W Chrzanowie 11 lat temu doszło do referendum i było ono skuteczne. Pan był jednym z inicjatorów odwołania ówczesnego burmistrza. Jaka jest perspektywa Chrzanowa?
To była wyjątkowa sytuacja w skali referendów odwoławczych, które dzieją się w Polsce, ponieważ w sprawie referendum w Chrzanowie opowiedziały się właściwie wszystkie siły polityczne. Tam nie było podziału na rządzących i opozycję. Platforma ręka w rękę z Prawem i Sprawiedliwością, lokalnymi ugrupowaniami, stowarzyszeniami, ale przede wszystkim z mieszkańcami, którzy widzieli, że nowo wybrany burmistrz kompletnie sobie nie radzi.
Pomijam już sytuację, że parę miesięcy po wyborze pijany uciekał samochodem przed policją i spowodował wypadek. To już jest coś, co dyskwalifikuje. Ale poza tym emocjonalnie po prostu nie radził sobie na tej funkcji. Inicjatorem referendum była Rada Miejska w Chrzanowie i wszystkie siły polityczne za tym stały. To nie było tak, jak mam wrażenie dzisiaj w Krakowie, że jakaś opozycja próbuje wykorzystać to narzędzie do swojej politycznej walki. W takim przypadku referenda są często nieskuteczne. Opozycja ma prawo wykorzystywać każdą możliwość do odwołania prezydenta czy burmistrza, ale mieszkańcy potrafią sami ocenić, czy dany burmistrz albo prezydent sobie radzi, czy nie.
Zmieniłby pan coś w przepisach o referendach lokalnych?
Nie. Wydaje mi się, że to są dobre przepisy. Burmistrzowie i prezydenci to są jedyni urzędnicy wybierani przez ludzi, których można odwołać. Nie da się odwołać posła, nie da się odwołać ministra przez mieszkańców, a burmistrza można. Obecne przepisy, jak pokazuje przykład Chrzanowa, są w zupełności wystarczające. Ale do tego wymagana jest tak naprawdę większość mieszkańców, a nie jedna czy druga opcja polityczna, której nie podoba się obecnie rządzący.
To była sytuacja, która zmobilizowała mieszkańców Chrzanowa?
To, co wyczyniał ówczesny burmistrz, ale też to, czego nie robił. Wielu mieszkańców być może wybaczyłoby mu wybryk z jazdą po pijanemu i spowodowaniem wypadku. Natomiast nie można było mu wybaczyć tego, że to był czas stracony dla miasta. Nic się w mieście nie działo. Burmistrz nie miał wizji rozwoju miasta i nie potrafił zgromadzić wokół siebie ludzi, którzy chcieliby mu w tym pomóc. Nie było wtedy innego wyjścia. Całe szczęście, bo nie straciliśmy kolejnych czterech lat, ale i tak półtora roku byliśmy w plecy.
Jak pan dziś patrzy na to, co dzieje się w Krakowie? Jeśli referendum będzie wiążące i się powiedzie, może nastąpić efekt domina?
Myślę, że każde miasto ma swoją specyfikę. Nie wydaje mi się, żeby wynik w Krakowie wpłynął na inne miasta. Być może skuteczne referendum zachęci opozycję czy przeciwników politycznych urzędujących wójtów, burmistrzów i prezydentów do podobnych działań. Natomiast jeśli mam oceniać sytuację w Krakowie, to na pewno nie będę obiektywny, bo osobiście znam Aleksandra Miszalskiego i doceniam jego pracowitość oraz kompetencje. Nie jestem też mieszkańcem Krakowa. Nie przekładałbym jednak tego na całą Polskę, chociaż może to zachęcić politycznych oponentów do wykorzystywania tego narzędzia w bieżącej walce politycznej.
Dziki w mieście: „Bardzo bym chciał, żeby to była kompetencja burmistrza”
Co zrobi pan z petycją mieszkańców Chrzanowa, którzy domagają się humanitarnego programu zarządzania populacją dzików, a nie odstrzału?
– Będę mógł ją tylko przekazać do kompetentnych organów, bo polskie prawo jest tutaj dość precyzyjne. Bardzo bym chciał, żeby to była kompetencja burmistrza i bardzo bym chciał podjąć działania. Niestety ustawa mówi, że może to zrobić albo sejmik województwa, który może podjąć decyzję o odstrzale redukcyjnym dzików czy innej dzikiej zwierzyny, albo starosta, który może zdecydować o odłowie.
Sejmik Małopolski taką uchwałę podjął w marcu i czekamy na jej wykonanie. Z drugiej strony starosta może podjąć decyzję o odłowie z relokacją, ewentualnie odłowie z uśmierceniem albo odstrzale. Ja rozumiem ludzi. Te zwierzęta są niczemu niewinne. Nikt nie chce oglądać śmierci. Podoba mi się rozwiązanie, które wprowadził Kraków: specjalna klatka, do której ściąga się dziki, sygnał z aplikacji, ktoś tę klatkę zamyka, przyjeżdża samochód i wywozi dziki głęboko do lasu. To jest fajne rozwiązanie i na pewno będę o tym rozmawiał ze starostą.
Jaka jest skala problemu?
– Na terenie powiatu działa sześć kół łowieckich. W zeszłym roku ich plan odstrzału wynosił niespełna 400 dzików. Wykonały ten plan, przekraczając go trzykrotnie, czyli odstrzelono ponad 1200 sztuk dzika. Mimo to mamy tyle dzików w mieście. To pokazuje, że w tej części Małopolski nie mamy problemu ASF, z którym borykają się inne części Polski. Tam populacja dzika została przez chorobę zdziesiątkowana, a u nas wzrosła. U nas dzikom jest naprawdę bardzo dobrze, a w mieście czują się bezpiecznie. Mają jedzenie, nikt do nich nie strzela, nikt ich nie przepędza. Mamy coraz więcej rodzin dzików, które rodzą się w mieście i życia poza miastem nie znają.
Warszawa eksperymentuje ze środkami antykoncepcyjnymi dla dzików. Chrzanów też mógłby pójść w tym kierunku?
– Czytałem, że chyba na Uniwersytecie Jagiellońskim prowadzone są badania w tej sprawie. Podjęliśmy decyzję, że spróbujemy się skontaktować z uniwersytetem. Być może jako miasto będziemy mogli uczestniczyć w jakimś pilotażu, bo to rzeczywiście bardzo ciekawe.
Problem z dzikami narasta od niedawna?
– Narasta od 2024 roku i na pewno w jakiś sposób jest to związane z decyzją Regionalnej Izby Obrachunkowej. Do 2023 roku jako gminy przekazywaliśmy środki finansowe z naszych budżetów na działania związane z odłowem i odstrzałem redukcyjnym dzików. Regionalna Izba Obrachunkowa powiedziała nam wprost, że jako gminy nie możemy wydawać własnych środków na to zadanie, bo to jest zadanie państwa. Musi być realizowane przez starostę lub sejmik, ale finansowane przez wojewodę. Od 2024 roku nie możemy już przekazywać na ten cel pieniędzy i właśnie wtedy problemy z dzikami zaczęły narastać.
Mieszkania, strefa inwestycyjna i problem z prądem
Jakie jest dziś saldo migracyjne Chrzanowa?
Przez ostatnie dekady było ujemne. Miasto przez ostatnich 30 lat straciło kilka tysięcy mieszkańców, około 10 procent populacji. Przez wiele lat nie powstawały u nas żadne nowe mieszkania. Dla mnie jednym z trzech kluczowych filarów rozwoju miasta było postawienie na budownictwo mieszkaniowe – zarówno społeczne, jak TBS czy SIM, jak i deweloperskie, czyli mieszkania własnościowe.
W ciągu ostatnich paru lat powstało w Chrzanowie 600 nowych mieszkań. Wszystkie poszły na pniu. To pokazuje, że Chrzanów jest atrakcyjnym miejscem do życia. Mamy znakomitą lokalizację między Krakowem i Katowicami. W 26 minut można dojechać pociągiem z centrum Chrzanowa do centrum Krakowa, a ceny mieszkań są dwukrotnie niższe. Jest też bliskość natury, choć ostatnio natura aż za bardzo wchodzi do miasta, jeśli mowa o dzikach. Są lasy, trasy rowerowe, zbiorniki wodne. Naprawdę jest gdzie odpoczywać po pracy.
Ale blok budowany w ramach SIM-u miał być oddany wcześniej, a niewiele się dzieje.
Termin był raczej na pierwszy kwartał 2026 roku. Niestety jest przedłużony i do dziś nie wiem, do kiedy, ze względu na to, że nie mamy przyłącza prądu. To kolejny przykład inwestycji miejskiej, która czeka na przyłącz. Niedawno otwieraliśmy Chrzanowskie Błonia, centrum rekreacyjno-wypoczynkowe dla mieszkańców, które też przez kilka miesięcy gotowe czekało na przyłącze prądu, żeby można było podłączyć latarnie, monitoring i odebrać inwestycję przez uprawnione organy. To samo dzieje się teraz przy budynku SIM przy ulicach Zielonej i Mieszka I. Czekamy na przyłącz prądu, żeby móc dokonać odbiorów.
Tauron, kiedy przychodzi do niego inwestor po przyłącz prądu, najczęściej daje umowę, że ten przyłącz powstanie w ciągu dwóch lat, a my z inwestorem mamy na przykład 12 miesięcy na zrealizowanie inwestycji. To pokazuje pewne absurdy.
Chrzanów planuje budowę trzech nowych osiedli, w tym jednego samorządowego, i rozwija Chrzanowską Strefę Inwestycyjną. Jak inwestować, skoro są takie problemy z energią?
Strefa to bardzo ważny krok w kierunku rozwoju miasta. Przy autostradzie A4 przygotowaliśmy plan zagospodarowania przestrzennego, teraz budujemy drogi. Na ten moment mamy wystarczającą ilość energii na strefie, ale to zależy od tego, jacy inwestorzy się zgłoszą. Jeśli pierwszy inwestor będzie bardzo energochłonny, na przykład zakład z mrożonkami czy chłodniami, może nam wyczerpać cały obecny limit. Wtedy problem z prądem znowu się pojawi.
To pokazuje, jak spółki Skarbu Państwa, Tauron i inne w różnych częściach kraju, muszą jeszcze inwestować, żeby ułatwić życie samorządowcom. Mamy pomysły, mamy pieniądze na realizację inwestycji, a często borykamy się z tym, że brakuje mediów, brakuje prądu.
Jaka branża jest najbardziej zainteresowana Chrzanowską Strefą Inwestycyjną? Automotive?
Na dziś pytań jest sporo. Czasami nie wiemy, jakiej branży dotyczą, bo zgłasza się deweloper, który będzie budował zakład dla konkretnego inwestora, ale jeszcze nie zdradza, kto to będzie. Pewne jest jedno: w planie zagospodarowania przestrzennego mamy zapis, że wykluczamy inwestycje zawsze znacząco oddziałujące na środowisko. Takich inwestycji u siebie nie chcemy.
Patrząc na to, co już dziś jest w Chrzanowie i okolicy, także w Jaworznie, Tychach czy Bielsku-Białej, automotive jest dość mocną branżą i jednym z kluczowych segmentów przemysłu całej Małopolski. Nie wykluczam, że kolejne firmy z tej branży będą chciały lokować zakłady na naszym terenie, zwłaszcza że w sąsiednim Jaworznie powstaje duża fabryka samochodów elektrycznych, która będzie potrzebowała dostawców części i komponentów.
Duże jest też zainteresowanie firm deweloperskich przygotowujących hale magazynowe. Przy lokalizacji przy A4, między Niemcami a Ukrainą, centra logistyczne zawsze będą chciały inwestować. Dla mnie jednak bardziej wartościowym inwestorem jest zakład produkcyjny – inwestycja w środki trwałe i miejsca pracy. W przemyśle i produkcji tych miejsc pracy jest zawsze więcej niż w obsłudze centrów logistycznych.