Fot. ilustracyjne / pexels.com
„Już nie bardzo da się tak kierować Kościołem”
Gdyby biskup zadzwonił do pana po poradę przed kolejną taką zmianą, co mógłby mu pan doradzić?
Artur Sporniak: Jedna porada chyba nie wystarczy, bo tu chodzi o mentalność w kierowaniu Kościołem. Nasi biskupi od lat są przyzwyczajeni do takiego sposobu rządzenia, który nie uwzględnia świeckich, mimo że Kościół jest dla świeckich, a nie sam dla siebie.
Ponieważ struktury Kościoła w Polsce są bardzo klerykalne, biskupi rządzą po swojemu, nie zważając na to, co my, świeccy, o tym sądzimy. Po tej reakcji i po tym wydarzeniu widać jednak, że już nie bardzo da się w taki sposób kierować Kościołem.
Coraz większa jest świadomość współodpowiedzialności świeckich w Kościele i my się tej współodpowiedzialności domagamy, a przynajmniej szczegółowej informacji o posunięciach i decyzjach biskupa.
Pytanie, czy czas na transparentność i konsultacje z parafianami już nadszedł dla Kościoła? Czy Kościół jest na to strukturalnie gotowy?
Właściwie można powiedzieć, że jest. Coraz lepiej i głębiej zaczyna funkcjonować synodalność. Może nie wszędzie równie skutecznie, ale przynajmniej papież chce, żeby Kościół był coraz bardziej synodalny i robi, co może, by zmobilizować zarówno ludzi na dole, jak i biskupów w Kościołach lokalnych.
Powoli zmienia się przede wszystkim wizja Kościoła. Natomiast mentalność klerykalna jest bardzo głęboko zakorzeniona. Strukturalnie wspomaga ją to, że biskup właściwie przed nikim się nie rozlicza. Symbolicznie robi to co pięć lat, jadąc do Watykanu na tak zwane visita ad limina, czyli „do progów apostołów”, i tam zdaje sprawozdanie przed urzędami kurialnymi. Nikt jednak tak naprawdę nie sprawdza go na bieżąco, bo jego jedynym przełożonym jest papież. A biskupów na świecie jest ponad pięć i pół tysiąca. Ta papieska kontrola siłą rzeczy jest więc symboliczna. De facto papież każdego z nich nie rozlicza.
Biskup jest więc w swoim Kościele dość samodzielny i psychologicznie jest zrozumiałe, że może wybierać łatwiejsze rozwiązania.
Tutaj mamy jednak do czynienia z nieprostą sprawą. Wobec proboszcza są, jak wynika z komunikatów, jakieś poważne zarzuty. Biskup przyznał i oficjalnie poinformował, także w dzisiejszym oświadczeniu, że zostały przeprowadzone wszystkie procedury przewidziane przez Kodeks prawa kanonicznego.
Nie jest tak łatwo biskupowi usunąć proboszcza. Proboszcz jest chroniony przez prawo kanoniczne i może odwoływać się od decyzji biskupa. W tym przypadku biskup Pindel poinformował, że te procedury zostały dopełnione.
Proboszcz może odwołać się najpierw do odpowiedniej dykasterii, a następnie do Sygnatury Apostolskiej. Jeśli dykasteria stanie po stronie biskupa, pozostaje jeszcze Sygnatura Apostolska. Te dwie ścieżki zostały tutaj wykorzystane i biskup powołuje się na dekret Sygnatury. Wszystkie drogi odwoławcze zostały więc wyczerpane i proboszcz rzeczywiście musi poddać się tej decyzji.
Nie wiemy jednak, i to jest sedno sprawy, za co został odwołany.
„Nie wiemy, za co”
Zgadzam się z tym, że procedura została zachowana. Natomiast forma obwieszczenia jest tak anachroniczna, że należałoby zadać pytanie, dlaczego kurie tak uporczywie stosują politykę milczenia albo bardzo lakonicznych komunikatów. Z punktu widzenia zarządzania kryzysowego to najlepsza droga do tego, żeby potem dochodziło do sytuacji takich jak w Grojcu.
Mam na to jedną odpowiedź. Biskup Pindel powołuje się na to, że „ze względu na ochronę prywatności księdza Józefa Zborka o przyczynach odwołania może poinformować tylko sam zainteresowany”.
Moim zdaniem nie można tego w ten sposób tłumaczyć. Proboszcz nie pełni w Kościele prywatnej funkcji. To jest funkcja publiczna, urząd. Wszystko, co proboszcz robi w ramach tego urzędu, powinno być jasne i transparentne. Jeżeli dochodzi do nieprawidłowości, także bardzo poważnych, powinny one być jasno komunikowane wiernym.
Nie wiem, czego dotyczy ta konkretna sprawa, ale powtarzam: Kościół jest dla wiernych, dla świeckich, a nie dla księży proboszczów czy biskupów.
Tłumaczenie tego ochroną prywatności mnie nie przekonuje, bo ksiądz jako proboszcz nie występuje w roli osoby prywatnej. To jest właśnie efekt klerykalnego myślenia o Kościele: „my stanowimy pewną kastę i nawet jeśli ktoś coś zrobił, a my musimy go usunąć, to nie powiemy nikomu za co, bo będziemy chronić jego dobre imię”.
Takie myślenie ciągle istnieje i ono ludzi bulwersuje.
Oczywiście nie usprawiedliwia to przemocy. Z tego, co wiemy, wobec biskupa miało dojść do zachowań przemocowych. Natomiast gniew, pretensje i pytania wiernych są uzasadnione.
Biskup przerzuca niejako obowiązek poinformowania wiernych na samego zainteresowanego. Tymczasem jeżeli proboszcz zawinił podczas pełnienia urzędu, a tylko z powodów związanych z pełnieniem tego urzędu może być usunięty, powinno to zostać jasno powiedziane.
Nie można wszystkiego zasłaniać ochroną dobrego imienia, jeśli doszło do jakiejś nieprawidłowości.
Kryzys autorytetu biskupów
Czy pańskim zdaniem taki opór wiernych jest sygnałem głębszego kryzysu autorytetu biskupów?
Tak, myślę, że tak. Kościół jest w dość poważnym kryzysie autorytetu. Z jednej strony mamy skandale, które godzą w ten autorytet, zwłaszcza straszne skandale pedofilskie. Z drugiej strony rośnie świadomość tego, że Kościół funkcjonuje w sposób nieprawidłowy, klerykalny.
To nie jest prawdziwa wspólnota. Są jakby dwie wspólnoty: biskupio-kapłańska, czyli duchowieństwo osobno, i świeccy osobno. My rzeczywiście jesteśmy ciągle odsuwani na bok.
Mielibyśmy się cieszyć, że biskup podjął jakąś decyzję, i przyjąć ją z pełną ufnością, nie wiedząc nawet, czego ona dotyczy. To jest wręcz poniżające dla osób świeckich.
Jak takie kryzysy wpływają później na przyszłość parafii, w których dochodzi do podobnych sytuacji? Trudno powiedzieć, żeby budowało to zaufanie.
Oczywiście, że nie buduje zaufania. To tylko pogłębia podział między świeckimi a duchowieństwem.
To jest bardzo źle zarządzany kryzys. Jedyną dobrą stroną może być to, że inni biskupi będą uważnie przyglądać się tej sytuacji i nie będą popełniać podobnych błędów.