To co teraz dzieje się w krakowskim internecie to jest podręcznikowy straszek. Ktoś wziął wielką polityczną zmianę, podlał ją gęstym sosem z ludzkich lęków i próbuje wmówić, że po krakowskim referendum nadejdzie koniec świata. Otóż nie nadejdzie.
Zacznijmy od tego mitycznego komisarza, którym teraz straszy się na krakowskich osiedlach. Ludzie słyszą "komisarz" i myślą - oho, przyjedzie ktoś z Warszawy w czarnym garniturze, zamknie urząd na kłódkę, a klucze wrzuci do Wisły, albo mylą go z komisarzem wyborczym, który liczy głosy.
Otóż nie. Do Krakowa przyjedzie komisarz rządowy, którego zadaniem nie jest likwidacja miasta, ale "bycie wypożyczonym menadżerem". Ma po prostu pilnować, żeby w tramwajach był prąd, żeby śmieciarki jeździły i żeby urzędnicy wypłacali pensje, dopóki w przedterminowych wyborach - pewnie pod koniec lata - nie wybierzemy nowego prezydenta.
Przykład? Już w zeszłym tygodniu w internecie krążyły fake newsy o likwidacji 63 Centrów Aktywności Seniora. Te Centra nie działają jednak "na gębę", ani na kaprys odwołanego właśnie prezydenta. One działają na podstawie twardych, podpisanych umów cywilnoprawnych z organizacjami pozarządowymi. Co więcej, pieniądze na ten cel nie leżą w szufladzie w gabinecie prezydenta. One są już dawno zabezpieczone w budżecie miasta, ostemplowane przez skarbnika i prawnie zaklepane.
Komisarz rządowy, który wejdzie do urzędu, automatycznie staje się stroną tych umów. Gdyby nagle zechciał je zerwać, złamałby prawo. Straszenie paraliżem miasta i zabieraniem dotacji to jest zgrana płyta, którą politycy wyciągają przy każdym lokalnym referendum w Polsce. Przerabialiśmy to już w wielu miejscach i scenariusz zawsze jest taki sam. Urzędy działają normalnie.