„To zaczyna być zabawą w Kraków”
Panie prezydencie, mamy już ponad dziesięć zarejestrowanych komitetów wyborczych…
Jacek Majchrowski: Czternaście.
Czternaście komitetów wyborczych.
I lista nie jest zamknięta.
Jak pan spogląda na tych kandydatów? A szerzej – jak myśli pan o przyszłości Krakowa? Ze spokojem, z niepokojem czy już z obojętnością?
Z obojętnością trudno na to wszystko patrzeć, bo to zaczyna być zabawą w Kraków. Wszystkie partie polityczne uważają, że koniecznie muszą wystawić swojego kandydata. Kandydata, który niekoniecznie musi mieć fachowe przygotowanie, ale jest politycznie umocowany. Tymczasem to nie jest głosowanie na partię, tylko na kogoś, kto powinien rzetelnie zarządzać miastem.
Czego konkretnie się pan obawia?
Obawiam się, że może wygrać ktoś, kto nie ma o tym pojęcia. Przepraszam, że to powiem, ale prezydent Miszalski, który miał pewne doświadczenie w zarządzaniu, był w Radzie Miasta i Sejmie, też pokazał, że nie jest to doświadczenie potrzebne do zarządzania miastem.
Co zatem jest potrzebne do zarządzania miastem? Pan robił to przez 22 lata.
Przede wszystkim trzeba mieć pomysł, koncepcję zarządzania miastem i umieć podejmować odważne decyzje. Nie zawsze należy przy tym kierować się tym, co nazywane jest „głosem ludu”, bo ten głos ludu jest z reguły głosem kilkunastu osób.
Prezydent Miszalski w ten sposób postępował?
Bardzo wierzył w to, co jest w mediach społecznościowych i co pokazywało mu się w telefonie.
„Samorząd powinien być z dala od polityki”
Wyliczył pan czternaście zarejestrowanych komitetów, a gra jeszcze się nie skończyła. Jednocześnie wskazywał pan dwie osoby, które chętnie zobaczyłby pan w gabinecie prezydenta: Małgorzatę Wassermann, która nie startuje, i Monikę Piątkowską, która startuje z komitetu niepartyjnego. Kraków nie lubi szyldów partyjnych?
Nauczyłem się, że nie. W ogóle uważam, że samorząd powinien być z dala od polityki. Wystarczy spojrzeć na moją drogę jako prezydenta. Gdybym związał się z jedną opcją, byłoby mi trudno współpracować z niektórymi rządami. Zaczynałem, gdy premierem był Leszek Miller, a kończyłem za Mateusza Morawieckiego. W międzyczasie było chyba ośmiu innych premierów i różne konfiguracje polityczne. Prezydent Krakowa powinien mieć możliwość rozmowy ze wszystkimi.
Pamiętamy, że Prawo i Sprawiedliwość zarzucało panu koalicję z Platformą Obywatelską, a Platforma Obywatelska, później Koalicja Obywatelska, zarzucała, że dogaduje się pan z PiS-em i rządem Prawa i Sprawiedliwości.
Tak jest.
Czyli to był sposób działania prezydenta Krakowa?
Oczywiście. Nie można funkcjonować jako prezydent Krakowa bez możliwości kontaktu z rządem. A rząd, jak pan wie, zmienia się z reguły co cztery lata, a czasami częściej.
Majchrowski: Monika Piątkowska ma doświadczenie potrzebne w magistracie
Udziela pan rad Monice Piątkowskiej?
Jeszcze nie miałem możliwości, ale chętnie udzielę.
Jakich rad pan udzieli? To jedna z osób, o których pan mówi, że byłaby odpowiednią kandydatką na prezydenta.
Monika Piątkowska przez dziesięć lat pracowała w magistracie, kierowała Wydziałem Rozwoju i Strategii, czyli dosyć istotnym wydziałem. Ma więc pojęcie o tym, co się dzieje, wie, jak to wszystko działa, używając kolokwializmu. Z drugiej strony ma też doświadczenie z funkcjonowania w spółkach, bo działała w tej giełdzie rolnej czy paszowej – nie pamiętam dokładnie, jak się nazywa. Ma też pewne doświadczenie polityczne, bo jest senatorem. Krótko, bo krótko, ale jest, więc zna te mechanizmy. To daje podstawy, by sądzić, że powinna dobrze zarządzać miastem.
Co można zrobić z miastem przez dwa lata, może trochę więcej, przy obecnej kondycji finansowej? Do tego, jeśli będzie to inny prezydent, może mieć przeciwko sobie Radę Miasta.
Po pierwsze, trzeba sobie powiedzieć, że ja też zaczynałem, mając 59 procent zadłużenia przy 60 procentach możliwych. I okazało się, że można. Tylko trzeba umieć, trzeba chcieć i nie wolno się bać. To przede wszystkim.
Z Radą Miasta można się dogadać niezależnie od opcji. Jest przecież coś takiego jak budżet miasta. Radni mówią, że go uchwalą albo nie uchwalą, ale każdy z nich reprezentuje jakiś okręg i ma swoje prośby. Jeżeli są słuszne – bo nie wszystkie są – można się porozumieć i doprowadzić do uchwalenia budżetu. Naprawdę można.
Słyszy pan dzisiaj takie opinie o sobie: był starszy pan z cygarem, który gwarantował stabilność i spokój, potem przyszli młodzi i „wzięli się za łby”?
Słyszę. Słyszę takie opinie.
Był pan namawiany, żeby jeszcze raz spróbować?
Byłem.
Ale nie zdecydował się pan?
Niech Pan Bóg broni.
Stanisław Kracik i decyzje dotyczące Starowiślnej oraz metra
A Stanisław Kracik jako pełniący obowiązki prezydenta sprawdza się w tej roli?
Sprawdza się dopiero od dwóch miesięcy. Mogę jednak powiedzieć, że podjął kilka bardzo dobrych decyzji.
Które konkretnie?
Przede wszystkim w sprawie Starowiślnej i metra. To dwie rzeczy, w których naprawdę warto było postąpić tak, jak on postąpił.
Mam natomiast zastrzeżenie – nie do niego samego, ale do poprzedniego zarządu, którego zresztą też był członkiem. Uważam, że wielkim błędem było wycofanie się z budowy trzeciej nitki spalarni.
Jakie, pana zdaniem, będzie to miało konsekwencje?
Chociażby takie, że przeszło nam koło nosa ponad sto milionów złotych na sieć. Była koncepcja, że jeżeli będziemy budowali trzecią nitkę, której finansowanie nie obciążało miasta, bo pieniądze na nią miały pochodzić wyłącznie z zewnątrz, dostaniemy dodatkowo ponad sto milionów złotych na rozbudowę i wymianę sieci ciepłowniczej. Szkoda.
Skoro były decyzje trafne, to pojawiały się też spekulacje, że być może Koalicja Obywatelska zmieni swojego kandydata i zamiast Moniki Piątkowskiej wystawi Stanisława Kracika. Byłby lepszym kandydatem?
Nie chcę mówić, czy byłby lepszym, czy gorszym. Uważam natomiast, że jeżeli w tego typu działalności podejmuje się jakąś decyzję, należy się jej trzymać.
To jest zresztą coś, o co mam żal do prezydenta Miszalskiego w końcówce jego działalności. Jeżeli podejmuje się decyzje, to znaczy, że były one merytorycznie uzasadnione i trzeba się ich trzymać. Nie można zmieniać ich pod wpływem mediów społecznościowych. A on to robił.
Tutaj jest podobnie. Jeżeli podjęto już taką decyzję, to jej zmiana byłaby, moim zdaniem, fatalna.
Ale prezydent Kracik podjął odważne decyzje, trochę w pana stylu.
Tak, tego nie mogę mu odmówić.
Majchrowski o relacjach z Kracikiem: „Kampania się skończyła”
Czy coś zmieniło się w panów relacjach? Pamiętamy kampanię z 2010 roku i tę „szorstką przyjaźń”, kiedy Stanisław Kracik był wojewodą.
Kampania się skończyła i na tym skończyła się szorstka przyjaźń. Nie widzę powodu, dla którego miałbym być na bakier z panem prezydentem Kracikiem, a on ze mną. Normalnie spotykamy się czasami przy różnych okazjach i nie bijemy się.
To, że opadły emocje referendalne i miasto funkcjonuje, jak gdyby nic się nie działo, jest pana zdaniem zasługą Stanisława Kracika czy raczej pamięci instytucjonalnej, którą dysponuje magistrat?
Wróciłbym tutaj do pewnych podstawowych rzeczy. Zawsze uważałem, że jedną z najważniejszych rzeczy w magistracie jest tak zwana pamięć historyczna. Chodzi o to, że są urzędnicy zatrudnieni od wielu lat. Za ich czasów podejmowano określone decyzje i oni wiedzą, dlaczego dana decyzja zapadła, jakie były argumenty przeciwko niej i jakie przemawiały za nią.
Jeżeli zrywa się tę elementarną więź, to wszystko szlag trafia. Stanisław Kracik ma tego świadomość, bo jako burmistrz Niepołomic również kierował urzędem – znacznie mniejszym, ale jednak. Ta pamięć historyczna jest bardzo ważna. Moim zdaniem to jedna z najbardziej istotnych rzeczy.
Prezydent Miszalski pozbył się kilku ważnych urzędników.
No właśnie. I moim zdaniem to był błąd.
„Byłem prezydentem Krakowa”. Będzie drugi tom
Na spotkanie poświęcone promocji i premierze pana książki „Byłem prezydentem Krakowa” przyszły tłumy. Głównie, co prawda, widziałem urzędników.
Nie tylko.
Nie tylko. Byli też krakowianie.
Byli, i to dużo.
Co mówili podczas tego spotkania? Patrząc na to, co dzieje się obecnie, będąc w okresie przedwyborczym i spotykając się z prezydentem, który rządził Krakowem przez 22 lata?
Spotkanie było zorganizowane w ten sposób, że prowadził je prof. Majcherek i to on decydował, o czym się mówi i jakie padają pytania. Pytania i wypowiedzi były różne. Ja tego słuchałem i czasami odpowiadałem.
Zapowiedział pan drugi tom. Czy w pierwszym nie dostaliśmy całej historii i całej prawdy?
Pierwsza część powstała jako rozmowa, wywiad rzeka z Łukaszem Mordarskim. Nie mówiłem mu, o czym chcę rozmawiać. To on miał katalog pytań, zadawał je, a ja odpowiadałem szerzej lub węziej. Nie ingerowałem w to, o co chce pytać.
Druga część jest już moim tekstem i dotyczy głównie urzędu oraz jego funkcjonowania. Natomiast pomiędzy tymi dwiema rzeczami jest jeszcze cała masa problemów, które albo w ogóle nie zostały poruszone, albo potraktowaliśmy je zdawkowo. Będziemy więc nad tym pracować.
Kogo Majchrowski widzi w drugiej turze?
Panie prezydencie, kogo zobaczymy w drugiej turze wyborów?
Nie wiem.
Nie wie pan, bo katalog kandydatów nie jest jeszcze zamknięty?
Na razie mamy czternaście komitetów, a z tego, co wiem, będą jeszcze zgłaszane kolejne.
Ale jeśli chodzi o najbardziej prawdopodobne warianty, chyba prawie wszyscy są zgodni. Jedno nazwisko jeszcze w tej rozmowie nie padło.
Ja obstawiam Monikę Piątkowską. Uważam, że jest osobą predestynowaną do tej funkcji i chciałbym, żeby została prezydentem. Aczkolwiek jest jeszcze druga osoba, która pozostaje trochę w cieniu.
To nazwisko nie padło. Powiedzmy je.
Pan prezes Banaś [śmiech] jest osobą, która ma wszelkie predyspozycje ku temu.
Nie chce pan powiedzieć: Łukasz Gibała?
Nie chcę.
Dlaczego?
Bo tak nie uważam.
Nie uważa pan, że w drugiej turze spotkają się Monika Piątkowska i Łukasz Gibała?
Mam nadzieję, że nie.
Majchrowski o relacjach z Łukaszem Gibałą
Myślę, że w ten sposób zakończymy tę „szorstką przyjaźń”. Tym razem nie między prezydentem Majchrowskim a Stanisławem Kracikiem, ale tę, którą przyniosła historia relacji między Jackiem Majchrowskim a Łukaszem Gibałą…
Nie, skończmy ten wątek.
Dobrze.
Jeżeli już mówimy o „szorstkiej przyjaźni”, to polegała ona na tym, że – używając znowu kolokwializmu – on i jego akolici, nie będę wymieniał którzy, bez przerwy na mnie nadawali. Mówiąc brutalnie: napieprzali. I na tym skończmy. To była ta szorstka przyjaźń.
W takim razie czekamy na drugi tom. Będzie więcej wątków?
Będzie.
Związanych również z tym?
Będzie o wszystkim.
Także z tymi relacjami?
Tak. A ponieważ drugi tom ukaże się, jak sądzę, gdzieś za dwa lata – jak dożyję – to będzie już bardziej odważnie.