Korepetycje przestały być usługą dla nielicznych
Jeszcze kilkanaście lat temu korepetycje kojarzyły się przede wszystkim z uczniem, który miał trudności z matematyką, przygotowywał się do matury z konkretnego przedmiotu albo planował dostać się na wymagający kierunek studiów. Dzisiaj obraz jest znacznie bardziej skomplikowany. Rynek korepetycji rozrósł się do ogromnych rozmiarów, a jego wartość może sięgać nawet 7,5 mld zł rocznie. Przeciętne wydatki rodziców mają wynosić około 1000 złotych miesięcznie, choć rzeczywiste koszty są bardzo zróżnicowane. W dużych miastach, szczególnie w przypadku przedmiotów wysoko punktowanych przy rekrutacji i maturze, stawki mogą być zdecydowanie wyższe. Zmienił się również sam model korepetycji.
W ostatnim czasie rynek mocno się rozwinął w związku z AI, pandemią i z tym, że rodzice mają trochę więcej pieniędzy i chcą przygotować dziecko jak najlepiej do dorosłego życia – mówi Artur Pasek.
Jeżeli rodzic uważa, że bez dodatkowych lekcji dziecko nie będzie w stanie osiągnąć wyniku wystarczającego do dostania się do wymarzonego liceum albo na studia, publiczna szkoła przestaje być dla niego jedynym miejscem zdobywania wiedzy. Powstaje edukacyjny paradoks. Szkoła pozostaje obowiązkowa i powszechna, ale część rodzin zaczyna dokupować dodatkową edukację, aby dziecko mogło skutecznie konkurować z rówieśnikami. Ci, którzy mają większe możliwości finansowe, mogą kupić więcej czasu nauczyciela, dostęp do kursów, materiały i indywidualną pomoc. W efekcie nierówności ekonomiczne mogą przekładać się na nierówności edukacyjne. Nie oznacza to oczywiście, że każde dziecko korzystające z korepetycji jest do tego zmuszane przez system albo że każda dodatkowa lekcja świadczy o słabości szkoły. Korepetycje mogą być wartościowym narzędziem, ponieważ pozwalają nadrobić zaległości, rozwinąć zainteresowania albo przygotować się do bardzo wymagającego egzaminu. Kłopot pojawia się wtedy, gdy korepetycje stają się warunkiem normalnego funkcjonowania ucznia w systemie.
Egzamin ósmoklasisty jako punkt zapalny
Istotny jest problem egzaminu ósmoklasisty. Gdy wynik zewnętrznego egzaminu ma istotne znaczenie przy rekrutacji do szkoły ponadpodstawowej, rodzice zaczynają traktować przygotowanie do niego jako sprawę strategiczną. Jeżeli kilka punktów może zdecydować o tym, czy dziecko dostanie się do wymarzonego liceum, presja na poprawienie wyniku rośnie.
Myślę, że jeszcze jako społeczeństwo nie dojrzeliśmy do tego, aby nie oceniać się po zawodzie, który wykonujemy. W związku z tym po stronie rodziców często taka presja jest, że muszę swojemu dziecku zapewnić jak najlepszy start w życiu i pokierować je tak, by zdobyło zawód, który będzie najbardziej prestiżowy – dodaje.
Rodzic słyszy, że inni rodzice płacą za dodatkowe zajęcia. Uczeń dowiaduje się, że koleżanki i koledzy chodzą na matematykę, angielski czy chemię. Pojawia się przekonanie, że skoro "wszyscy" korzystają z korepetycji, to rezygnacja z nich oznacza start z gorszej pozycji. Wtedy korepetycje przestają być odpowiedzią na konkretną potrzebę edukacyjną. Stają się elementem konkurencji.
System edukacji w Polsce nie premiuje najbardziej uzdolnionych uczniów. Jest to bolączka, którą ministerstwo zauważa, ale jest już program, który będzie temu przeciwdziałał. Chcemy dać szansę wszystkim uczniom – mówi.
Jeżeli uczeń po lekcjach musi zapłacić za dodatkowe zajęcia, aby zrozumieć materiał, którego nie opanował podczas obowiązkowych lekcji, trudno całkowicie uciec od pytania o jakość pracy szkoły. Polska szkoła funkcjonuje w warunkach niedoboru nauczycieli. Dyrektorzy często mają ograniczony wybór kandydatów, a średnia wieku pedagogów jest wysoka. Do tego dochodzą przemęczenie, frustracja, problemy organizacyjne i presja związana z realizacją programu. W takim środowisku jakość nauczania nie może być traktowana jako jedynie kwestia indywidualnego zaangażowania nauczyciela.
Największym problemem może rywalizacja
Ambicja sama w sobie nie jest problemem. Chęć osiągania celów, rozwijania się i podejmowania trudnych wyzwań jest jedną z najważniejszych sił napędzających edukację. Problem pojawia się wtedy, gdy ambicja zostaje zamieniona w nieustanną rywalizację. Wtedy sukces jednego dziecka oznacza potencjalną porażkę drugiego. Dostanie się do konkretnego liceum staje się dowodem wartości ucznia.
Ambicja jest czymś pozytywnym. Rozmowę rozpoczęliśmy od konkurencyjności, która – moim zdaniem – w systemie edukacji w Polsce jest za duża. Rywalizacja prowadzi do zachowań rodziców, którzy chcą przychylić nieba swojemu dziecku i dać tyle korepetycji, ile to możliwe – mówi.
Problem presji szczególnie dobrze widać podczas rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. W Krakowie co roku pojawia się problem uczniów, którzy nie znajdują miejsca w najbardziej obleganych szkołach. Jednocześnie globalnie miejsc w szkołach ponadpodstawowych ma wystarczać dla wszystkich uczniów. Różnica polega na tym, że nie każdy może dostać się tam, gdzie chce. Część uczniów i rodziców traktuje liceum jako oczywisty pierwszy wybór, nawet jeśli dziecko mogłoby znacznie lepiej odnaleźć się w technikum albo szkole branżowej. Maturę można zdać również po technikum, a odpowiednia ścieżka zawodowa może połączyć wykształcenie ogólne ze zdobyciem konkretnego fachu. Problemem jest jednak społeczny prestiż poszczególnych dróg edukacyjnych. Jeżeli liceum jest postrzegane jako "lepsza" szkoła, a technikum jako rozwiązanie dla tych, którzy nie dostali się do liceum, rodzice będą walczyć o miejsce w liceach nawet wtedy, gdy niekoniecznie jest to najlepszy wybór dla ich dziecka.