tego, czego oczekuje partia na górze. To głos oddolny, głos ludu.
Podoba mi się to, co zrobił prezydent Gibała, i to, co w takich sytuacjach deklarują inni prezydenci, starostowie czy wójtowie. Ukraina rozumie, że taki głos należy traktować poważnie.