Od jakiegoś czasu w przestrzeni publicznej można spotkać się z określeniami takimi jak „psyn”, „psórka” czy „psiecko”. Coraz więcej młodych ludzi określa tak swoje zwierzęta, deklarując w ten sposób swoje przywiązanie i traktowanie czworonoga jako pełnoprawnego członka rodziny. I postawię to pytanie, znane z jednego z głośnych tekstów: czy „psiecko” to nowe dziecko?
Absolutnie nie. Myślę sobie, że to, iż rzeczywiście dość powszechnie używamy obecnie takich określeń jak „psyn”, „psiecko”, „psórka”, wywołało oczywiście panikę moralną, zwłaszcza ze strony, którą można nazwać – w uproszczeniu – stroną konserwatywną. Natomiast to przecież nie jest tak, że osoby, które lubią zwierzęta, osoby, które decydują się na zwierzęta, to są automatycznie osoby, które zastępują sobie ludzkie dzieci psami.
Dowodzi tego chociażby statystyka. Okazuje się mianowicie, że psy częściej posiadają te kobiety, które – poza psami – mają dzieci, niż kobiety, które są bezdzietne. Dlaczego tak się dzieje? Ano między innymi dlatego, że pies jest, o czym wiele matek doskonale wie, doskonałym towarzyszem dziecięcych zabaw i że obecność psa w domu sprzyja rozwojowi dziecka.
Zatem nie można powiedzieć, że psy jakoś masowo zastępują Polakom czy Polkom dzieci. Oczywiście na pewno zdarzają się takie sytuacje, kiedy ta więź z czworonogiem jest na tyle silna, że nie ma tam miejsca właściwie na żadną inną relację. Pewnie zdarzają się również takie sytuacje, kiedy ktoś, kto na przykład nie ma dzieci, a bardzo chciałby je mieć, tę swoją miłość i przywiązanie przekłada na psa. Natomiast znowu – to nie pies będzie w cudzysłowie „winowajcą”. Ta osoba po prostu nie spełniła swoich prokreacyjnych planów, chociażby z powodu niemożności zajścia w ciążę. Wiemy, że na chwilę obecną jedna piąta polskich par mierzy się z niepłodnością.
Czy to zjawisko nie ma wpływu na dramatyczny spadek dzietności w Polsce?
Myślę sobie, że taka narracja jest tak zwanym strzelaniem do chochoła. To jest oczywiście tworzenie sobie wroga, tworzenie pewnego zjawiska, które tak naprawdę nie występuje. Bardzo atrakcyjne byłoby powiedzenie, że przyczyną kryzysu demograficznego czy też implozji demograficznej są psy. Albo że są nią „te złe kobiety”.
Bardzo kuszące jest myślenie, że istnieje jedna przyczyna i że tą przyczyną jest nadmiar psów w społeczeństwie – uczłowieczonych psów, które zastępują dzieci. Albo że przyczyną jest lenistwo czy też roszczeniowość, bardzo modne słowo w odniesieniu do młodych kobiet.
Tymczasem, jak każdy społeczny problem i jak każda społeczna zmiana, spadek dzietności ma wiele różnych przyczyn. Zmiany kulturowe, które nastąpiły, są tylko jedną z nich. Innymi kwestiami są chociażby problem z mieszkalnictwem, problem z ochroną zdrowia, powszechność niepłodności, której leczenie jest często bardzo drogie, wielowymiarowe i nie każdy może sobie pozwolić na jego sfinansowanie.
Problemem jest również samotność młodych Polek i Polaków. Wiele mówi się obecnie o samotności mężczyzn, natomiast pamiętajmy, że wiele kobiet, które nawet chciałyby założyć rodzinę, często ma trudność ze znalezieniem odpowiedniego partnera, który byłby potencjalnie również zaangażowanym ojcem.
Rozumiem, że wygodnie jest mówić o tym, że przez psy w Polsce nie ma dzieci. Jak każde uproszczenie, bywa to jednak szkodliwe i absolutnie nie rozjaśnia stanu faktycznego.
Dominująca strona konserwatywna mówi o modzie na emancypację kobiet i odkładanie decyzji o macierzyństwie. Z kolei media określane skrótowo jako lewicowe wskazują na brak elastycznych związków partnerskich, brak legalnej aborcji czy refundowanych zabiegów in vitro. To wszystko jest dodatkowo scementowane przez Kościół rzymskokatolicki. To również przyczynia się do tego, że kobiety w Polsce nie chcą mieć dzieci.
Jeżeli przyjrzymy się mapie Europy, zauważymy, że w krajach, w których jest większa równość – a równość ma wiele różnych wykładników – rodzi się więcej dzieci.
Myśli pani przede wszystkim o krajach skandynawskich?
Myślę chociażby o krajach skandynawskich, które często są przywoływane jako pozytywny przykład – i myślę, że akurat w tym kontekście jest to adekwatne. Zresztą nie tylko Polska znajduje się w ogonie Europy, jeżeli chodzi o dzietność. Tam, gdzie jest większa równość, tam rodzi się więcej dzieci.
Prawdopodobnie dlatego, że kobiety wiedzą, iż nie są pozostawione same sobie z wychowaniem. Co ciekawe, statystycznie na tle Europy Polki dość wcześnie rodzą pierwsze dziecko – o ile w ogóle rodzą. Problem polega na tym, że czasami, oczywiście bywa to świadomy wybór, ale czasami kobiety po prostu nie decydują się na kolejne dzieci, ponieważ są rozczarowane tym, jak wygląda życie z jednym dzieckiem: długie kolejki do lekarzy dziecięcych, wysokie czynsze, niedobór przedszkoli czy żłobków, a także trudności związane z powrotem do pracy po urlopie macierzyńskim czy wychowawczym.
Jeżeli kobieta nie czuje się bezpiecznie, a obok siebie nie ma partnera, który będzie z nią dzielił odpowiedzialność, staje się zrozumiałe, że nie decyduje się na dalsze powiększanie rodziny.
Jeżeli odniesiemy się do głośnego plakatu, który wywołał wiele emocji – jestem nim zafascynowana, oczywiście jako negatywnym zjawiskiem – to myślę, że nawet osoby, które go powiesiły czy udostępniały, raczej nie wierzą, że taki przekaz skłoni kogoś do posiadania dzieci. Nie sądzę, by jakaś kobieta porzuciła swojego psa – oby tego nie robiła, psów się nie porzuca – i nagle zdecydowała się na bycie matką wielodzietnej rodziny.
To raczej sposób na skanalizowanie frustracji, na dopieczenie kobietom, na wyżycie się na tych, które nie chcą realizować czyjejś wizji i rodzić dzieci „dla narodu”. Przypomnijmy przy tym, że nie jest tak, iż wszyscy mężczyźni pałają chęcią posiadania licznego potomstwa. Według jednego z ostatnich badań mężczyźni częściej niż młode kobiety deklarują chęć posiadania dzieci, ale to wciąż nie oznacza, że dziewięćdziesiąt procent polskich mężczyzn marzy o wielodzietnej rodzinie i chce brać za nią odpowiedzialność.
W tradycyjnej kulturze mamy też obraz Matki Polki, a macierzyństwo bywa przedstawiane jako ofiara, wyrzeczenie i rezygnacja. Czy taka kalka kulturowa również może zniechęcać do prokreacji?
Myślę, że tak. Przy czym przekaz werbalny to tylko jedna strona medalu. Jeżeli młode kobiety pamiętają obraz swoich umęczonych matek, które po ośmiu, a czasem dłuższych godzinach pracy wracały do domu na drugi etat, sprzątały, gotowały i często same zajmowały się dziećmi, podczas gdy ojcowie byli nieobecni, to nie chcą tego powtarzać.
Nie chcą samodzielnie, a często bardzo samotnie mierzyć się z wyzwaniami macierzyństwa. Prawdą jest, że rodzicielstwo wymaga poświęceń i że jako rodzice zrzekamy się części autonomii. Ale jeśli kobiety są w tym same, nie otrzymują wsparcia od partnerów i pamiętają taki obraz z własnych domów rodzinnych, to obawiają się, że u nich mogłoby wyglądać to dokładnie tak samo.
Zwłaszcza że dziś istnieje wiele alternatyw dla spełnienia się w życiu. Nie musimy mieć dzieci po to, by ktoś podał nam szklankę wody na starość.
Ktoś się znajdzie.
Znajdzie się i tę wodę poda. Dlatego taki obraz macierzyństwa nie wydaje się atrakcyjny. Z jednej strony mamy w mediach społecznościowych wyreżyserowane kadry idealnych matek i zawsze uśmiechniętych dzieci, z drugiej – realne doświadczenie, które bywa trudniejsze i bardziej frustrujące. Kobieta po urodzeniu pierwszego dziecka często myśli: „Co jest ze mną nie tak?”, skoro jej macierzyństwo nie wygląda jak u celebrytek.
Być może dlatego nie decyduje się na kolejne dziecko. Myślę, że tym, czego potrzebujemy – oczywiście w odniesieniu do kobiet, które tego chcą – jest pokazywanie autentycznego obrazu macierzyństwa oraz dążenie do partnerstwa. Trzeba też przypominać młodym mężczyznom, że chcieć mieć dziecko to coś więcej niż chcieć mieć zwierzątko w wieku pięciu lat. Dzieckiem trzeba się opiekować – to nie jest chomik, którego można powierzyć starszemu bratu.
Jest pani mamą trójki dzieci i psychoterapeutką. Czy bycie mamą i jednocześnie bardzo aktywną zawodowo kobietą jest możliwe dzięki wsparciu męża?
Oczywiście, że tak. Bez wsparcia męża nie byłoby możliwe ani satysfakcjonujące macierzyństwo – przynajmniej nie w takim wymiarze – ani realizacja zawodowa. Chylę czoła przed wszystkimi rodzicami, którzy mierzą się z rodzicielstwem samodzielnie. Mówię to autentycznie. Mnie obecność męża bardzo ułatwia życie i jest dla mnie niezwykle wspierająca.
Nie ma jednej recepty na zachęcenie ludzi do posiadania dzieci. Nie odważyłaby się pani na coś takiego?
Nie. Jako społeczeństwo doszliśmy do momentu, w którym wiemy, że dzieci nie są obowiązkiem ani jedynym sposobem osiągnięcia życiowego spełnienia. Nie każdy musi być rodzicem i jeżeli ktoś nie chce mieć dzieci, ma do tego prawo.
Narracje prodzietnościowe mają sens wtedy, gdy są kierowane do osób, które chciałyby mieć dzieci, ale się boją – na przykład tego, że popełnią te same błędy co ich rodzice. Wtedy ważne jest usłyszenie: „Nie jesteś swoją mamą ani swoim tatą. Możesz to zrobić inaczej. Tu znajdziesz wsparcie”.
Natomiast hasła w rodzaju „musisz mieć dzieci, bo ojczyzna tego potrzebuje” przywodzą na myśl bardzo mroczne okresy historii. Rodzenie dzieci dla narodu nie jest drogą, do której chcielibyśmy wracać.
Prodzietnościowe jest natomiast mówienie przyszłym rodzicom, że mają prawo prosić o pomoc, że nie muszą być idealni i że ich potrzeby nie znikają w momencie narodzin dziecka.
I wreszcie – ogromnie ważne jest to, co dzieje się na polskich porodówkach. Fundacja Rodzić po Ludzku regularnie publikuje raporty, z których wynika, że wciąż w wielu szpitalach ma miejsce przemoc położnicza. Prodzietnościową narracją jest mówienie kobietom: „Masz prawo być traktowana z szacunkiem”.