Ojciec, który wychowywał księżniczkę
Agnieszka Osiecka całe życie próbowała pogodzić ogromny talent, emocjonalny głód i potrzebę wolności. To kobieta, która fascynowała mężczyzn, ale jednocześnie nie potrafiła przy nich zostać. Jeremi Przybora nazywał ją Ondyną, Jerzy Giedroyc Kikimorą.
Te sformułowania są właściwie tożsame, bo opisują boginkę z bagien, która jest młoda, urocza, potrafi uwieść właściwie każdego. I w momencie, kiedy mężczyzna straci głowę, ona znika, zostawia go z niczym – mówi Joanna Podsadecka.
Poetka przez całe życie uciekała od rutyny, od stabilizacji, czasem także od ludzi, których kochała. Opowieść o Osieckiej zaczyna się od jej relacji z ojcem – Wiktorem Osieckim. To właśnie on miał stworzyć fundament jej osobowości. Po wojnie, gdy wrócił z rodziną do zrujnowanej Warszawy, postanowił wychować córkę inaczej niż wszyscy. W czasach biedy zdobywał dla kilkuletniej Agnieszki mikroskop, wysyłał ją na lekcje języków obcych, tenisa i pływania. Dbał o jej rozwój intelektualny, pilnował, by czytała ambitne książki i chłonęła kulturę. Jednocześnie odcinał ją od polityki i emocjonalnej bliskości.
Dzisiaj wydaje nam się, że to powojenne pokolenie słabo radziło sobie z mówieniem o uczuciach. Raczej działaniami wyrażali uczucia do własnych dzieci. Agnieszka miała głód czułości ze strony rodziców, szukała wzmocnień na różne sposoby – dodaje.
Wiktor Osiecki wpajał córce przekonanie, że musi radzić sobie sama. Mówił jej o kaście panów i niewolników, tłumacząc, że daje jej kompetencje pozwalające nigdy od nikogo nie zależeć. To doświadczenie miało później odbić się na całym życiu poetki. Osiecka od najmłodszych lat prowadziła obsesyjnie dokładne zapiski. Analizowała własne emocje, opisywała zauroczenia, rozczarowania i lęki. Już jako nastolatka notowała tysiące stron rocznie.
STS i pokolenie "pancernych motyli"
Prawdziwe życie Agnieszki Osieckiej zaczęło się jednak w warszawskim STS-ie, czyli Studenckim Teatrze Satyryków. To tam znalazła przyjaciół, środowisko intelektualne i poczucie wspólnoty. – "Oni wierzyli jeszcze w socjalizm z ludzką twarzą. Dosyć szybko przekonali się, że nie jest on możliwy, ale wtedy byli młodymi ludźmi, którzy chcieli zmieniać świat" – dodaje. Dyskutowali o polityce, tworzyli satyryczne programy, wyśmiewali absurdy socrealizmu i marzyli o zmianie świata. Początkowo czuła się wobec polityki niepewnie, ojciec skutecznie izolował ją od wiedzy o realiach PRL-u, ale chłonęła atmosferę środowiska.
To wtedy zaczęła się także wielka miłość jej pokolenia do Mazur. Stały się one miejscem pierwszych romansów, przyjaźni, rozmów do rana i artystycznych planów. Tam rodziło się pokolenie nazwane później przez Osiecką "pancernymi motylami", czyli ludźmi naznaczonymi wojną, żyjącymi szybko i intensywnie, jakby jutro mogło nie nadejść.
Hłasko, Przybora i mężczyźni, którzy ją rozumieli
W życiu Osieckiej pojawiło się wielu wybitnych mężczyzn, ale nie wszystkie relacje były wielkimi miłościami. Marek Hłasko, wokół którego przez lata narosła legenda romantycznego związku z poetką, był dla niej przede wszystkim duchowym bliźniakiem.
Oni sobie zmyślili tę miłość. Czuli się bezpiecznie w swoim towarzystwie, bo rozumieli osobowości o dwoistej naturze – mówi.
Ich relacja opierała się na intelektualnym porozumieniu, fascynacji talentem i ogromnym zaufaniu. Hłasko pisał do niej dramatyczne listy z emigracji, a Osiecka wspierała go nawet jako nieformalna menadżerka. Zupełnie inny charakter miała relacja z Jeremim Przyborą. Między nimi wybuchło prawdziwe uczucie, które przeszło do historii polskiej kultury również dzięki niezwykłej korespondencji. To właśnie dla Przybory Osiecka napisała "Na całych jeziorach ty", a on odpowiadał jej tekstami Kabaretu Starszych Panów. Problem polegał na tym, że Przybora chciał stabilizacji, a Osiecka panicznie bała się udomowienia. Przybora nie potrafił zrozumieć jej potrzeby oddalania się. Dla Osieckiej miłość często była intensywniejsza wtedy, gdy pozostawała niespełniona.
Lata 60. przyniosły Osieckiej serię dramatycznych strat. Ginęli jej przyjaciele i ludzie ważni dla całego pokolenia. W 1967 roku pod kołami pociągu zginął Zbigniew Cybulski. Dwa lata później umarli Marek Hłasko i Krzysztof Komeda, a Bogumił Kobiela zginął w wypadku motocyklowym. Wojciech Frykowski został zamordowany przez bandę Charlesa Mansona w domu Romana Polańskiego.