fot. EPA/JIM LO SCALZO Dostawca: PAP/EPA
Donald Trump znów dostarcza nam tematów do rozmowy. Stany Zjednoczone ponownie ograniczają Ukrainie dostęp do pomocy wywiadowczej, co skutkuje kolejnymi ofiarami śmiertelnymi. Mówił o tym w weekend Wołodymyr Zełenski. Czy mamy do czynienia z coraz silniejszą presją na Ukrainę, żeby zgodziła się na rosyjskie żądania, nawet kosztem własnych terytoriów, byle tylko zakończyć wojnę?
Prof. Radosław Rybkowski: Patrząc na to chłodnym okiem, wszystko wygląda dokładnie tak, jak powiedział Zełenski. Myślę też, że dobrze się stało, iż Europa nie zgodziła się na przekazanie rosyjskich aktywów, które miała w swoim posiadaniu. Teoretycznie miało to ułatwić stronie amerykańskiej negocjacje.
Tylko patrząc na to, co dzieje się teraz, nie wiadomo, na czym te negocjacje miałyby polegać. Czy Amerykanie, mając wszystkie te zablokowane rosyjskie środki, nie uznaliby po prostu, że teraz będą robić interesy z Rosjanami? Z Ukraińcami nie da się przecież zrobić biznesów równie korzystnych z perspektywy największych amerykańskich firm, ponieważ Ukraina jest tak bardzo zniszczona i nie ma zbyt wiele do zaoferowania.
Ukraina znalazła się więc naprawdę w trudnej sytuacji. Europa również znalazła się w sytuacji, którą amerykańska administracja określiła w sposób jednoznaczny.
Przyjrzyjmy się wydarzeniom ostatnich tygodni. Najpierw Trump obwiniał Zełenskiego o wzrost cen oleju napędowego, wskazując na ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie, a nie na wojnę z Iranem. Później ogłosił wielkie porozumienie naftowe z Putinem, które miało rozwiązać problemy, ale ich nie rozwiązało. Następnie zawiesił niedawno uchwalone przez Kongres sankcje na Rosję, które w praktyce nie zdążyły jeszcze wejść w życie. Pojawiła się też propozycja przekazania Amerykanom zamrożonych rosyjskich aktywów, głównie tych znajdujących się w Belgii, aby mogli je oddać Rosji. Do tego doszły wezwania do ustąpienia Zełenskiego, deklaracje Trumpa, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, podczas gdy negocjacje z Putinem przedstawia jako znakomite. Zaczyna też szwankować Starlink. Dlaczego to wszystko dzieje się właśnie teraz?
Jedyna odpowiedź, która próbuje to w jakiś sposób zracjonalizować, choć niekoniecznie jest racjonalna, jest taka, że Donald Trump doskonale zdaje sobie sprawę, iż w wyborach midterm, czyli tych, które odbędą się za dwa tygodnie. Partia Republikańska raczej sromotnie przegra te wybory. Wtedy prezydent będzie miał zdecydowanie bardziej związane ręce, ponieważ Kongres nie będzie mu już na wszystko pozwalał.
Najważniejszy jest tutaj budżet. Ustawa budżetowa może sprawić, że prezydent nie będzie miał praktycznie żadnych atutów w ręku. Myślę więc, że Trump chce rozegrać wszystko w momencie, kiedy Republikanie mają jeszcze pełnię władzy, czyli kontrolują zarówno władzę ustawodawczą, jak i wykonawczą.
To jedyne wytłumaczenie, które można próbować uznać za racjonalizujące. Nie powiedziałbym, że racjonalne, ale próbujące racjonalizować głupotę.
Wybory do Kongresu. Czy Trump próbuje ratować Republikanów?
Jest też drugie, szeroko komentowane wyjaśnienie. Być może Trump chce w ten sposób zwiększyć szanse Republikanów w listopadowych wyborach – obniżyć ceny paliw, ogłosić sukces gospodarczy czy negocjacyjny i przekonać wyborców. Pan odrzuca tę interpretację?
Tak, to bzdura. Codziennie rano przeglądam prasę, sprawdzam, co piszą amerykańskie media, i zdecydowanie widać, że wyborcy są zmęczeni wzrostem cen.
Pamiętajmy, że inflacja nie jest szczególnie wysoka, ale to, że nie jest wysoka, nie oznacza, że ceny nie rosną. Są znacznie wyższe niż choćby pół roku temu, ze względu na rozpoczęcie przez Stany Zjednoczone wojny przeciwko Iranowi.
Nie widać na horyzoncie żadnego cudu, który mógłby nagle sprawić, że Donald Trump przekona niezdecydowanych wyborców. Zwłaszcza tych, którzy zwykle sprzyjają Partii Republikańskiej, ale nie zawsze głosują na republikańskiego kandydata.
Trump jeździ na wiece i przekonuje uczestników, żeby głosowali na Republikanów, tak jakby były to wybory jego samego, a nie kongresmenów, senatorów czy członków Izby Reprezentantów. Zachowuje się tak, jakby wyborcy mieli wybierać właśnie jego. Tymczasem w wielu przypadkach może to być argument przeciwko głosowaniu tak, jak Donald Trump by sobie życzył, a nie argument za.
Jeśli, jak pan przewiduje, Trumpowi zostały dwa tygodnie niemal nieograniczonej władzy, to dlaczego jednym z jego najważniejszych celów jest porozumienie z Putinem, nawet kosztem Ukrainy? Czy chodzi o realizację ustaleń ze szczytu na Alasce? Podobno coś tam uzgodniono, choć do dziś nie wiemy dokładnie co.
Myślę, że Donaldowi Trumpowi na tym zależy. Dlaczego? Badania i kalkulacje pokazują, że jest prezydentem, który podczas sprawowania urzędu zarobił najwięcej w swoim prywatnym biznesie.
Być może za tym wszystkim kryje się coś, o czym nie wiemy, co pozwoliłoby Donaldowi Trumpowi i jego rodzinie zarobić kolejne grube miliardy.
Z wielu jego działań wynika, że niejednokrotnie ważniejszy jest dla niego interes Trump Family niż interes Stanów Zjednoczonych.
Trzeba też jednoznacznie powiedzieć, że Ameryka za czasów Donalda Trumpa pokazała europejskim sojusznikom, i nie tylko europejskim, że jeśli chcesz na kogoś liczyć, to najlepiej licz na siebie. To najbezpieczniejsze rozwiązanie.
Jako amerykanista mieszkający w Europie mam nadzieję, że będzie to lekcja, którą Europa zapamięta. Że nie będzie tak, iż przyjdzie kolejny, milszy prezydent i wszyscy uznamy: dobrze, wracamy do tego, co było. Bo zawsze może pojawić się następny, mniej przyjazny prezydent i znowu wywrócić nam wszystko do góry nogami.
Negocjacje z Rosją. Kto wybrał amerykańskich negocjatorów?
Wróćmy do relacji amerykańsko-ukraińsko-rosyjskich. Profesor Katarzyna Pisarska z SGH mówiła wczoraj w TVN24, że osobiście słyszała od przedstawicieli amerykańskiej administracji, iż Jareda Kushnera i Steve'a Witkoffa, którzy mieli negocjować z Rosją zawieszenie broni i pokój, wybrała nie strona amerykańska, lecz rosyjska.
Patrząc na rezultaty tych wszystkich rozmów i na to, jak bardzo strona rosyjska jest skłonna respektować choćby zawieszenie ataków na infrastrukturę energetyczną Ukrainy, można spokojnie uwierzyć w to, co powiedziała profesor Pisarska.
Ale o czym by to świadczyło? Przecież mówimy o wydarzeniach z samego początku drugiej prezydentury Trumpa, na długo przed szczytem na Alasce i tamtejszymi ustaleniami.
Już podczas kampanii wyborczej pojawiały się pogłoski, traktowane właśnie jako pogłoski, że być może Rosjanie mają jakiegoś haka na Donalda Trumpa i są w stanie wpływać na jego późniejsze działania.
Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że niezależnie od tego, jak słabą kandydatką medialnie i w ogóle była Kamala Harris, oraz jak kompletnie głupim pomysłem było zaakceptowanie przez Partię Demokratyczną decyzji Joe Bidena o ponownym starcie w wyborach, prezydenci z Partii Demokratycznej zdecydowanie bardziej jednoznacznie określaliby, kto jest agresorem, a kto stroną atakowaną w wojnie w Ukrainie.
Czy Demokraci odbiorą Republikanom kontrolę nad Kongresem?
Czy ich wynik wyborów, które odbędą się 3 listopada, jest już przesądzony? Czy Demokraci na pewno przejmą kontrolę nad Izbą Reprezentantów i Senatem? W Izbie wybierany jest cały skład, ale w Senacie tylko jedna trzecia miejsc. Czy coś może jeszcze zmienić się w ciągu tych dwóch tygodni?
Nie ma jeszcze takiej pewności, choć badania opinii publicznej pokazują coś niezwykłego. Nawet w tradycyjnie republikańskich okręgach wyborczych w Teksasie czy Karolinie w niektórych sondażach kandydaci Demokratów zaczynają wychodzić na prowadzenie. To jest po prostu niebywałe. Można powiedzieć, że historia amerykańskiej demokracji pisze się na nowo.
Wracając do tego, od czego zaczęliśmy, pokazuje to poziom frustracji amerykańskich wyborców tym, co obecnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych.
I trzeba powiedzieć szczerze, że Ukraina mało ich interesuje. To dla nich temat poboczny. Najważniejsze jest to, ile muszą zapłacić na stacji benzynowej.
A jeśli Republikanie rzeczywiście stracą większość zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie, co będzie to oznaczało dla Donalda Trumpa i ostatnich dwóch lat jego prezydentury?
Prof. Radosław Rybkowski: Dwie rzeczy. Po pierwsze, stanie się prawdziwym lame duck, czyli prezydentem, który niewiele może. Jeśli Kongres nie będzie chciał, nie dostanie pieniędzy na żaden ze swoich pomysłów – szalonych, mniej szalonych, a czasami nawet racjonalnych.
Po drugie, może się zdarzyć, że mając świadomość, iż po drugiej stronie jest Kongres, który na nic mu nie pozwala, Trump stanie się zupełnie pozbawiony hamulców.
Choć, jak widzimy, tych hamulców już teraz nie ma zbyt wiele.