To jest takie robienie z igły, to już nawet nie wideł, ale całego parku maszynowego. Rzeczywistość jest znacznie mniej epicka, za to dużo bardziej absurdalna. Jak już wejdziemy w te artykuły, to się okaże, że Peter Magyar wcale nie chce unieważnić wyborów w całych Węgrzech i nie wywraca stolika w Budapeszcie, a gra toczy się o jedno konkretne miejsce na mapie. Niewielki, urokliwy Sárvár.
Poszło o błąd w Matrixie. Wyobraźmy sobie, że wchodzimy do lokalu, bierzemy kartę, a tam dwóch Peterów Magyarów. Jeden to ten prawdziwy lider opozycji partii Tisza, a drugi to kandydat "niezależny", który czystym przypadkiem nazywa się identycznie, taki polityczny brat-bliźniak nadany z urzędu.
Ten drugi Magyar dziwnym trafem orbituje bardzo blisko Fideszu. Efekt? Ludzie zamiast na lidera opozycji, masowo oddawali głosy na jego imiennika, a sam Magyar mówi krótko - to ordynarne robienie ludzi w konia i dlatego żąda powtórki, ale tylko w tym jednym okręgu.
Mamy typowy clickbait, bo nagłówek powinien brzmieć "Magyar, że chce powtórzyć wybory w jednym okręgu", a nie sugerować powtórki w całym kraju. Niestety taka jest polityka portali goniących za kliknięciami. Pod wielkim wybuchem często kryje się po prostu sprytny, lokalny przekręt. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach.
Mamy szansę w starciu z takimi haczykami? Da się przed tymi clickbaitami uciec albo jakoś bronić? Najprostszą metodą świata jest spokój. Jeśli nagłówek krzyczy do nas - szok, skandal i czujemy, że skacze nam ciśnienie, to jest znak, że właśnie połknęliśmy haczyk.
Emocja to najgorszy doradca. Prawda zazwyczaj jest nudniejsza niż krzykliwy tytuł. Nie dajmy się złowić.