Sprawa byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego wykracza już daleko poza pytanie o to, gdzie przebywa polityk i czy polski wymiar sprawiedliwości zdoła doprowadzić go przed sąd. W tle pojawiają się kwestie bezpieczeństwa państwa, odpowiedzialności osób posiadających dostęp do ponadstandardowej wiedzy, a także kondycji instytucji, które mają strzec praworządności. O prawnych i politycznych konsekwencjach tej sprawy mówił w Radiu Kraków mecenas Piotr Rachwał z Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego.
Ewentualny pobyt byłego wiceministra na terenie Naddniestrza, pozostającego poza kontrolą władz Mołdawii i silnie związanego z Rosją, musi budzić poważne pytania. Rachwał zwracał uwagę, że osoba, która pełniła wysoką funkcję w Ministerstwie Sprawiedliwości, może dysponować wiedzą interesującą dla obcych służb. W jego ocenie przebywanie polityka na obszarze kontrolowanym przez struktury powiązane z Rosją rodzi również ryzyko wykorzystania go w wojnie informacyjnej.
Prawnik porównał tę sytuację do wcześniejszych przypadków osób związanych z polskim wymiarem sprawiedliwości, które po wyjeździe na Wschód zostały wykorzystane propagandowo. Jego zdaniem podobnego scenariusza nie można wykluczyć również tutaj.
List żelazny zamiast aresztu
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy był wniosek o wydanie Romanowskiemu listu żelaznego. To instytucja prawa karnego procesowego, która pozwala podejrzanemu lub oskarżonemu odpowiadać z wolnej stopy, pod warunkiem że pozostaje do dyspozycji organów i nie utrudnia postępowania.
Jak tłumaczył mecenas Rachwał, list żelazny oznacza w praktyce gwarancję, że osoba objęta takim dokumentem nie zostanie pozbawiona wolności, jeżeli będzie przestrzegała nałożonych na nią obowiązków. Musi m.in. pozostawać w kraju, przebywać pod wskazanym adresem oraz powstrzymać się od działań mogących utrudniać postępowanie, takich jak nakłanianie świadków do fałszywych zeznań. Ostateczna decyzja należy jednak do sądu i nie ma charakteru automatycznego.
Zdaniem Rachwała w przypadku Romanowskiego sąd stanie przed szczególnie trudnym wyborem.
Z jednej strony odmowa wydania listu żelaznego może sprawić, że były wiceminister pozostanie poza zasięgiem polskiego wymiaru sprawiedliwości. Z drugiej – sąd musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy istnieją wystarczające gwarancje, że po powrocie polityk rzeczywiście będzie współpracował z organami ścigania i przestrzegał warunków dokumentu.
Rachwał nie ukrywał, że dotychczasowa postawa Romanowskiego może działać na jego niekorzyść. Wskazywał m.in. na publiczne kwestionowanie legalności działań prokuratury oraz sposób, w jaki polityk odnosi się do polskich instytucji. W jego ocenie sąd może uznać, że gwarancje prawidłowego przebiegu postępowania są zbyt słabe.
Prokuratura przeciwna, ale niekoniecznie wiążąco
Istotne jest również rozróżnienie między formalnym sprzeciwem prokuratora wobec wydania listu żelaznego a wnioskiem o nieuwzględnienie takiego żądania.
Rachwał podkreślił, że według jego wiedzy prokurator nie złożył formalnego sprzeciwu, lecz wniósł o oddalenie wniosku. Różnica nie jest wyłącznie językowa. Formalny sprzeciw – zgodnie z przepisami – miałby wiązać sąd, choć część sądów kwestionuje konstytucyjność takiego rozwiązania, odwołując się do rozproszonej kontroli konstytucyjności.
To prowadzi do szerszego problemu: relacji między władzą polityczną a prokuraturą.
Minister i prokurator generalny – nierozwiązany problem
Rachwał przypomniał, że w Polsce nadal połączone pozostają funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Jego zdaniem właśnie ten model stwarza systemowe ryzyko politycznego oddziaływania na prokuraturę.
Jednocześnie mocno zaznaczył, że nie oznacza to oskarżenia poszczególnych prokuratorów o uległość wobec polityków. Przeciwnie – podkreślał ich profesjonalizm i niezależność. Problem widzi nie w konkretnych osobach, lecz w konstrukcji prawnej, która dopuszcza możliwość wydawania poleceń w ramach hierarchicznie podporządkowanej prokuratury.
Trudno nie zauważyć politycznej ironii całej sytuacji. Rozwiązania wzmacniające pozycję prokuratora generalnego były przez lata krytykowane przez obecną większość rządzącą. Mimo to – jak zauważono w rozmowie – po zmianie władzy rozdzielenie obu funkcji nadal nie nastąpiło.