Tadeusz Marek: Za co pokochał pan sztukę XVIII wieku? Możliwości jest tak wiele. Czym rozkochało pana w sobie rokoko?
Olbrzymią dozą ekspresji, olbrzymią dozą emocji. Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy sztukę lwowską, szczęka mi opadła - to był jeden z tych momentów. To wyrażenie kolokwialnie, ale najbardziej prawdziwie. Wówczas nie poszukujesz słów, żeby to, co widzisz, opisywać. Stoisz i chłoniesz.
Pojechałem do Lwowa, nie mając - mam nadzieję, że nie słyszy tego mój profesor - właściwie bladego pojęcia o wyobrażeniu na temat sztuki Lwowa. Było to na drugim roku studiów. I jak to zobaczyłem, to wówczas nastąpił moment oszołomienia. Stałem przed dziełem sztuki i nie wierzyłem, że tego nie znałem. Moment autentycznego zachwytu.
A czy Wawel pana zachwyca? Pytam o pana prywatną relację z Wawelem. Proszę sobie wyobrazić, że nie jest pan dyrektorem…
Zachwyca. Ten zachwyt bardzo mocno łączy się z fascynacją. Są takie momenty, w których Wawel jest po prostu nieziemski, można by było powiedzieć.
Egzaltuje się pan Wawelem.
W pewien sposób tak, ale kiedy zwłaszcza w pierwszych latach pracy opuszczałem czasem instytucję nawet po dwudziestej trzeciej - wzgórze było puste. Wówczas Wawel jest niesamowity. Wiem, że to nadużywane słowo, jednak tę autyntycznąniesamowitość odczuwałem i odczuwam do dziś.
To proszę teraz to wyświechtane pojęcie niesamowitości, wypełnić treścią swojego doświadczenia.
Patrzysz i uświadamiasz sobie, jak wspaniałe jest to miejsce. Jak właściwie jesteś nieważny w stosunku do tego miejsca. I oczywiście przychodzą później kolejne myśli, że, z jakiegoś jednak powodu jestem w tym miejscu i jestem za nie współodpowiedzialny. To uczy jednocześnie zachwyt i pokory.
Dlaczego to ważne, żeby czasem poczuć się nieważnym?
Ze względu na innych ludzi. Nigdy nie uważałem, że zjadłem wszystkie rozumy świata i że to, co myślę, jest idealnym panaceum czy konceptem. Czy to badawczym, czy organizacyjnym. Nie znoszę małostkowości. W związku z powyższym czasami wolę pozostać sobie nieco w tle. Nigdy na przykład nie zrobię wystawy na Wawelu jako kurator. Mogę zainspirować, mogę poprosić, ale nie po to tam jestem, żeby realizować swoje fascynacje.
Stanowisko dyrektora Wawelu ułatwia zachłyśnięcie się samym sobą. Dlaczego pan się nie zachłysnął?
Olbrzymią rolę odegrali tutaj moi starsi koledzy i nauczyciele, którzy mówili że pewnego rodzaju wstrzemięźliwość i pokora w stosunku do tego, czym się człowiek zajmuje, jest jak najbardziej wskazana. Moim nauczycielem przez wielkie „N” - rzekłbym nawet, że to mój mentor i mistrz -jest profesor Jan Ostrowski - mój poprzednik na stanowisku, a jednocześnie promotor mojej pracy magisterskiej i doktoratu. Wiele zawdzięczam moim starszym kolegom, profesorowi Markowi Walczakowi, Piotrowi Krasnemu. Od nich nauczyłem się pokory. Żadna z tych osób nie jest osobą małostkową czy napastliwą.
Wróćmy do Wawelu. O Wawelu mówi się w kontekście kształtowania tożsamości narodowej. Tymczasem w ostatnich latach coraz częściej zaglądamy w tym kontekście do wiejskich chat, niż do komnat. Bestsellerem są „Chłopki”, a nie „Monarchinie". Ciekaw jestem, dlaczego mimo tego, że my z chłopa w większości, możemy mówić o Wawelu jako o miejscu, w którym możemy dotknąć — użyję dużego słowa, ale niech będzie — tej esencji polskości. Jak to pana zdaniem pogodzić?
Jak to pogodzić? Myślę, że na nasze doświadczenie, pana, moje, składa się bardzo dużo elementów z naszej przeszłości. Pewnie niektóre są bardziej znane, niektóre są mniej znane. Te, które są mniej znane, w tym momencie są eksplorowane i stanowią przedmiot zainteresowania. Ale myślę, że jeżeli mówimy czy staramy się opowiedzieć o społeczeństwie, o ludziach, którzy zamieszkują nasz kraj, to tak naprawdę na ich doświadczenie mogą się składać oczywiście „Chłopki”, ale również składa się doświadczenie wizyty czy to w ramach szkoły, czy w ramach rodziny na Wawelu. I tak naprawdę myślę, że w ten sposób rola Wawelu jest rolą istotną, ponieważ my tworzymy, nie twierdzę, że muzeum, ale to miejsce, choć na czele z muzeum, tworzy pewnego rodzaju mozaikę, z której się składamy.
Na Wawel przychodzi się (wyłączając odbywające się tam stale od kilku lat wystawy sztuki współczesnej) obcować z tym, co dawne. To sytuacja, w której zachwycamy się jedynie kunsztem sprzed wieków, czy też sztuka dawna ma moc silniejszego osadzania nas w teraźniejszości?
Owszem, możemy się zachwycić, ale możemy zobaczyć dokładnie te same zjawiska, które wydają nam się nowoczesne i wydają się nam bardziej istotne. Przykład: wie pan, jakie pierwsze dzieło człowiek oglądał, wchodząc na wystawę „Obraz Złotego Wieku”? To była ikona.To było pierwsze dzieło, które, wchodząc, się oglądało, i ono znajdowało się na zamknięciu całej amfilady na parterze. To pokazywało, że ta Rzeczpospolita — to nie była jednorodna Rzeczpospolita, to była Rzeczpospolita różnorodna, polifoniczna. Taki był Wawel, taka była katedra, taki był zamek. A więc to, co my w tym momencie uważamy za jedno z największych naszych doświadczeń udziału w rzeczywistości — ta polifonia, ta różnorodność, niezamykanie się — było obecne już w XVI wieku. Więc myślę, że znajdowanie dróg czy znajdowanie wspólnych tropów, tropów dla przeszłości i przyszłości, to jest to, co my staramy się robić na Wawelu, a jednocześnie pokazywać, że nie żyjemy w próżni.
Dowiedzieliśmy się dzisiaj, że Wawel uczy pana pokory. Czy czegoś jeszcze?
Odpowiedzialności, mam nadzieję.
Gasną wszystkie światła. Pracownicy opuszczają wzgórze wawelskie. Zostaje pan sam na Wawelu. Dokąd pan idzie?
Z reguły to na parking, żeby pojechać do domu.
Załóżmy, że to jest ten moment, w którym chce pan pobyć z Wawelem sam na sam.
Wystarczy, że jestem pomiędzy zamkiem a katedrą. To jest tak zwany dziedziniec zewnętrzny. Wystarczy tam usiąść. Niekoniecznie trzeba patrzeć na krużganki. Mam to szczęście, że mam gabinet skierowany na krużganki i czasami właśnie, wychodząc, widzę je i to zatyka.
Pełnej rozmowy posłuchaj w podkaście.