Czy polska gospodarka już dziś płaci rachunek za żar lejący się z nieba?
Tak, choć w skali całej gospodarki ten koszt nie jest jeszcze ogromny. Można mówić o kilku miliardach złotych utraconego PKB, co przy gospodarce wartej ponad cztery biliony złotych nie stanowi zagrożenia systemowego. Inaczej wygląda to jednak z perspektywy firm i gospodarstw domowych. Rosną wydatki na klimatyzację, energię elektryczną czy naprawy infrastruktury, choćby z powodu deformującego się asfaltu. Są też mniej oczywiste koszty, na przykład spadek efektywności przesyłu energii elektrycznej przy wysokich temperaturach.
Czyli część energii po prostu jest tracona?
Dokładnie tak. Im wyższa temperatura, tym większe straty w przesyle energii. Trzeba jej wyprodukować więcej, a to oznacza dodatkowe koszty. Na szczęście nie jesteśmy w tak trudnej sytuacji jak Francja czy Norwegia. Tam wysokie temperatury wpływają bezpośrednio na możliwości produkcji energii – odpowiednio w elektrowniach wodnych i atomowych.
Są jednak branże, które na upałach zyskują.
Oczywiście. Rośnie sprzedaż lodów, napojów czy urządzeń chłodzących. Interesujące będzie także to, jak wysokie temperatury wpłyną na turystykę. W przypadku Krakowa mam pewne wątpliwości – mieszkańcy wyjeżdżają, a część turystów może zrezygnować z przyjazdu podczas największych upałów. Natomiast dla całej Polski ciepła pogoda może być czynnikiem przyciągającym zagranicznych turystów.
Są prognozy, że do 2050 roku skutki zmian klimatu mogą kosztować polską gospodarkę nawet ponad 120 miliardów złotych rocznie. To ogromne kwoty.
Trzeba je właściwie interpretować. Nie oznacza to, że państwo będzie musiało wyłożyć z budżetu 120 miliardów złotych. Chodzi o straty dla całej gospodarki wynikające z wyższych kosztów funkcjonowania. Dobrym przykładem są planowane przepisy dotyczące pracy podczas ekstremalnych upałów. Jeśli pracownicy nie będą mogli wykonywać obowiązków przy temperaturach przekraczających określony próg, część produkcji czy usług po prostu nie zostanie zrealizowana. To właśnie takie elementy składają się na prognozowane koszty. Trzeba jednak pamiętać, że przewidywanie sytuacji za 25 lat zawsze obarczone jest dużym marginesem błędu.
Czyli bardziej powinniśmy mówić o kosztach dostosowania się do nowych warunków?
Zdecydowanie tak. Zmiany klimatu oznaczają konieczność inwestowania w nową infrastrukturę i nowe technologie. Być może trzeba będzie stosować droższe mieszanki asfaltowe odporne na bardzo wysokie temperatury czy przebudowywać systemy energetyczne. To są ogromne wydatki, które mogą sięgać dziesiątek, a nawet setek miliardów złotych. Dlatego potrzebna jest długofalowa strategia adaptacji do zmian klimatu – obok inwestycji w energetykę czy obronność.
Czy w takim razie można wskazać jakieś gospodarcze korzyści wynikające z ocieplenia klimatu?
Nie sądzę, by były one przełomowe. Gdyby klimat decydował o sile gospodarki, najbogatsze byłyby wyłącznie kraje bardzo gorące albo bardzo zimne, a przecież tak nie jest. Z pewnością zyskają producenci klimatyzacji, pomp ciepła czy napojów chłodzących. Być może skorzysta także turystyka, jeśli Polska stanie się atrakcyjniejszym kierunkiem letniego wypoczynku, szczególnie w regionach jezior. Jednak nie nazwałbym tego wielką szansą gospodarczą. Raczej będziemy musieli nauczyć się funkcjonować w nowych warunkach.
Czyli najważniejszym wyzwaniem pozostaje dostosowanie gospodarki do zmian klimatu.
Dokładnie tak. Adaptacja będzie kluczowa – zarówno dla przedsiębiorstw, jak i dla państwa.