W sondażu przygotowanym dla Radia Kraków za bardzo pana nie widać. Poparcie dla pana nie przekracza jednego punktu procentowego. Jest pan tym zaskoczony?
Sławomir Pietrzyk: Chyba nie, bo okazuje się, że dzisiaj jest to już prawie cztery procent. Jak widać, między sondażami są różnice. Niektóre sondaże...
Dynamika?
Niektóre sondaże są, moim zdaniem – może użyłem wcześniej złego słowa – robione trochę jednostronnie.
Czyli sondaż Radia Kraków jest manipulowany?
Nie wiem. Przyznam szczerze, że może „manipulowany” to złe słowo. Chodzi mi raczej o to, że może być robiony w jakiejś jednej grupie. Sądzę, że takie sondaże powinny być reprezentatywne. To po pierwsze. Po drugie, uważam, że ludzie jednak głosują na szyldy partyjne, a tych szyldów jest tutaj kilka. Dwie pozostałe osoby startujące w wyborach to organizatorzy referendum, więc bardziej głosuje się na szyldy niż na ludzi.
Nawet gdyby wziąć jeden i drugi sondaż i wyciągnąć średnią – czyli 0,3 procent w sondażu Radia Kraków i te cztery procent, o których pan mówi – to i tak, jak w przypadku Kubusia Puchatka, im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było.
Sądzę, że sondaże, a przede wszystkim wyniki wyborów, będą zupełnie inne. Wielu ludzi nie przyznaje się nawet, na kogo będzie głosować. Są takie zachowania: PiS – nie, Platforma – też nie, bezpartyjny – może jakiś inny kandydat. A ktoś już ma swojego kandydata i nie chce go wymieniać. Wydaje mi się, że takich wyborców będzie bardzo dużo. To będą również ci, którzy nie uczestniczyli w referendum, a dzisiaj zastanawiają się, czy warto pójść na wybory. Ja zachęcam, żeby pójść, bo uważam, że dla Krakowa jest to bardzo ważna decyzja. Te dwa lata to nie jest dużo, ale będzie miało znaczenie, kto zostanie prezydentem.
Zapytam więc wprost: po co panu te wybory? Szanse wejścia do drugiej tury są mniej niż iluzoryczne.
Sądzę, że będę miał okazję poprzeć w drugiej turze któregoś z kandydatów – tego, który będzie miał ciekawy program dla seniorów. Nie ukrywam, że w moim przypadku głównym motywem są właśnie problemy seniorów.
Czyli są różne motywacje udziału w przedterminowych wyborach w Krakowie. Pana motywacja jest taka, żeby coś ugrać w drugiej turze w zamian za poparcie programu dla seniorów?
Tak. Seniorzy są dla mnie najważniejsi. W Krakowie jest ich około jednej trzeciej. Zachęcam państwa do pójścia do urn, bo wydaje mi się, że mamy dużą szansę, aby ktoś, kto państwa reprezentuje, odegrał istotną rolę w Krakowie, a przede wszystkim doprowadził do realizacji ważnych dla seniorów spraw.
Jacek Majchrowski, kandydatura i zbieranie podpisów
Za moment wrócę do seniorów. Najpierw pytanie o pana byłego szefa. Były prezydent Jacek Majchrowski, do niedawna przecież pana szef, chociażby klubowy, pytany w Telewizji Kraków o pana kandydaturę mówił: „Sławomir Pietrzyk odpowiedni na to, żeby być wiceprzewodniczącym rady miasta...”.
A nawet przewodniczącym.
Ale niekoniecznie, żeby być prezydentem. Jest pan dotknięty, rozczarowany opinią prezydenta?
Nie. Pana prezydenta Majchrowskiego bardzo cenię. Nie dziwię się temu, bo prezydent Majchrowski przez lata współpracował z panią Moniką Piątkowską. Była u niego dyrektorem Wydziału Strategii i Rozwoju Miasta, czyli bardzo istotnego wydziału. Sądzę, że ma do niej pewien sentyment i sympatię.
A do pana nie ma?
Pewnie też coś o mnie powiedział. Stwierdził przecież, że byłbym znakomitym przewodniczącym rady miasta. Może pan prezydent nie wiedział do końca, że zajmuję się również sprawami wykonawczymi. Faktycznie w mieście tego nie robiłem, ale zajmuję się nimi w innych miejscach. Jestem społecznym prezesem małej, jednoblokowej spółdzielni.
Jednoblokowej spółdzielni mieszkaniowej.
Tak. Jestem społecznym prezesem i robię to, uważam, bardzo dobrze. Mieszkańcy są zadowoleni i zawsze wybierali mnie w tajnych wyborach, a nie jest łatwo doprowadzić do tego, żeby wybierali człowieka jego właśni sąsiedzi.
Wiele osób było w ogóle zaskoczonych tym, że bez trudu zdobył pan podpisy wymagane pod kandydaturą.
„Bez trudu” to może jednak za dużo powiedziane, panie redaktorze. Wymagało to organizowania się między innymi w spółdzielniach mieszkaniowych, bo jestem związany ze spółdzielczością. Podpisy zbieraliśmy również w firmach, sklepach, wśród małych przedsiębiorców, którzy mnie wspierali. Ulica dawała mało podpisów. Ludzie bali się podawania numeru PESEL. Trzeba było więc zbierać je w różnych miejscach i udało się.
Słyszałem o panu, że zbierał pan podpisy w spółdzielniach mieszkaniowych i wśród seniorów.
Tak, wśród seniorów, ale nie tylko. Tak jak mówiłem – również wśród małych przedsiębiorców i w sklepach. Jestem człowiekiem znanym w Nowej Hucie jako dziennikarz lokalnej gazety „Głos – Tygodnik Nowohucki”. Nie ukrywam, że spotkałem się tam z dużą akceptacją i udało mi się zdobyć te podpisy.
Konfederacja nie zatrudniła pana, żeby ich pan szkolił, jak zbierać podpisy wśród seniorów?
To już sprawa Konfederacji. Nie skorzystali z naszych doświadczeń i z drogi, którą myśmy wybrali.
Mieszkania dla młodych i pomoc dla seniorów
Wrócę do sondażu Radia Kraków. Wynika z niego, że na pana chce głosować tylko jedna grupa wiekowa – osoby po sześćdziesiątce. Można na seniorach zbudować kapitał wyborczy?
Nie. W swoim programie mam również bardzo istotne propozycje dla młodych ludzi. Jedną z nich jest budownictwo mieszkaniowe. Wiadomo, że dzisiaj mieszkanie jest dla młodego człowieka podstawą. Chciałbym więc, razem ze spółdzielniami mieszkaniowymi, powrócić do dobrej tradycji budowy mieszkań lokatorskich.
Ale o tym mówią wszyscy. Także politycy Lewicy.
Jestem członkiem Krajowej Rady Spółdzielczej. Trwają zaawansowane prace nad ustawą, która dawałaby możliwość uzyskania preferencji i dużych bonifikat przy kredytach dla spółdzielni. Mogłyby one, wspólnie z samorządami dysponującymi terenami, budować mieszkania lokatorskie. To nie jest nic nowego. Takie rozwiązania funkcjonowały już kiedyś i powstawały setki tysięcy mieszkań. Te mieszkania byłyby tanie, bo spółdzielnia ma zapisaną w statucie działalność bezwynikową, czyli bez zysku.
Skoro mówi pan jednocześnie o seniorach, to czy jest jakiś model współpracy, który pozwoliłby na inwestycje w postaci montażu wind w czteropiętrowych blokach?
Jestem za tym jak najbardziej.
Ale jak to zrobić? Był taki program rządowy i nic z niego nie wyszło.
Powinny się w to włączyć instytucje, które dysponują odpowiednimi funduszami. Również samorząd powinien wspierać takie działania, szczególnie w zasobach, w których nadal znajdują się mieszkania komunalne. Windy powinny powstawać wszędzie tam, gdzie jest to technicznie możliwe, bo oczywiście nie w każdym budynku można je zamontować.
Mam też koncepcję rezerwową. Jeżeli nie można zamontować windy, należałoby przynajmniej dofinansować zakup schodołazów. To urządzenia, które pozwalają osobom mającym problemy z poruszaniem się w miarę sprawnie dostać się na przykład z czwartego piętra na parter. Takie zakupy dla wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych powinny być dofinansowywane, żeby urządzenia były do dyspozycji osób, które – jak pan powiedział – są „więźniami czwartego piętra”.
Ma pan szacunkowe wyliczenia, ile w Krakowie jest czteropiętrowych lub wyższych budynków bez windy?
Trudno powiedzieć. Sądzę, że jest to grupa co najmniej kilkudziesięciu tysięcy. To bardzo dużo, bo dawniej budowaliśmy na przykład całe czteropiętrowe osiedla w Nowej Hucie, gdzie wind nie ma. Skala jest na pewno duża, a przynajmniej tych najpilniejszych przypadków jest kilka tysięcy.
Czyli trudno w ogóle określić skalę potrzeb.
Tak. Trzeba byłoby to dokładnie policzyć, ale o tym nie zapominam. Będzie to jeden z priorytetów w moim programie i działaniu.
„Nowa Huta to już Stara Huta”
Widzi pan Kraków przede wszystkim jako miasto seniorów? Wyzwania demograficzne są, jakie są, ale co jeszcze można zrobić, by łagodzić skutki tych zmian? Co może zrobić prezydent i samorząd?
To jest miasto seniorów, bo – jak już powiedziałem – jest ich blisko jedna trzecia. Jeśli doliczymy osoby w wieku przedsenioralnym, będzie ich jeszcze więcej. Nowa Huta to już nie Nowa Huta, ale „Stara Huta”. Tę część Krakowa znam i wiem, ile mieszka tam osób starszych. Podejrzewam, że jest ich nawet więcej niż jedna trzecia.
Nie uważam jednak, że jesteśmy wyłącznie miastem ludzi starszych czy miastem „stetryczałym”. Wręcz przeciwnie. To bardzo aktywni ludzie. Wielu seniorów korzysta dzisiaj z CAS-ów, czyli Centrów Aktywności Seniora, a część nadal pracuje. Ostatnio razem z Urzędem Pracy uruchomiono możliwość aktywizacji również seniorów.
Mam jednak także propozycję dotyczącą tworzenia nowych miejsc pracy. Jest na przykład Nowa Huta Przyszłości i są tam znakomite tereny. Powinniśmy rozwinąć przedsiębiorcom czerwony dywan od Balic do Urzędu Miasta – dla tych, którzy będą inwestować w Krakowie, budować tutaj nowoczesne zakłady pracy i tworzyć miejsca pracy dla młodych ludzi. To jest perspektywa dla tych, którzy obecnie studiują.
Byłem nawet jednym z autorów poprawki dotyczącej terenu przy Alei Pokoju, w rejonie ulicy Dywizjonu 308, który miał być przeznaczony na park. Sprzeciwiałem się temu. Była tam propozycja inwestycji Google'a, czyli bardzo nowoczesnej firmy. Mówiono mi wtedy: „Kto tam będzie pracował? Hutnicy?”. Odpowiadałem: „Nie hutnicy, ale ich wnuki i ich synowie mogą w takiej firmie pracować”.
Z projektem Kraków Nowa Huta Przyszłości borykamy się już kilkanaście lat i wymiernych efektów nie widać, przynajmniej w części związanej z tworzeniem miejsc pracy dla wysoko wykwalifikowanych pracowników. A wie pan, ile kilometrów jest z Balic, z lotniska, do Nowej Huty Przyszłości?
Wiem. Podejrzewam, że kilkadziesiąt. Dwadzieścia kilka na pewno.
Ponad trzydzieści. Czy rzeczywiście jest to dobra lokalizacja na tego typu działalność?
Oczywiście nie chodziło mi dosłownie o dywan z Balic. Użyłem przenośni. Chodzi o stworzenie wygodnych i dobrych warunków do inwestowania w Krakowie, czyli szybkie załatwianie spraw i nieprzeciąganie różnych terminów urzędniczych, które czasami są bardzo długie i utrudniają inwestycje.
To jest jedna z barier, na które położyłbym nacisk jako prezydent. Chodzi o to, żeby sprawy nowych inwestycji przedsiębiorców były wreszcie załatwiane szybko. Wtedy będziemy mogli zagospodarować również tereny w Nowej Hucie, które – wbrew pozorom – są bardzo atrakcyjne.
Bezpłatna komunikacja dla mieszkańców Krakowa
Na koniec porozmawiajmy jeszcze o „odgrzewanych kotletach”. Bezpłatna komunikacja. Pozazdrościł pan Łukaszowi Gibale? Przecież on dziesięć, może nawet kilkanaście lat temu obiecywał Krakowianom bezpłatną komunikację. Wszyscy się z niego wyśmiewali.
Właśnie. Ja mówię o tym teraz i też się ze mnie wyśmiewają, a uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie. Nie mówię jednak o całkowicie bezpłatnej komunikacji. Turyści i osoby z zewnątrz, które dojeżdżają do Krakowa, powinny ponosić koszty i partycypować w utrzymaniu komunikacji.
Mówię natomiast o bezpłatnych biletach miesięcznych dla mieszkańców Krakowa, którzy mają Kartę Krakowską i tutaj płacą podatki. Czy pan wie, że w Starachowicach rocznie przybywa o cztery procent osób płacących podatki? Gdybyśmy mieli taki wzrost w Krakowie – cztery czy pięć procent przy około 700 tysiącach mieszkańców – byłoby to około 30 tysięcy ludzi. Jeżeli średnia wysokość płaconych podatków wynosi około siedmiu tysięcy złotych, to daje ponad 210 milionów złotych.
Trzeba było pomóc Łukaszowi Gibale, kiedy głosił hasła bezpłatnej komunikacji.
Nie ukrywam, że żałuję, że tego nie zrobiłem.
Łukasz Gibała się ucieszy. Może jeszcze usłyszymy od niego, że wraca do swojego starego pomysłu. Ale można porównywać Starachowice z Krakowem?
Sądzę, że tak. Oczywiście skala jest zdecydowanie mniejsza, ale pamiętajmy jeszcze o jednym: nie mówimy tylko o pieniądzach. Jeżeli ludzie przesiądą się z samochodów do tramwajów i autobusów – a uważam komunikację miejską Krakowa za jedną z lepszych w Polsce – będzie również mniej korków. To kolejna korzyść dla mieszkańców Krakowa.
Są też małe gminy w Małopolsce, które mają bezpłatną komunikację, ale trudno porównywać małe gminy z takim miastem jak Kraków.
Oczywiście, że trudno. Uważam jednak, że ten pomysł ma sens i nie należy go wyśmiewać. Dziwię się tym, którzy pytają: „A jak pan odróżni turystę od Krakowianina?”. Odróżnię, bo mieszkaniec będzie miał Kartę Krakowską. To jest bardzo proste i możliwe do sprawdzenia.
„Odgrzewanym kotletem” jest więc bezpłatna komunikacja, która już kiedyś pojawiała się w Krakowie, między innymi w kontekście kandydatury Łukasza Gibały. Być może jeszcze przed wyborami również on wróci do swojego pomysłu.
Mądre pomysły trzeba kontynuować.