Kiedy przeglądałem internet wczoraj wieczorem, co chwila pokazywały mi się memy. Na przykład taki z politykiem, który dumnie tłumaczy - „obiecywaliśmy skrócić kolejki do lekarzy i skróciliśmy”. Na doprecyzowanie dziennikarki - „ale tylko dla działaczy partyjnych”, polityk odpowiada - „od czegoś trzeba zacząć, to pilotaż”. Myśli pani, że to, co się dzieje w ostatnich dniach z lekarzem-milionerem z Koalicji Obywatelskiej i rzekomym salonikiem VIP dla polityków pani partii w Szpitalu Południowym w Warszawie, to mogą być nowe ośmiorniczki?
- To sytuacja niedopuszczalna i skandaliczna. Jak to jest prawda, głowy muszą polecieć. Premier zareagował. Są kontrole, także NIK. Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Oby to był odosobniony przypadek. Winny musi ponieść konsekwencje. Tak się stanie.
Jak Koalicja Obywatelska szerzej zamierza zażegnać ten kryzys wizerunkowy? Oprócz tych kontroli, o których pani powiedziała, oprócz tego, że ten lekarz-milioner już nie jest w Koalicji Obywatelskiej, ani nie pracuje w tym szpitalu, ale to niczego nie rozwiązuje tak naprawdę. Rozumiem, że też próbują państwo przekierować uwagę w ogóle na zarobki lekarzy. Jest ta ustawa w ekspresowym tempie przechodząca teraz przez Sejm. Umówmy się jednak, normalny lekarz bez specjalizacji nie zarabia miliona sześciuset tysięcy złotych rocznie. A tak się składa, że lekarz bez specjalizacji z legitymacją Koalicji Obywatelskiej, właśnie tyle zarobił.
- Od razu powiem tak. Błędna teza, że próbujemy coś przekierować na lekarzy. To nie tak. Zawsze w takich sytuacjach taki jest odbiór społeczny, że łatwo jest na kogoś coś przekierować. Nie o to chodzi. Wśród lekarzy są tysiące ludzi, którzy rzetelnie pracują i zarabiają mniej niż 1,6 miliona rocznie. Proszę nie sugerować nic o legitymacji. Przy kontroli się okaże, że są tacy, którzy kombinują, ale bez legitymacji. To nie ma nic do rzeczy. W każdym środowisku znajdzie się oszust i osoba nieodpowiedzialna. Nie można pracować 11 godzin dziennie każdego dnia roku i brać odpowiedzialność za pacjenta. Było to możliwe, bo ktoś popsuł tak system, że nie da się go kontrolować. To się zaczęło psuć w czasach Covid. Nasi poprzednicy to rozhuśtali. Ten lekarz pracował w kilku miejscach. Nikt przytomny by go nie zatrudnił na te 11 godzin na dobę. Gość sam kombinował, zatrudnił się w kilku miejscach. Jedno miejsce o drugim nie wiedziało. Tak tego dokonał. Doktor bierze to na własną odpowiedzialność. Teraz za to dopowiada. Przekierowywanie tego na kogokolwiek, byłoby nieodpowiedzialne. Są rzesze lekarzy, którzy uczciwie pracują. To, co zaczęło się dziać wczoraj ustawowo, w moim pojęciu ma próbować sprawdzać, jaka jest skala tego zjawiska. Boję się tego. Działanie w emocjach, pod wpływem wielkiej krytyki i emocji społecznych, może powodować decyzje nie najlepiej wyważone. Działamy od ściany, do ściany. Poprzednicy zrobili wolną amerykankę, każdy lekarz decydował sam o liczbie kontraktów, a dziś jest totalna kontrola. Lepiej ochłonąć i rozwiązać problem. Nie da się takich problemów rozwiązywać bez udziału medyków. Środowisko powinno być zainteresowane znalezieniem dobrego rozwiązania. Liczę na współpracę środowiska medycznego. Ministerstwo wiele miesięcy temu negocjowało z lekarzami, żeby sytuację nieco ustabilizować. Nakłady na służbę zdrowia są wielkie. Teraz środowisko samo rozumie, że trzeba podjąć współpracę, żeby zachować się odpowiedzialnie i mądrze. Lekarzy ciągle brakuje. Młodzi lekarze się kształcą. Będzie ich sporo, ale potrzebujemy czasu i pracy wszystkich medyków. Mówię o całej służbie zdrowia, wszystkich pracownikach. To musi się ustabilizować. Musi to być mądrzej zorganizowane. Lekarze wiele lat zarabiali kiepsko. Pielęgniarki zarabiały kiepsko. Rozumiem sytuację, że środowisko dziś się broni przed ograniczeniami. Wspólne decyzje powinny doprowadzić do tego, że to się ustabilizuje z korzyścią dla pacjenta.
Ten gość, o którym pani mówiła, jednak był radnym dzielnicy Ursus z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Radnym dalej jest, ale już nie z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Jeśli chodzi o to przekierowanie uwagi, o którym ja mówiłem, no to sama pani przyznała, że teraz idzie wajcha w drugą stronę. Teraz państwo na gwałt, próbują coś z kwestią zarobków lekarzy zrobić...
- Ja poproszę o sprostowanie. Pan mówi o legitymacji partyjnej. Tak. Jak skontrolujemy, to się okaże, że z każdą legitymacją partyjną lekarze mogli być w tej samej sytuacji.
Ten konkretny był w KO.
- Tak. Był. Nie jest. Jak pan zna idealne środowisko, gratuluję. Ludzie to ludzie. To nie jest usprawiedliwienie. Trzeba działać szybko, sprawnie, uciąć to i rozliczyć. Nie przekierowujemy tego. Przeciwnie, nie chcemy przekierowania opinii publicznej na medyków. To nie tak. Powiedziałam jasno, że od miesięcy Ministerstwo Zdrowia z lekarzami rozmawia o zarobkach i szuka rozwiązania. Zgoda musi być z obu stron.
O inną grupę zawodową chciałbym teraz zapytać. Dziś pierwsze czytanie ustawy o artystach, a konkretnie o zabezpieczeniu socjalnym, czyli dopłatach do emerytur dla artystów. Pomimo tego, że były jakieś spory polityczne na ten temat, to tak sobie wyobrażam, że dla większości obywateli nie ma sporu, że dopłaty do składek emerytalnych dla tych najsłabiej zarabiających artystów to jest coś dobrego. Dopłacamy ogromne pieniądze bez żadnego progu dochodowego rolnikom, górnikom, policjantom, żołnierzom, księżom i to nie jest cały katalog, innym też dopłacamy. Więc jak sądzę, tutaj nie ma takiego wielkiego sporu, ale wydaje mi się, że są dwa punkty zapalne. Po pierwsze, kto i jak ma decydować o tym, kto artystą jest, a kto nie jest. Jak to ma być rozwiązane?
- Pierwszy punkt zapalny to sytuacja analogiczna do lekarzy. Ktoś politycznie wystąpił w koszmarny sposób i zaczął podjudzać.
Mówimy o Konfederacji.
- Tak, kłamliwie. Ta ustawa dotyczy tylko artystów, którzy pracując w sposób projektowy mają tak niskie dochody, że nie stać ich na opłacanie składek. Mówimy o opłatach. Pieniądze trafią na konto ZUS i ubezpieczeniowe takiej osoby. Młoda pisarka czy muzyczka nie może sobie pozwolić na zajście w ciążę, bo nie ma opieki zdrowotnej – o to chodzi. Po drugie, w Polsce mamy skatalogowanych ponad 60 tysięcy artystów. Sytuacja, o której mówimy to około 20 tysięcy. To nie tak duża, ale ważna grupa społeczna. Liczymy na współpracę, żeby niesprawiedliwe wypowiedzi polityków były utrącane.
Kto zdecyduje, kto artystą jest, a kto artystą nie jest?
- Dziś mamy takie instytucje opiniujące. Będzie tu dwustopniowość. Będzie instytut, który we współpracy z organizacjami artystycznymi uzgodni katalog, kto może mieć ten status artysty zawodowego. Druga to instytucja opiniująca. Będą tam osoby ze środowiska, które będą oceniały wnioski. Ustawa nie będzie obligiem. Trzeba będzie o to wystąpić. Kto będzie chciał, będzie mógł z dopłaty korzystać. Wniosek będzie sprawdzany. To instytucja opiniująca, ona da rekomendacje i instytut przydzieli status. Taki status można uzyskać raz na pięć lat, a pomoc nie dłużej niż na 12 miesięcy i ona jest odnawiana. Jak osoba zainteresowana, będzie chciała dalej korzystać, składa wniosek i pieniądze będą wpływały na jej emerytalne konto.
Króciutko zapytam o ten próg dochodowy. To nie jest jednak tak, że to są przymierający tylko głodem ludzie. Ta pomoc emerytalna, dopłata do tych kont emerytalnych i ubezpieczeniowych ma objąć tych artystów, którzy w poprzednim roku nie przekroczyli 125% minimalnego dochodu. Artyści mają 50% kosztów uzyskania przychodu, więc teoretycznie jest możliwe, że artysta, który zarabia 9-10 tysięcy brutto to miesięcznie, będzie się kwalifikował do takich dopłat. Czy to nie jest za wysoki próg?
- Nie. To nie jest możliwe. Progi dochodowe są tak ustawione, że dopłata będzie do kwoty minimalnej.
Ktoś, kto zarabiał rok temu te 9-10 tysięcy, w tym roku kwalifikuje się, jeśli zarabia mniej.
- Co 12 miesięcy jest to kontrolowane. Jak zarobi mniej, dostanie dopłatę do najniższej kwoty ubezpieczenia. Będzie trzeba wystąpić, będą dwie instancje kontrolujące. Regulacja i kontrola co 12 miesięcy. Ktoś nagle wykona dzieło, odniesie sukces i nadal będzie dostawał pieniądze. Kontrolować będzie to ZUS i Administracja Skarbowa. To przejrzysty system.